Historia zaprzaństwa czy „Ewangelia Ketmana”?
Sebastian Chosiński


„Dolina nicości” Bronisława Wildsteina nie jest, niestety, dobrą powieścią. Być może kiedyś, z perspektywy czasu, krytycy uznają ją za ważną, ale z zupełnie innych powodów niż jej walory literackie. Dla współczesnego czytelnika, który zna motywy kierujące autorem i bez większego trudu potrafi rozszyfrować większość występujących w powieści postaci, będzie ona przede wszystkim swoistym katharsis Wildsteina – jego spłatą długu wobec jednego i karą wymierzoną drugiemu z przyjaciół z lat 70. XX wieku.

Powieść polityczna ma w polskiej tradycji literackiej swoje miejsce od co najmniej kilkudziesięciu lat. W dwudziestoleciu międzywojennym, chcąc zdyskredytować przeciwników partyjnych bądź też tropiąc niewygodne dla pewnych grup układy polityczno-towarzyskie, pisarze bardzo często sięgali po ten gatunek. By był on jednak atrakcyjny dla czytelnika, ubierali go najczęściej w szaty demaskatorskiej opowieści sensacyjno-obyczajowej. Tak robił Juliusz Kaden-Bandrowski – główny prozaik obozu piłsudczykowskiego – w „Generale Barczu” (1922) i „Mateuszu Bigdzie” (1933); nie inaczej postępował jego ideowy przeciwnik, Tadeusz Dołęga-Mostowicz, który z kolei starał się kompromitować rządy sanacji w „Ostatniej brygadzie” (1930) czy też „Karierze Nikodema Dyzmy” (1932). Nawet w prowincjonalnym Wilnie opublikowano w miejscowym „Słowie” pamflet w odcinkach zatytułowany „Wileńska powieść kryminalna” (1933), w którym za wątkiem sensacyjnym krył się wyjątkowo cięty obraz panujących w mieście stosunków politycznych. Co ciekawe, za nazwiskiem autorki – Felicji Romanowskiej – krył się kwartet dziennikarzy „Słowa” i jednocześnie znanych pisarzy: Stanisław Cat-Mackiewicz, Józef Mackiewicz, Józef Wyszomirski oraz Walerian Charkiewicz.

Po drugiej wojnie światowej, w zniewolonym przez komunistów radzieckich i polskich kraju, ten typ literatury praktycznie umarł naturalną śmiercią. Szans na publikację w oficjalnym obiegu podobnych książek praktycznie nie było, dlatego też przestano je pisać. Włodarze PRL-u woleli rozprawiać się z wrogami fizycznie lub – w najlepszym przypadku – przy pomocy dzieł publicystycznych tworzonych na zamówienie przez wiernych systemowi autorów (co nieco zmieniło się dopiero po przejęciu władzy przez Edwarda Gierka). Powieści polityczne, w których przedstawiano może i nieco karykaturalny, ale pod wieloma względami bardzo prawdziwy obraz Polski Ludowej drukowano więc na emigracji. Największą popularność zyskały „Cienie w pieczarze” (1971), „Romans zimowy” (1972), „Śledztwo” (1974), „Ludzie w akwarium” (1976) oraz „Przygoda w Warszawie” (1977) niejakiego Tomasza Stalińskiego. Jak się okazało po latach, pod tym pseudonimem krył się … Stefan Kisielewski. Niejako po drugiej stronie barykady stał natomiast Roman Bratny, twórca „Losów” (1973) i będącego ich kontynuacją „CDN” (1986). Niechętni autorowi „Kolumbów” krytycy i czytelnicy nie zapomną mu jednak przede wszystkim „Roku w trumnie” (1983) – w wyjątkowo krzywdzący sposób przedstawiającego działaczy opozycji niepodległościowej w okresie stanu wojennego.

