|
Przed każdą falą pochylam głowę Sebastian Chosiński Część II 8. W połowie marca można było dostrzec pierwsze oznaki zbliżającej się wiosny. Wozy pancerne i samochody terenowe tonęły w błocie, hamując niekiedy na całe dnie marsz wojsk słanych przez Hitlera to na północ, to na południe. Rosjanom gdzieniegdzie udawało się nawet przełamywać linię frontu. Zazwyczaj były to jednak pyrrusowe zwycięstwa, odnoszone ogromnym kosztem. Bolszewicy jednak, jak zapewniał major Milde, ze stratami w ludziach wcale się nie liczyli. Współpraca z majorem, po pierwszych zatargach, od kilku tygodni układała się zgodnie z oczekiwaniami kapitana. Nienawidzący esesmanów, Milde początkowo odniósł się do ludzi Frölicha z nieukrywaną niechęcią. Długo oponował przeciwko wzięciu grupy "Geist" pod swoją "ochronę". Przekonał go dopiero pisemny rozkaz feldmarszałka von Klugego. - Mam tylko nadzieję, że nie sprawicie mi zbyt wielu kłopotów - powiedział Karlowi, gdy ten, zaopatrzony z jednej strony w list dowódcy Grupy Armii "Środek", z drugiej w glejt otrzymany od samego Reichsführera SS, zameldował się na linii frontu. - Postaram się nie wchodzić panu w drogę - zapewnił go Frölich. - Chociaż nie wątpię, że zdarzać się będą takie sytuacje, kiedy będę zmuszony prosić pana o pomoc. - Oby jak najrzadziej - mruknął pod nosem Milde i lekceważącym ruchem dłoni odprawił kapitana, dając tym samym znak, że audiencja została zakończona. Wieś, w której Karl urządził sztab, znajdowała się tuż za linią frontu. Przez cały czas dochodziły ich armatnie salwy. Furgonetki z rannymi natomiast krążyły nieprzerwanie w tę i z powrotem. Katz w rozpiętym mundurze szeregowca Wehrmachtu stał przed drewnianą chałupą i gapił się na przejeżdżające samochody, które co kilkadziesiąt metrów stawały w błocie. - Coś mi się wydaje, że ten nieszczęsny astrolog miał rację - powiedział głośno, kiedy zauważył obok siebie Karla. - Żeby wiedzieć, iż wojna z Rosją jest szaleństwem, nie trzeba było patrzeć w gwiazdy - odparł Frölich. Na horyzoncie zamajaczyło słońce. Karl wrócił do chałupy obudzić Gottberga i Strickfeldta. Z trudem wstawali z łóżek, potem niezbyt chętnie pluskali się w zimnej wodzie, zaczerpniętej ze studni. Frasa, jak zwykle, już nie było. Krążył po okolicy od samego rana, wstawał bowiem jeszcze przed świtem. Na pytania Karla, co w tym czasie robi, odpowiadał zdawkowo, że stara się "zasięgnąć języka". Nigdy jednak z żadnym jeńcem nie wrócił. Tego dnia pojawił się dopiero po śniadaniu. Był czymś wyraźnie podekscytowany, chociaż nie chciał powiedzieć, co tak na niego wpłynęło. Nawet Katzowi, któremu zwierzał się niemal ze wszystkich tajemnic, nie pisnął ani słowa. Krótko przed obiadem poprosił jednak Karla na bok i poradził mu: - Przenieśmy się w inne miejsce. Frölich wiedział doskonale, że to nie tylko przeczucie. Fras musiał się czegoś dowiedzieć - nieważne, w jaki sposób. - Tylko my? - zapytał, drepcząc nerwowo w miejscu. - A co, żal ci tego bufona majora? - Jesteśmy tu po to, żeby ostrzegać - ostro zareagował Karl. - Jeśli chcesz, to sobie ostrzegaj, ale na mnie więcej nie licz - odparł Fras i ruszył przed siebie, w stronę gęstego zagajnika, który zaczynał się kilkadziesiąt metrów za chałupą. - Poczekaj. - Kapitan ruszył za nim. Szedł szybko, potem zaczął biec, ale doktora dogonił dopiero na skraju lasu. - Co się stanie? - spytał, łapiąc go za łokieć. Ale Fras milczał. - Przecież nienawidzisz bolszewików - Karl sięgnął po ostateczny argument, którym posługiwał się już niejeden raz. Jak do tej pory, zawsze skutecznie. - Zrozum, że ich nie uratujesz - odpowiedział wreszcie psycholog, zatrzymując się na polance w środku lasu. - Major zginie, oddział pójdzie w rozsypkę. My też - dodał po chwili. - Jeżeli tu zostaniemy… Decyduj. Karl nie musiał się nawet zastanawiać. Wyposażony przez Himmlera w specjalne pełnomocnictwa, potwierdzone także przez von Klugego, był sam sobie sterem. Jedynym człowiekiem, przed którym musiał