Noc cudów
Sebastian Chosiński

– Cholera, zimno – cicho zaklęła pod nosem kobieta, przytupując przy tym energicznie nogami w miejscu i pocierając zziębnięte dłonie.
– A co ty byś chciała? – odparł jej na to mężczyzna. – Zima jest, to musi być zimno. – Odetchnął głęboko, a z jego ust wydostał się kłębuszek pary.
– Co my zrobimy?
– A co możemy zrobić? Nie wpuszczą nas przecież do noclegowni. – Stwierdził bezradnie rozkładając ręce. – Połazimy tu i tam, jakieś miejsce do spania w końcu znajdziemy.
– Głodna jestem – oznajmiła kobieta. Podniosła rzuconą na ziemię torbę, przeszukała ją dokładnie, po czym z żalem dodała: – Nic nie ma.
– Nie ma, bo rano zjadłaś ostatnią bułkę. Nawet się nie podzieliłaś… – odparł z wyrzutem mężczyzna.
– A ty dałeś mi wczoraj chociaż kromkę chleba, który wysępiłeś pod sklepem? – odparowała kobieta. – Widziałam, jak go szybko połknąłeś, żebym się nawet nie dowiedziała.
– Eeee-tam! – machnął ręką i zacytował swoje ulubione powiedzenie z lat dzieciństwa: – Co było, a nie jest…
Kobieta potraktowała ten gest jako sygnał do dalszego marszu. Pozbierała porozrzucane na chodniku foliowe torby i, ponaglając swojego towarzysza wzrokiem, ruszyła w kierunku osiedla. Chwilę później zaczął prószyć śnieg.
– Jeszcze tego brakowało – mruknął mężczyzna.
– Nie narzekaj. Jak napada, to ładnie będzie, tak gwiazdkowo.
Spojrzał na nią spode łba. Kobieta stropiła się lekko. Nie dała jednak za wygraną.
– Co chcesz?! Nie zawsze przecież tak było. Mieliśmy kiedyś rodziny, siadaliśmy do kolacji z bliskimi, dostawaliśmy prezenty… – Wyraźnie się rozmarzyła. Do tego stopnia, że nie zauważyła nawet sporej kałuży, w którą wdepnęła, zapadając się aż po kostki. Bluznęła na cały głos, na co mężczyzna zareagował nieprzyjemnym rechotem.
– Teraz możesz iść do swojego byłego i poprosić o suche buty. Na pewno dostaniesz.
– