Jacek
Michał Prochownik

Z zarostem spod jeansowej czapeczki, dokładnie takim jakby nigdy się nie golił, i jakby mu zostały i przerosły i zgęstniały pierwsze młodzieńcze wąsy, które sobie zapuścił gdy wywalili go ze szkoły zawodowej.

Gdy wywalili go ze szkoły zawodowej poszedł do takiej specjalnej, dla takich co ich wywalali zewsząd. Mimo łatwej policzalności jego żeber, nawet przez ubranie poszedł na kopalnię, tam pił i tam przywalił go jakiś żelbet i tam mu podziękowano za współpracę.

Z brudną jeansową czapeczką, na której, na potylicy widniała rdzawa plama legował pijany po rowach, śmierdzący końmi i wódkami, bełkocący przekleństwa pod sinym nosem wrak.

Potem się opamiętywał i widywano go pod warzywniakiem, jak jadł surowe pomidory i ogórki, jak komentował wdzięki przechodzących matek. Pozdrawiał przy tym ich sąsiadów i domagał się przekazywania, z tak modliszkowatym uśmiechem, jakby wiedział o wszystkich zdradach, lub w głębi serca zakładał, że każda kobieta to kurwa.

Jego największym marzeniem i zarazem wspomnieniem, którego autentyczności ani prawdopodobnego czasu dziania się nikt nie był w stanie potwierdzić była robota przy kopaniu rowów, gdzie majster zaczynał dzień od pytania, "to czego się napijecie chłopcy?". I po tym pytaniu była wódka i piwo i wino i wódka i wino i wódka i piwo, a potem wódka i piwo i piwo i piwo, a potem przerwa, a na przerwie przychodzi majster i pyta: "Nic wam nie trza chłopcy? Może co wypijecie?" i piwo i wódka i piwo, a potem piwo i wino i piwo i normalnie jak kto chce i piwo i wino i wódka, a potem majster i pyta "macie dość chłopcy?" i wódka i piwo i wino i wódka i tak cały dzień.

O tym ciągle opowiada uderzany w twarz w rowach, kiedy nowe osoby go cucą, chcą sprawdzić czy żyje, albo czy mógłby okazać dowód tożsamości.

Z biegiem czasu mówi coraz mniej, wkrótce wymieniał będzie tylko alkohole. Nic na temat wdzięków.