się spowiadać, był von Herzog. Ale pułkownik był teraz daleko, bardzo daleko - w podsmoleńskim Krasnymborze, gdzie od niedawna znajdowało się dowództwo armii. - Nic się nie da zrobić - dopowiedział Fras, rozwiewając ostatecznie wątpliwości Frölicha. - Ile mamy czasu? - zapytał kapitan. - Nie martw się - były wykładowca poufale klepnął swego byłego studenta w ramię. - Zdążysz zjeść obiad. Po powrocie do chałupy Karl zarządził "przeprowadzkę". Gospodyni i jej stary, niedołężny ojciec - mąż, jak sama przyznała, walczył gdzieś na froncie przeciwko hitlerowcom - w milczeniu przypatrywali się Niemcom, w pośpiechu pakującym swoje niezbyt liczne rzeczy. Choć nie wyrażali tego nawet najmniejszym grymasem na twarzy, ich serca przepełniała radość. Karl, jak i pozostali członkowie grupy, bez trudu odczytywali emocje tych dwojga. Czy jednak mogli mieć im to za złe? Katz podszedł do staruszka i poczęstował go papierosem. Chłop zapalił bez słowa. Przez trzy dni, które tu spędzili, odezwał się raptem kilka razy. Natan pierwszy z całej ekipy zaczął się uczyć rosyjskiego - jeszcze w Smoleńsku, od Jelizawiety - i jako jedyny był w stanie dogadać się z gospodarzami. - My myśleli, że jak Niemce przyjdą, to nam się lżej zrobi - powiedział Katzowi pierwszego dnia stary Nikitycz. - Ale… - machnął od niechcenia ręką. - Teraz wiemy, że i za Stalina, i za Hitlera dola nasza jednaka. Tylko co wy, jewriej, w całej tej menażerii robicie, ja nie rozumiem - dodał po chwili, dokładnie przypatrując się śniadej twarzy Natana. Wypaliwszy papierosa, Katz uścisnął dłoń starego. Wychodził z chałupy ostatni, ciągnąc za sobą najcięższy tobół. Na wóz od Mildego nie mogli liczyć. Karl mógł wprawdzie zażądać przydzielenia samochodu, ale gdzie miał teraz szukać majora? Może już nie żyje - pomyślał, mijając opłotki wsi. Mieszkańcy żegnali ich, stojąc w oknach, skryci za brudnymi, postrzępionymi płachtami materiału. - A jednak mam wyrzuty sumienia - zwrócił się Frölich do idącego obok Frasa. - I powinieneś je mieć - stwierdził Damian. - Jesteś w końcu Niemcem. - Nie zrozumiałeś mnie - odparł Karl. - Zrozumiałem, zrozumiałem - przerwał mu Fras. - To raczej ty nie chcesz zrozumieć. Kapitan spojrzał na niego zdziwiony, ale o nic nie spytał. Nauczyli się już dogadywać w pół słowa, wybiegać naprzeciw własnym myślom. Powoli zaczęli tworzyć zgrany zespół, jak wówczas, przed laty w Lipsku, Berlinie, Stuttgarcie… Niepozorny pochód zamykał Katz. Nucił pod nosem jakąś rzewną pieśń. - To po hebrajsku - wyjaśnił zaczepiony wzrokiem przez Strickfeldta. - Chyba ci nie przeszkadza? Franz nic nie odrzekł, przyspieszył tylko kroku, aby nie słyszeć zawodzenia Natana. Zbliżali się do lasu. Karl odruchowo sięgnął po broń. Automatyczny karabin przesunął na pierś tak, aby w każdej chwili być gotowym do oddania strzałów. W ślad za nim to samo uczynili Gottberg i Strickfeldt. Fras i Katz, chociaż także posiadali broń, już w momencie jej otrzymania z rąk von Herzoga zapewnili pułkownika, że wcale nie mają zamiaru jej używać. Idącego na przedzie Frölicha wyprzedził Fras. Karl posłał mu pytające spojrzenie, ale ten udał, że go nie zauważył. Przyspieszył jeszcze kroku. Szedł uważnie rozglądając się na boki. W pewnym momencie rzucił krótkie: "padnij!" - i sam zarył twarzą w błoto. Strzały, które rozległy się chwilę później, przeszły tuż nad ich głowami. Strzelano z lasu, z lewej strony ścieżki. Sprawnie przeczołgali się na prawo i skryli za gęstymi krzewami. - Partyzanci? - spytał Gottberg. - Kto ich tam wie? - odpowiedział Fras. - Może tylko zwykli bandyci? - Nie masz chyba zamiaru z nimi pertraktować? - roześmiał się Karl. Gdyby tylko ich przeciwnicy wiedzieli, z kim mają do czynienia, zapewne sami porzuciliby broń i uciekli, gdzie pieprz rośnie. Jak ich jednak do tego przekonać? Strickfeldt wyjrzał na moment zza drzewa, co nie uszło uwadze snajpera. Kula, która z wizgiem przecięła powietrze, utkwiła w pniu kilka centymetrów obok jego głowy. - Jest ich nie więcej niż ośmiu - stwierdził Katz. - Ale tylko pięciu ma karabiny. - Co robimy? - Franz i Artur, zajdziecie ich z prawa i z lewa - zakomenderował Karl. - Gdy będziecie gotowi, powiedzmy za pięć minut, otworzymy ogień, skupiając ich uwagę. Wtedy wy… - Nie musiał kończyć; Strickfeldt i Gottberg doskonale znali się na swojej robocie. Frölich, zostawszy jedynie z Katzem i Frasem, przybrał marsowy wyraz twarzy i nadając swemu głosowi stanowczą chropawość zapowiedział: - Wiem, że nie chcecie strzelać do ludzi. Ale, proszę, strzelajcie chociaż w powietrze. - Na to ewentualnie mogę się zgodzić - odpowiedział po dłuższym zastanowieniu Fras. Natan poparł go cichym chrząknięciem, po czym ponownie zaczął nucić rzewną hebrajską pieśń. Po pięciu minutach Karl dał sygnał do ostrzału. Ale tylko on celował na wprost - w miejsce, gdzie, zgodnie z przewidywaniami, znajdowali się ludzie, którzy nieco wcześniej próbowali pozbawić ich życia. Kiedy już wystrzelał cały magazynek, w absolutnej ciszy zalegającej nad lasem usłyszał z naprzeciwka wołanie Artura. Szybko załadował nową amunicję i wychylił się zza krzewów. Na ścieżce z rękoma podniesionymi wysoko do góry stało pięciu mężczyzn w mocno pobrudzonych i podartych mundurach Armii Czerwonej. Za ich plecami majaczyły postaci Strickfeldta i Gottberga. - A pozostali? - spytał Karl. - Strzelali do nas, więc musieliśmy ich zabić - odpowiedział Artur. Rosjanie, z kilkudniowym zarostem na twarzy, nadającym ich obliczom wygląd oprychów, pełnym nienawiści wzrokiem spoglądali w stronę Karla. Nietrudno było odgadnąć, że to on tu dowodzi, że gdyby udało im się obezwładnić tego młodzieniaszka z kapitańskimi dystynkcjami na pagonach, otworzyłaby się przed nimi szansa przeżycia. W chwili kiedy Frölich odczytał ich myśli, podszedł do najstarszego wiekiem czerwonoarmisty i kolbą karabinu zdzielił go w brzuch. Ten zwinął się w pół, przeklinając ze wszystkich sił matkę Karla. - Powiedz im, Katz - poprosił kapitan. - Nie mamy zamiaru was zabijać - oznajmił Natan po rosyjsku, czym wprawił jeńców w zdumienie. - Więc co, puścicie nas wolno? - spytał z powątpiewaniem jeden z Rosjan. - A potem strzelicie w plecy? - Może wy byście tak zrobili, ale my nie - jesteśmy cywilizowanymi ludźmi. - Wy?! - krzyknął Rosjanin, a potem splunął Katzowi w twarz. Strickfeldt zareagował natychmiast - podniósł karabin i wycelował go w plecy jeńca. Natan dostrzegł to kątem oka. Dzielił go zaledwie ułamek sekundy od momentu, w którym Franz naciśnie spust. Czy zdążę? W jednej chwili Katz skupił w swoim umyśle nieprawdopodobną siłę, a potem skierował ją na zewnątrz, w Strickfeldta. Franz nagle zamarł, po czym skurczył się, jakby nagle jego ciałem wstrząsnął potworny paroksyzm bólu. Upadając, wypuścił z ręki karabin, który wylądował tuż obok niego w błocie. Karl nie zdążył zareagować. Jeden z jeńców rzucił się po broń, ale nim dopadł doń, w pół przeszyła go seria wystrzelona przez Gottberga. Zastrzeliwszy pierwszego, Artur zrobił półobrót na pięcie i wycelował w kolejnych jeńców. - Nieee! - krzyknął odzyskujący jasność umysłu Frölich. Ale było już za późno. Kolejny Rosjanin, z rozharataną głową, padł na ziemię, brudząc pomarańczowo-czerwonymi strzępkami mózgu buty Frasa. Damian zaczął wymiotować, potem przewrócił się, popchnięty przez innego partyzanta, który korzystając z zamieszania rzucił się do ucieczki w głąb lasu. Nie odbiegł jednak daleko. Jeszcze jedna seria z karabinu Artura rzuciła go na drzewo, owinął się wokół niego jak jedwabny szal na wietrze i wolno opadł na ziemię. Karl dopadł wreszcie do Gottberga i wyrwał mu karabin z ręki. W tej samej chwili Natan, wyciągniętym zza pazuchy pistoletem, zagroził Strickfeldtowi. Pozostali przy życiu dwaj Rosjanie przyglądali się całemu zdarzeniu z rosnącym z sekundy na sekundę niedowierzaniem. Nie mieli odwagi odezwać się nawet słowem. Zapewne modlili się w duchu do Boga bądź Stalina, by koszmar ten wreszcie