Dama Zblazowana
Michał Prochownik

Czy pan by chodził na balet, jak ja? Jak ja? Bo ja chodziłam na balet. Autobusem chodziłam czerwonym, bo takie były czasy. Niedawne. Lubię zmiany. Miałam wtedy blond koczek, jak struna – bdę bdę... prawda? Nie żadna tam gęś. Ja od razu. To daje wdzięk podobnie jak lekcje pianina. Pianina wyrabiają dłonie. Pielęgnacja jest ważna w każdym wieku, więc nalegam, ale ja nalegam, że o niczym nie świadczy, i o nikim, nic. Za to braki potrafią być niewybaczalne w towarzystwie, w mądzie – obce słowo, ale ja lubię francuskie samogłoski. Niebywale poprawiają dykcję, ę ,ę ,ę. I nie uśmiecham się tylko z ust, prosto z ust, wargami. Uśmiech wargami – czuje pan jak to wulgarnie brzmi? Ja mogę uśmiechać się z biodra, z palców, na pointach. Uśmiechać się dłonią, zalotnie i z dłoni ten uśmiech wypuścić jak gołąbka. POKOJU! Taki ptak! Biały jak mewa. Uśmiech całym ciałem. Tak potrafię. Nawet pan nie wie jak daleko można sięgnąć uśmiechem, wykwintnym i eleganckim, zalotnym lecz z dystansem, z polotem. Mmmmm.... dużo tłumaczenia, ale to nie ma sensu. Szybko się nudzę, gubię w didaskaliach. Emilia mam na imię, zresztą inaczej też mogę mieć. W telewizji mówią, że każda kobieta ma wiele twarzy. Nie oglądam reklam, wychodzę wtedy zapalić. Palę, to moja drobna, mała, słodka słabość, przypadłość, feblik. Wszystko jest dla ludzi. I nie wzruszą mnie ewentualne przytyki prostaków, że “baba z petem, koniom lżej” bo to w stylu “baba pijana (no wie pan) sprzedana”, na, na, na! No tak, posługuję się czasem wulgaryzmami. Stosuję z umiarem, wnoszą wtedy świeżość. Niemieccy prelegenci, których poznałam zeszłego roku jeszcze w Wodach, mieli wciąż tę anegdotyczną przypadłość, wybaczy pan długie zdanie, ale to konieczne, a więc pisali sobie owo “Hier Spass” w notatkach. Oni zapominają potem, jaki kawał mieli opowiedzieć, ważne jest tempo, staccato, moderato, pianissimo, żeby nagle szybko w forte a potem... Ale to trzeba znać zapis nutowy, który oczywiście ja... Edukacja! Bardzo nad współczesną ubolewam. Nie ma piękna, wdzięku, kobiecości w edukacji anorektyczek, żurnala mód kosmicznych. Tak to sobie nazywam, tworzę świat nazw na własny intymny użytek. Ę, Ą. Ja się “Ę Ą” nie wstydzę bo “Ę Ą” przeszkadza tylko osobom ze słabą dykcją, ale mówiłam już o dykcji, tak bardzo nie lubię się powtarzać. Powtarzam to sobie przed lustrem, przed snem, bo ja opowiadam bajki na ucho kochankom, takie baśnie-zaśnie właśnie, od których oni się prężą i uśmiechają przez sen, a potem chcą grać na gitarze, na cytrze, na harfie. Anioły, moje anioły. Niech pan dalej nie idzie, milordzie. Lubię Piaf. Płaczę gdy ona śpiewa. Ici c'est confortable.

Choć...

To ja decyduję, wybieram. Spontanicznie. Ostatecznie ja. A! Ja udzielam praw, zapraszam do mojej chmurki wdzięku wokół, do piękna, w aromaty, w wonie. Wojowników, Dżentelmenów, Rycerzy, Poetów, Wirtuozów skrzypiec, a nie tępych samochodziarzy, powiatowych akordeonistów, bokserów, robociarzy. Drogi panie! A pan nie zasługuje na TY. Nie dla pana sztuka konwersacji. Nie salony, tylko salcesony! Bo przecież nie kawa, kawiory, krewety, krawaty jedwabne, fulary! Rozumieć? Cohiba! Courvoisier! Intercontinental!

Żegnam.



Ilustracja - Sławek Gruca