Po 1989 roku powieść polityczna w Polsce w zasadzie umarła. Nieliczne próby podejmowane były bądź przez autorów mało znaczących – zbyt mało, aby zainteresowały się nimi poważne media – bądź też w przedbiegach dyskwalifikował je mizerny poziom artystyczny. Niektórzy z pisarzy, zahaczających w swych dziełach o politykę, woleli – zapewne dla uchronienia się przed zmasowanym atakiem opisanych przez siebie dygnitarzy – bardziej eksponować fikcyjne wątki sensacyjne niż mające swe odzwierciedlenie w rzeczywistości pierwiastki ideologiczne. Zmianę w spojrzeniu na pogardzany nieco gatunek literacki przyniósł sukces czytelniczy dylogii Marcina Wolskiego: „Nieprawe łoże” (2006) – „Noblista” (2008). O ile jednak Wolski atakuje – głównie w drugiej części – zza węgła, o tyle Wildstein w „Dolinie nicości” uderza wprost, zdecydowaną większość swoich bohaterów obdarzając takimi życiorysami i cechami charakteru, że ich identyfikacja nie nastręcza większych trudności. Wie zresztą, o czym i o kim pisze. Sam przecież od wielu lat – jako dziennikarz „Wprost” i „Rzeczpospolitej”, a następnie (choć zaledwie przez kilka miesięcy) prezes publicznej telewizji – jest elementem tej skomplikowanej medialnej układanki. Można więc założyć, że jego wiedza predestynuje go jak mało kogo do napisania powieści, której akcja dzieje się właśnie w tym środowisku. „Dolina nicości” nie jest zresztą, o czym wielu zapomina, pierwszą książką Wildsteina. Jako prozaik zadebiutował, wydaną jeszcze w drugim obiegu, powieścią „Jak woda” (1989); potem opublikował „Brata” (1992) i „Mistrza” (2004). Warto wspomnieć również o dwóch tomach opowiadań: „O zdradzie i śmierci” (1994) oraz „Przyszłości z ograniczoną odpowiedzialnością” (2003), za które uhonorowany został odpowiednio wyróżnieniem Fundacji Kultury oraz nagrodą imienia Tadeusza Kijowskiego. Tym większym jednak rozczarowaniem musi być lektura „Doliny…”. Bo o ile można – niekoniecznie się nawet z nimi zgadzając – zrozumieć intencje autora, o tyle fabularnej słabizny i kulejącego stylu wybaczyć mu się nie da.

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku miesięcy – od wiosny do jesieni – 2004 roku. Na polskiej scenie politycznej to okres dość burzliwy. Powoli ku upadkowi chylą się rządy lewicy, coraz większe znaczenie zdobywają natomiast partie opozycyjne. Trwają zażarte dyskusje w sprawie lustracji, które kilka miesięcy później jeszcze bardziej podgrzeje sam autor „Doliny nicości”, publikując w Internecie tzw. Listę Wildsteina, będącą indeksem katalogowym archiwalnych zasobów akt Instytutu Pamięci Narodowej. Głównymi postaciami są dziennikarze, których łączy jedno – wszyscy w czasach PRL-u działali w opozycji. W późniejszych latach ich drogi się jednak z różnych powodów rozeszły. Znają się doskonale, są ze sobą po imieniu, lecz z dawnych sympatii i przyjaźni niewiele już pozostało. Niegdysiejszych bohaterów podzielił przede wszystkim stosunek do przeszłości, a raczej – jednej z jej wersji, zawartej w esbeckich dokumentach. Te zaś nieubłaganie wskazują, że nie wszyscy z dawnych działaczy „Solidarności” i współpracujących z nią organizacji studenckich zachowali się godnie. Ten rozdźwięk symbolizują w powieści Wildsteina dwie postaci: Jan Return (współpracownik dominującego na rynku prasowym opiniotwórczego „Słowa”) oraz Adam Wilczycki (kiedyś znajomy Returna, teraz kierujący konkurencyjnym „Kurierem”).

Osią konfliktu, który posłuży autorowi powieści do nakreślenia dość zjadliwego portretu elit intelektualnych III Rzeczypospolitej, stanie się opublikowanie w „Kurierze” artykułu na temat wieloletniej współpracy z SB profesora Mariana Lwa. Lew zaś to symbol Okrągłego Stołu, filozof, rektor wyższej uczelni, ba! stojący na czele konferencji rektorów. Atak na niego to jednocześnie, zdaniem wielu, podkopywanie fundamentów, na których wzniesiono gmach postkomunistycznej Polski. Nie dziwi więc nikogo, że niebawem rozpoczyna się masowa nagonka na pismo, które zdecydowało się zawierzyć „esbeckim fałszywkom”, a prym w niej wiedzie „Słowo” i jego wszechwładny, demoniczny redaktor naczelny Michał Bogatyrowicz. Nie cofnie się on przed niczym, aby zniszczyć Wilczyckiego. Spora część „Doliny nicości” to właśnie opis urabiania opinii publicznej i zakulisowych intryg, których cel jest od samego początku nader wyraźny – skompromitowanie naczelnego „Kuriera”, a tym samym całej idei lustracji.