się skończył. Twarz Strickfeldta płonęła nienawiścią. Nie mógł jednak nic zrobić. Katz miał go na muszce, podczas gdy jego broń leżała w błocie, przygnieciona ciałem zabitego przez Artura Rosjanina. - Schowaj to cholerne żelastwo - rozkazał Natanowi Frölich. Katz, choć z ociąganiem, przytwierdził jednak pistolet z powrotem do paska spodni. - A ty - kolejne polecenie skierowane było do Gottberga - zwiąż jeńców. Strickfeldt pochylił się nad trupem Rosjanina i mocnym szarpnięciem wydostał spod bezwładnego ciała swój karabin. Karl obserwował go uważnie, bojąc się, by ten nie zechciał teraz odegrać się na Natanie. Wyczuwał ogromne napięcie, które nigdzie nie mogło znaleźć ujścia. Obaj mężczyźni przestali jednak, przynajmniej pozornie, zwracać na siebie uwagę. Frölich podszedł do Katza i spytał: - Dlaczego to zrobiłeś? - Pytasz, dlaczego stanąłem w jego obronie? Karl w milczeniu przytaknął ruchem głowy. Za jego plecami stanął Fras, który zdążył już dojść do siebie i pomógł nawet Arturowi związać dwóch ocalałych czerwonoarmistów. - Nie wiesz? - zwrócił się do kapitana. - Bo ten Rosjanin to też Żyd. 9. Przed wieczorem dotarli do skrytej w niewielkiej dolince wsi. Bardzo już zmęczeni, przestali zwracać uwagę na grożące im niebezpieczeństwo. Zresztą, gdyby takowe rzeczywiście istniało, któryś z nich wyczułby je odpowiednio wcześniej. Strickfeldt i Katz szli daleko od siebie. Pierwszy z nich otwierał, drugi natomiast zamykał pochód. W środku szli jeńcy, nad którymi czuwał Fras. Nie wymagało to od niego nadmiernej uwagi, ponieważ, mocno skrępowani, nie mieli najmniejszych szans na ucieczkę. Wlókł się więc za nimi, rozmyślając o starych, przedwojennych czasach. Jak zły szeląg powracało do niego wspomnienie żony - kobiety, która wyrzekła się nie tylko jego, ale również ich dzieci. Margaret! - Mówiłeś coś? - spytał idący za nim Frölich. Ale psycholog nie odpowiedział. Wzruszył tylko ramionami, niezadowolony z tego, że ktoś odrywa go od, było nie było, przyjemnych wspomnień. Karl, widząc zasępioną twarz towarzysza, nie drążył dłużej tematu. Przyspieszył kroku i po chwili szedł już w równym rzędzie ze Strickfeldtem. - Wciąż masz do niego żal? - Frölich nawiązał do zdarzenia z Katzem. Franz nie odpowiedział od razu, długo dobierał w myśli odpowiednie słowa, wreszcie odparł: - I tak, i nie. - Splunął pod nogi, w topniejący śnieg, po czym wyjaśnił: - Rozumiem, dlaczego to zrobił, ale przecież… Zasady - sam mówiłeś. Obowiązują nas pewne zasady. Nie możemy stosować psychokinezy wobec siebie - to nas nawzajem osłabia. - Sytuacja była jednak wyjątkowa - rzucił Karl, wcale nie mając zamiaru stawać w obronie Natana. - Przecież strzeliłbyś… - Tak - odparł Franz. - Ale to wróg. - Człowiek. - Przecież jesteśmy na wojnie. Nauczono nas zabijać i musimy to robić w imię zwycięstwa. - Daj spokój - przerwał kapitan, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Jesteśmy tu, bo tak naszymi losami pokierował ktoś tam - spojrzał w zasnute ciemnymi chmurami, przedwieczorne niebo - na górze. Nikt z nas nie chciał tej wojny - dodał. - Myślisz, że Katz, Damian, nawet ci Rosjanie? Strickfeldt zamilkł. Nad czym się teraz zastanawia? - próbował odgadnąć Karl. Ale nie potrafił przebić się przez myśli Franza. Widocznie zależało mu na tym, aby nikt nie miał doń dostępu. - To już nie potrwa długo - odezwał się Frölich. Choć słowa kapitana zabrzmiały jak nic nie znaczące, nie mające pokrycia w faktach pocieszenie, Strickfeldt odczytał je na swój sposób. Od dawna miał złe przeczucia, a Karl niechcący tylko go w tym utwierdził. Z porośniętego lasem wzgórza widzieli wieś. Kilka zagród i ani śladu człowieka. - Siedzą w domach - stwierdził Fras. - Żadnych żołnierzy? - spytał kapitan. - Ani naszych, ani Rosjan - odparł Gottberg. - To co, idziemy? - zainteresował się Katz. - Prześpimy się - podjął decyzję Karl. Wąską, krętą ścieżynką ruszyli w dół. I wtedy dali się zaskoczyć. Nie zauważyli nawet ani nie