|
Insanity Michał Prochownik Wtedy też tak stałem, właśnie tak stałem. W lutym, zupełnie codziennym, na zamarzniętej ślisko kałuży, w butach, które kupił mi dziadek na mróz. I ostatnim moim ciepłym wspomnieniem tej zimy było to jak się do mnie uśmiechał wokół fajki, jak mi się kazał przejść w zapachu kawy zbożowej (podczas śniadania).
Potem już było zimno - widziałem jak autobus przejeżdża głowę pijaka, która upadła na drogę, ciągnąc za sobą luźno jego lekkie ciało po ciosie, śmiertelnym, jaki dostał w nos i wtedy chyba to się stało, stałem zbyt blisko jak gap – mała odległość. Robią mi między zwoje, dokładnie, precyzyjne zastrzyki z szumu, zastrzyki z brzęczenia i z każdym jest mi szumniej w głowie i jestem ulem, mrowiskiem, termitierą, odkąd zaczęli z pająkami, jestem też pajęczyną (z synaps). Na wszystko mam gotową odpowiedź całym ciałem, mimowolnie aż do końca, ale głowa pijaka, już we mnie nie trzepocze, nie buszuje, już nie rozrywa mi od środka mojej cienkiej skóry - pergaminu, na którym wszystko się od środka zapisuje i zamazuje i nie nadążam jego głową za zapisem, a ona czyta (łapczywa) i wchłania coraz więcej informacji, żeby przekrzyczeć ten nieruchomy szum, który dostaję przez igłę zawsze bardzo zimną. Śniło mi się (śniło?), że już spomiędzy zwojów wychodzą mi mrówki, że mają we mnie dom i chcą we mnie mieć skrzydlate dzieci i na tych ich skrzydłach mnie rozerwać na tysiąc pojedynczych dźwięków i całym mną w kawałkach odfrunąć, zostawiając światło zakreślone kredą jak po świętej ofierze zamachu. Dlatego stoję nieruchomo, zupełnie dla niepoznaki, dla zachowania pozorów, że wszystko działa na mnie i kiedy biorą mnie pod wielką lupę, kiedy mnie powiększają, ich palce wgniatają odciski obdukcji na moim kokonie, wtedy jego głowa najbardziej zamiera i patrzy, i ma ten dziwny grymas zrobiony przez koło, kiedy wraca do siebie na moment i czuję, że razem z nią spadam gdzieś głęboko, pod wodę, pod ziemię, pod paznokcie u nóg - panu bogu świeczka, a diabłu ogarek - za chwilę. Ilustracja - Sławek Gruca |