Konflikt ideologiczno-moralny, który wybucha między Returnem (i nade wszystko stojącym za nim Bogatyrowiczem) a Wilczyckim, to jednak – jak się szybko okazuje – zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pod powierzchnią woda jest znacznie bardziej mętna, a obraz jeszcze bardziej zamglony. Szybko się też okazuje, że za wieloma wydarzeniami stoją, choć skryci daleko w cieniu, dawni funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Fakt, że odeszli z resortu dawno temu, nie oznacza jednak, że zerwali z dawnymi przyzwyczajeniami. Co najwyżej zmienili pole i – w nieco mniejszym stopniu – sposoby działania. Eksagenci SB są bowiem – zdaniem Wildsteina – niemal wszędzie; wciąż zresztą – jak wyśmienici szachiści – rozgrywają swoje partie. Pociągają za sznurki, kontrolując nawet hierarchów Kościoła. Czy można to uznać za obraz paranoiczny? Część czytelników zapewne przytaknie; inni mogą wskazywać na udokumentowane przypadki opisane w mediach i publikacjach o charakterze naukowym. Przyznać trzeba, że Wildstein oparł się na wydarzeniach (aferach) szeroko relacjonowanych, choć chyba niepotrzebnie starał się jak najwięcej z nich umieścić na kartach „Doliny nicości”. To spotęgowanie sprawia właśnie wrażenie nierzeczywistości i może rodzić u części czytelników przekonanie o oszołomstwie autora.

Największym fabularnym grzechem „Doliny…” jest właśnie przesada. Momentami można odnieść wrażenie, że Wildstein chciał pomieścić w tej, wcale nie dużej objętościowo, powieści zbyt wiele wątków. Zasygnalizował tu bowiem i „zdradę w Magdalence” (czytaj: Okrągły Stół), i uwłaszczenie pezetpeerowskiej nomenklatury (wraz z dawnymi esbekami), i porwanie córki wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna (przypomniane we wspomnieniach redaktora Niecnoty), i walkę na śmierć i życie z lustracją (symbolizowaną przez redaktorów Bogatyrowicza i Returna), ale także afery jak najbardziej współczesne – częściowe ujawnienie agentury komunistycznej w Kościele, niewyjaśnione dotąd kwestie związane z budową mieleckiego Laboratorium Frakcjonowania Osocza. Ale i to jeszcze nie wszystko. Do tej listy należy dorzucić również demaskatorskie portrety ludzi ze środowiska dziennikarskiego.

W każdej powieści „z kluczem” najbardziej interesujące jest dla czytelników rozwiązywanie zagadek z cyklu: „Kto jest kim?”. Po lekturze „Doliny nicości” nie można mieć wątpliwości, że zdecydowana większość bohaterów ma swoich odpowiedników w rzeczywistym świecie. Niektórym można protoplastów przypisać bez zagłębiania się w temat, inni dla szarego czytelnika zapewne na zawsze pozostaną anonimowi. W redaktorze Bogatyrowiczu, naczelnym wszechwładnego „Słowa”, można dopatrzyć się rysów Adama Michnika. Prowadzący z nim zakulisowe pertraktacje Kazimierz Niecnota, właściciel czasopisma „W ryj” (sic!), wiele zawdzięcza powierzchowności Jerzego Urbana, natomiast młoda nadzieja polskiej lewicy Mieczysław Pasikonik, kierujący redakcją „Praktyki zaangażowanej”, to bezsprzecznie literacki portret Sławomira Sierakowskiego. Z kolei jedna z nielicznych w powieści Wildsteina w pełni nieskazitelnych postaci, czyli ksiądz Mikołaj Starzec, niegdyś działacz opozycji, teraz zajmujący się działalnością charytatywną i budzący sumienia księży-agentów, od razu przywodzi na myśl Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

Inna sprawa, że autor „Doliny…” nie starał się zbytnio mylić tropów ani głębiej kamuflować swoich bohaterów. Choć uczynił też wyjątki. Jan Return nie jest bowiem wyłącznie inkarnacją Lesława Maleszki. Owszem, Wildstein obdarzył tę postać wieloma elementami biografii swego dawnego przyjaciela, podarował mu nawet nazwisko żywcem wzięte z dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej („Return” – obok najsłynniejszego „Ketmana” – był jednym z pseudonimów, pod jakim Maleszka występował w aktach SB). Ale ten, w przeciwieństwie do Returna, nigdy nie prowadził własnego programu w telewizji. Na podobne trudności trafia się, chcąc zidentyfikować drugoplanowego, ale bez dwóch zdań najbardziej tragicznego bohatera powieści, Daniela Strunę, którego losy staną się zresztą motorem napędowym fabuły. Czy, tworząc tę postać, pisarz wzorował się na Stanisławie Pyjasie? Na pierwszy rzut oka – nie. Pyjas został przecież zamordowany przez SB w maju 1977 roku, Struna trafił „jedynie” do więzienia na trzy lata, ale mimo wszystko przeżył. Może więc Wildstein antycypował, wyobrażając sobie dalsze losy krakowskiego studenta.

„Dolina nicości”, choć opiera się głównie na wątku sensacyjno-politycznym, zaskakuje jednak rozwiniętym motywem religijnym. Returna przez cały czas bowiem gryzą wyrzuty sumienia; szuka więc wyjaśnienia swego postępowania w ogłoszonej w tamtym czasie na Zachodzie „Ewangelii Judasza”. Ten apokryf – spisany w języku koptyjskim najprawdopodobniej w III wieku n.e., odnaleziony w Egipcie około 1970, natomiast ujawniony światu w 2004 roku – przedstawiał postać męża z Kariotu w zupełnie innym świetle niż kanoniczne ewangelie. Mówiąc w skrócie: Judasz Iskariota nie zdradził Jezusa, wydał go co prawda Sanhedrynowi, ale uczynił to na wyraźne życzenie swego Pana, chcąc w ten sposób ułatwić Chrystusowi zbawienie ludzkości. Sugestia wynikająca z tego jest aż nazbyt czytelna, lecz wnioski z niej płynące – zwłaszcza gdy przetransponuje się je na rzeczywiste postaci (Wildstein – Maleszka – Pyjas) – dwuznaczne. Z jednej strony mogą bowiem świadczyć o wewnętrznej przemianie Returna i chęci odkupienia dawnych win, z drugiej – mogą być kolejnym dowodem jego pychy i mitomanii, która pchała go do działań niemoralnych tylko po to, aby zaznaczyć swoją rolę w historii. Jak by jednak nie interpretować tego wątku, trzeba przyznać, że autor „Doliny…” nie wykorzystał go należycie. Konstrukcja powieści aż prosiła się o to, żeby przemiana głównego bohatera – rzeczywista czy też urojona – była puentą powieści. Tyleż niespodziewaną, co zaskakującą. Tymczasem Wildstein, zamiast stopniowo odsłaniać ten wątek, jego najważniejsze założenia wyłuszczył już mniej więcej w połowie książki (w dyskusji prowadzonej przez Returna z biskupem Korytko). Utożsamił postać Judasza z Returnem, zaprzepaszczając tym samym, kto wie czy nie najdonioślejsze przesłanie dzieła. Ale nie tylko to razi. W warstwie fabularnej zawiodło również zwieńczenie losów redaktora Wilczyckiego, sprawiające wrażenie nieco bardziej melodramatycznej kopii zakończenia filmowej „Weryfikacji” (1986) Mirosława Gronowskiego. Można zrozumieć, że w ten sposób pisarz chciał tchnąć w czytelników nieco optymizmu, ale nie zmienia to faktu, że zrobił to, idąc zdecydowanie na łatwiznę.

Powieść, niestety, słabo broni się również od strony literackiej. Poprzednie prozatorskie dzieła autora „Doliny…” biją ją pod tym względem na głowę. Narracyjny chaos (autor nie do końca panuje nad chronologią wydarzeń, zwłaszcza w partiach retrospekcyjnych), brak obiektywizmu (przeciwnicy Wilczyckiego i Starca są, jak jeden mąż, odpychający i unurzani po same szyje w bagnie „układu”), kiepskie dialogi (z jednej strony nie stroniące od potoczności i wulgaryzmów, z drugiej obfitujące w patetyczne oracje – w obu przypadkach wypadające sztucznie i rzadko kiedy skutecznie popychające akcję do przodu), wreszcie bliskie grafomanii opisy (np. „Daniel podniósł głowę i popatrzył prosto, wycelował w niego [Returna] szarą twarz ze sterczącym dziobem nosa na tle dwóch wież kościoła w spirali ptaków”; o współczesnych menedżerach odwiedzających kawiarnię: „głodni wizjonerzy, których apetyt będzie rósł nad bezcielesnymi impulsami komputerów”; cały pierwszy akapit rozdziału piętnastego opisujący stan wewnętrzny Wilczyckiego). Wszystko to sprawia wrażenie ogromnego pośpiechu, w jakim powstawała książka. Szkoda jednak, że wydawca – a nad gotową powieścią pracował przecież także korektor – nie zadbał o poprawienie ewidentnych wpadek, literówek, błędów stylistycznych i interpunkcyjnych.

Prawdą jednak jest, że w przypadku „Doliny nicości” te aspekty książki mniej interesują czytelników. Ważniejsze wydaje się co innego – pytanie, czy powieść Wildsteina jest w stanie przetrwać próbę czasu? Jak będziemy postrzegać ją za, dajmy na to, dziesięć lat? Czy w 2018 roku ktoś jeszcze będzie o niej pamiętał? Oczywiście poza historykami literatury polskiej i osobami z życia publicznego, które stały się tworzywem dla autora… Ocena wystawiana dzisiaj nie może być zbyt wysoka. „Dolina nicości” to bowiem słaba powieść o sprawach ważnych dla polskiego narodu. Na tyle ważnych, aby zmierzyli się z nimi inni autorzy. I chyba byłoby lepiej, gdyby nie byli oni tak bardzo osobiście zaangażowani w wydarzenia, które podejmą się opisać.


Tytuł: Dolina Nicości
Autor: Bronisław Wildstein
Wydawnictwo: Wydawnictwo M (2008)