usłyszeli, gdy nagle za ich plecami wyrósł uzbrojony w karabiny maszynowe oddział chłopów. Ich zacięte twarze nie wróżyły najlepiej. Kim byli? - Niemcy? - spytał po rosyjsku jeden z "leśnych". Podszedł najpierw do Strickfeldta, potem zatrzymał się przy Karlu. Mundur, jaki miał na sobie Frölich, rozwiewał wszelkie wątpliwości. - Co tu robicie? Zabłądziliście? Kapitan milczał, udając, że nie rozumie pytań. Jedynymi, którzy ucieszyli się z pojawienia partyzantów, byli jeńcy. - Towarzysze - krzyknął ten, w którego obronie stanął Katz. - Towarzysze, to są hitlerowcy! Zastrzelili sześciu naszych, a nas wzięli w plien. Dowódca oddziału przyjrzał się związanym krasnoarmiejcom, nie powiedział jednak ani słowa, nie wydał też rozkazu rozwiązania ich. Stwierdził tylko: - Pójdziemy do komandira. I wskazując lufą karabinu położoną w dole wieś, wyznaczył kierunek marszu. Komendant wybrał na swoją siedzibę najokazalszą chatę we wsi. Gdy chłopi, uderzając kolbami karabinów w plecy, wepchnęli Karla, Natana i Gottberga do środka (pozostałym kazali zostać, pod strażą, na zewnątrz), zobaczyli oni młodego, trzydziestokilkuletniego mężczyznę w skórzanej czarnej kurtce, którą przed wojną z upodobaniem nosili czekiści. Na widok żołnierzy w niemieckich mundurach w jego oczach pojawił się zagadkowy błysk. Jednym haustem przechylił szklanicę bimbru i poderwał się na równe nogi. - Niemcy, panie komendancie. Węszyli po lesie - zameldował chłop, który ich tutaj przyprowadził. - Ilu? - spytał komandir. - Tych trzech i jeszcze dwóch na zewnątrz. Mają ze sobą również dwóch bolszewików, związanych. Na twarzy komendanta zagościł uśmiech. Nie wróżył on nic dobrego, ale Karl, o dziwo, nie miał w tej chwili żadnych złych przeczuć. Jakby nic im nie zagrażało. - Niemców wprowadźcie, a czerwonych pod płot i rozstrzelać. Katz natychmiast przetłumaczył rozkaz komendanta na niemiecki, czym wprawił w zdumienie Frölicha. Karl nie dał tego wprawdzie po sobie poznać, ale Natan bez trudu odebrał jego myśli. Komandir tymczasem stanął na wprost Karla, zasalutował przed nim do odkrytego czoła i, przez cały czas uśmiechając się, wytłumaczył nienaganną niemczyzną: - My tu nie lubimy bolszewików. Za plecami Niemców zaskrzypiały drzwi. Do chaty wtargnął zimny wiatr, wprowadzono też Strickfeldta i Frasa, którzy, zaskoczeni, z niedowierzaniem przyglądali się serdecznemu powitaniu ich kapitana z dowódcą rosyjskiego oddziału. Chwilę później z dworu doszły ich odgłosy karabinowej serii. - Ot, i dwóch bezbożników mniej - podsumował komendant. Karl i jego ludzie zostali zaproszeni do stołu. Podano im gorące pieczone kartofle i nalano wódki. Komandir nazywał się Kamiński. Z pochodzenia był Polakiem, ale mieszkał w Związku Radzieckim. Cztery lata temu został aresztowany przez NKWD i wywieziony pod koło podbiegunowe. Darowano mu karę na początku czerwca, nakazując osiedlenie się w tej właśnie wsi. Jako prześladowany przez bolszewików, od razu zyskał szacunek miejscowej ludności. Gdy tylko wybuchła wojna, zorganizował z chłopów niewielki oddział, który napadał na maruderów cofającej się pod naporem Wehrmachtu Armii Czerwonej. W ten sposób zdobywał uzbrojenie. Gdy Niemcy zajęli wieś, czekały już na nich powołane przez Kamińskiego lokalne władze. I oczywiście suto zastawione stoły. Powierzono mu pieczę nad całym okręgiem. A on wywiązywał się ze swoich obowiązków wzorowo. Kontyngenty dostarczane były na czas, w szkołach uczono nie tylko rosyjskiego, ale i - po niemiecku - historii Rzeszy, aktywność partyzantów na podległym mu terenie zmalała do zera. Jego władza, choć absolutna, uznawana była przez miejscowych za sprawiedliwą. Odmienne zdanie mieli na ten temat jedynie komuniści, ale - jak zapewniał Kamiński - nie narzekali, bo nie miał już kto narzekać. - Wszystkich czerwonych pozbyliśmy się w pierwszych dniach wojny - poinformował z dumą. Katz przyglądał mu się z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony - zimny morderca, z drugiej - dobry ojczulek, szanowany przez swoje dzieci. Prawdziwe ucieleśnienie Rosji. W taki sam sposób Jelizawieta, od której uczył się rosyjskiego, oceniała Stalina. - My wszyscy z niego - tłumaczyła. - Z nim źle, ale bez Stalina byłoby Rosji jeszcze gorzej. Zapewne taki sam stosunek mieli mieszkańcy całego okręgu do Kamińskiego. Hołubiony i nagradzany przez Niemców, musiał też budzić powszechną niechęć i zazdrość. Ale na razie był zbyt mocny, aby te uczucia się uzewnętrzniły. Natan nie miał jednak wątpliwości - śmierć, jaka go czeka, nie będzie należeć do chwalebnych. Po suto zakrapianej kolacji komandir Kamiński zaprosił Karla na przechadzkę. Szli wzdłuż wsi odprowadzani ciekawskim wzrokiem przez jej mieszkańców. - Proszę mi powiedzieć, jak wygląda sytuacja na froncie - poprosił Rosjanin. - Przemy na wschód - odparł kapitan. - To wiem, ale co z Moskwą? - Führer nakazał wysłanie dodatkowych dywizji na południe i północ - odpowiedział enigmatycznie Frölich. - Leningrad i Stalingrad - niemal krzyknął Kamiński. - Przecież to głupota! Głupota - powtórzył. - To Moskwa jest symbolem Rosji. Dopiero gdy Hitler zdobędzie Moskwę, cały kraj padnie przed nim na kolana. Nie prędzej. - Wątpi pan w pomyślne zakończenie? - Karl zadał pytanie, na które mogła paść tylko jedna odpowiedź. Dlatego też Kamiński wcale nie trudził się z jej udzielaniem. - Każdego dnia Stalin będzie silniejszy. Każdego dnia będzie posyłał na linię frontu tysiące nowych żołnierzy. Aż złamie niemiecką potęgę. Frölich milczał. Nie czuł się teraz jak jasnowidz, skoro najściślej strzeżona tajemnica III Rzeszy była już doskonale znana nic nie znaczącemu komendantowi obwodu Łokot', gdzieś na zapadłej rosyjskiej prowincji. - Pan wie, kapitanie, że wasza porażka oznacza dla nich - zrobił dłonią szeroki gest, obejmujący nie tylko tę wieś, ale także wszystkie sąsiednie sioła - pewną śmierć. Zemsta Stalina będzie krwawa. - Zawsze może się pan wycofać z armią niemiecką. - A oni? Mam ich zostawić? - Pójdą z panem. - W świat nieznany im, obcy i wrogi? - w głosie Kamińskiego zabrzmiała troska, której Karl na pewno się po nim nie spodziewał. Odczuł dziwną sympatię do tego człowieka. - To zwykły morderca - zaatakował kapitana Katz, kiedy już późno w nocy udali się na spoczynek. - Kazał rozstrzelać jeńców. Bez procesu i wyroku. - Jest wojna - próbował bronić gospodarza Frölich. - I prawa obowiązują wojenne. - Moralność też wojenna? Karl nie miał już najmniejszej ochoty na filozoficzne dysputy. Kamiński obiecał im dostarczyć rano wóz konny, którym mieli zostać odwiezieni do dowództwa regionu. Zostały im co najwyżej cztery godziny snu. 10. W mieście panowało gorączkowe podniecenie. Wojskowe wozy tamowały ruch na ulicach. Cywile zatrzymywali się na chodnikach i ze zdziwieniem przyglądali najwyraźniej bardzo dla Niemców nietypowej krzątaninie. Woźnica, nagabywany przez Katza, mruczał tylko coś niewyraźnie, nie mając najwidoczniej ochoty na rozmowę z giermańcami. Ale i on był bardzo zainteresowany tym, co działo się dokoła. - Szykują się do ucieczki - podsumował Fras. Powiedział to, co także pozostałym przyszło na myśl. Oni jednak woleli milczeć. - Widocznie czerwoni przerwali front - stwierdził Gottberg. - I dlatego od razu ewakuują całe miasto? - spytał z powątpiewaniem w głosie Natan. - To musi być coś poważniejszego. - Nie myślisz chyba, że… kontrofensywa? - zaatakował go od razu Strickfeldt, sprzeczający się teraz z Katzem niemal na każdym kroku, o najdrobniejszą nawet sprawę. Ta jednak na pewno nie była "drobna". Słońce wspinało się po horyzoncie, hojnie obdarowując swoimi promieniami mieszkańców miasteczka. Ich spokój mąciły jednak wydarzenia, których właśnie byli świadkami. Karl, obserwujący ich ponure oblicza, odbierał dziesiątki sprzecznych ze sobą myśli, uczuć, emocji - od potężnego strachu, aż po wielką radość. Wiedział, że w przyglądającym się im tłumie byli ludzie, dla których Niemcy , pomimo energicznie prowadzonej przez bolszewików propagandy, to wciąż bastion zachodniej cywilizacji. Inni z kolei - ci, którym dane było doświadczyć okrucieństwa esesmanów bądź gestapowców - widzieli w nich jedynie bestie w ludzkich ciałach. Łączyła ich ta sama przyszłość - jedni i drudzy, znalazłszy się na powrót w ręku Stalina, wcieleni zostaną do Armii Czerwonej i wysłani na front, żeby do Niemców strzelać. Dawno pozbył się złudzeń. Dawno? - pomyślał. - Jestem w Rosji od czterech miesięcy, a mam wrażenie, jakbym spędził tutaj już całe lata. Woźnica podjechał pod niepozorny piętrowy budynek ustrojony w hitlerowską flagę, po czym zeskoczył z wozu i zaczął karmić konia owsem. - Jesteśmy na miejscu - zawyrokował Katz. Z wnętrza budynku, w którym przed wojną musiał mieścić się hotel bądź pensjonat, wybiegło kilku żołnierzy; oddali honory Karlowi i ruszyli dalej, nie wiadomo dokąd i po co. - Mam wrażenie, że na królewskie przyjęcie nie mamy tu dzisiaj co liczyć - stwierdził Fras. - To się okaże - odparł Frölich. Wziął ze sobą Strickfeldta i wszedł do środka. Katz i Fras, z uwagi na swój semicki wygląd, zazwyczaj pozostawali w takich sytuacjach na zewnątrz. Do ochrony przydzielony został im Gottberg - na wypadek, gdyby któryś z żołnierzy, nadgorliwiec, przyczepił się do ich pochodzenia. O ile w mieście panował bałagan, w budynku dowództwa był on podniesiony do potęgi. Na podłodze walały się stosy dokumentów, przez pootwierane szeroko okna, pozbawione zresztą szyb, wdzierał się do środka wiatr. W ogólnym rozgardiaszu nikogo nie było słychać. Strickfeldt chwycił za poły munduru pierwszego przebiegającego obok kaprala i krzyknął mu wprost do ucha: - Którędy do dowódcy? - Do majora? - odparł żołnierz. - Prowadź! Wspięli się drewnianymi schodami na piętro. W korytarzu hulały przeciągi, wzniecając tuman papierów. Kapral wskazał drzwi na końcu holu, wyrwał się z objęć Franza i pobiegł na parter. Zapewne bał się, że nie zdąży uciec przed nadejściem bolszewików. Drzwi były zamknięte na klucz. Na pukanie nikt nie zareagował. - Coś nie tak? - spytał Strickfeldt, widząc napiętą twarz kapitana. - Wyważ je. Franz o nic więcej nie pytał. Odłożył na podłogę karabin, wziął trzymetrowy rozbieg i z całej siły uderzył barkiem w drzwi. Na szczęście nie były one solidne. Zamek pękł od razu i bez większych problemów mogli wejść do środka. Na fotelu, za biurkiem, z rewolwerem w ręku, wycelowanym prosto w skroń, siedział oficer. Musiał doskonale pamiętać poprzednią wojnę, o czym świadczyły liczne pasemka siwizny, którymi poprzetykane były jego blond włosy. I wiedział, co to honor. Zauważywszy niespodziewanych gości, major zamarł w tej pozie - wydał się Karlowi w tej chwili przekomiczny, chociaż sytuacja na pewno nie nastrajała do śmiechu. - Kapitan Karl Frölich - przedstawił się. - A to - wskazał Franza, który właśnie wycofał się na korytarz po karabin - sierżant Strickfeldt. Pan jest dowódcą miasta? Major dopiero po dłuższej chwili odzyskał mowę. - Panowie wybaczą - powiedział, odkładając broń na biurko. - Chwila słabości - wytłumaczył. - Co tu się dzieje? - spytał Karl, odruchowo pochylając się, aby podnieść z ziemi porozrzucane papiery. - Ewakuacja. - Raczej ucieczka - rzucił Strickfeldt. Przymknął drzwi, które z trudem trzymały się na zawiasach i skrzypiały teraz niemiłosiernie targane przez wiatr. - Jak zwał, tak zwał. - Dlaczego uciekacie? - zapytał kapitan. Major wziął głęboki oddech i długo zwlekał z odpowiedzią. Karl zaczął się niecierpliwić. - Czyżby odpowiedź na to pytanie nastręczała aż tyle trudności? - Niełatwo jest przyznać się do niewykonania rozkazu. - Jaki to był rozkaz? - Walczyć do ostatniego żołnierza. - A tymczasem… - Tymczasem żołnierze, dowiedziawszy się, że bolszewicy przełamali front kilka kilometrów stąd, wpadli w panikę i rzucili się do ucieczki. - Ponownie zamilkł. - Dlatego też… - nie dokończył, wzrokiem jedynie wskazał rewolwer. - To honorowe wyjście. - Honorowe - potwierdził Frölich. - Ale niepotrzebne. Pan się nie musi obawiać. - C-co? Skąd pan to wie? Kim pan w ogóle jest, kapitanie? - Jednostka specjalna "Geist". - Pomachał majorowi przed oczyma dokumentem, na którym widniał podpis Himmlera. Niewiele brakowało, aby major poderwał się zza biurka i oddał mu salut. Uspokajający gest Karla zatrzymał go jednak na miejscu. - Mogę panom w czymś pomóc? - Nam nie, ale sobie - tak! - Nie rozumiem. W Karlu się zagotowało. Beznadziejny, tępy junkier. Gotów sobie w łeb strzelić przy najmniejszym niepowodzeniu, ale nie potrafiący chwycić i trzymać za mordę spanikowanych kaprali. - Jeżeli nie chce pan stanąć przed plutonem egzekucyjnym - powiedział głośno - radzę natychmiast wyleźć stąd na zewnątrz i pozbierać resztki oddziału, którym pan dowodzi! - kapitan krzyczał. Po raz pierwszy krzyczał na innego żołnierza. I to na dodatek starszego stopniem. Strickfeldt z trudem poznawał swego towarzysza. Musiał jednak przyznać w duchu, że Karl mu zaimponował. Nie przypominał już tamtego młodzieniaszka, który odnalazł go pewnego kwietniowego wieczora w jednym z barów w najbardziej podejrzanej dzielnicy Hamburga. Frölich musiał odczytać jego myśli, bowiem spojrzał w bok i puścił doń znacząco oko. A potem rzucił złowrogie spojrzenie na gramolącego się zza biurka oficera. - Jak pan się nazywa, majorze? - Ropp, Georg von Ropp - odparł, pewniejszym już tonem oficer, zapinając mundur i poprawiając pasek u spodni. Podszedł do wyważonych przez Franza drzwi i uczynił zapraszający ruch ręką w kierunku Frölicha i Strickfeldta. Karl sięgnął po leżącą na biurku broń i podał ją Roppowi. - Myślę, że może się jeszcze panu przydać, majorze. Pojawienie się von Roppa na dziedzińcu dowództwa spowodowało jeszcze większy popłoch. Żołnierze nie wiedzieli, jak się zachować. Jedni stawali na baczność, czekając na rozkazy, inni, których major nie dostrzegł, chowali się za samochodami bądź uciekali na tył budynku, a stamtąd - przez ogrody, a potem bagna - już chyba tylko na zachód. Przed majorem i stojącym obok niego Karlem prężył się młodziutki kapral. - Jak się nazywasz, chłopcze? - spytał władczym tonem von Ropp. - Schickedanz. Kapral Erich Schickedanz. - Już nie. Od teraz jesteś sierżantem. Weź dwóch szeregowców, których mianuję kapralami, i pozbieraj resztę żołnierzy. - Mówił tak głośno, by słyszeli go wszyscy dokoła. - Gdy znajdziesz kogoś, kto się ukrywa lub próbuje uciekać, możesz rozstrzelać na miejscu. - Jawohl! - ryknął Schickedanz i już go nie było. Jak niewiele trzeba, by przeistoczyć się z tchórza w bohatera - stwierdził Karl i zaczął rozglądać się za swoimi towarzyszami. Chłop z wozem już zniknął. Katz, Gottberg i Fras czekali jednak wciąż w tym samym miejscu. - To pana ludzie? - spytał major, przyglądając im się podejrzliwie. Być może zwrócił jego uwagę wygląd Katza. - Co to za jedni? - Nie czytał pan? - Owszem, widziałem podpis, ale nikt mnie nie informował, że taka grupa będzie działać na moim terenie. - Von Ropp odzyskał już pewność siebie i ponownie próbował grać rolę surowego dowódcy. Karl przestał jednak zwracać na niego uwagę. Odwrócił się doń, bez słowa, plecami i krzyknął do swoich: - Nic tu po nas! Ale major nie chciał dać za wygraną. - Chcecie odejść? - zdziwił się. - Jeżeli dojdzie do potyczki z bolszewikami, przyda się każdy żołnierz. - Żołnierz - może tak - odparował Strickfeldt. - Ale na pewno nie taki oficerek, jak ty. Von Roppa zamurowało. Wyglądał teraz nie mniej głupio, niż w momencie kiedy Karl i Franz wparowali do jego gabinetu przez wyważone z hukiem drzwi. Chciał coś powiedzieć, ale bełkotał jedynie, połykając z nerwów nie tylko sylaby, ale i całe słowa. Frölich ukłonił mu się z ironicznym uśmiechem na twarzy i dał sygnał swoim ludziom do wymarszu. Za plecami słyszeli groźne okrzyki Schickedanza, który rozdzielał potężne razy kolbą karabinu przyłapanym na ucieczce szeregowcom. Von Ropp zyskał godnego siebie zastępcę. następna strona » |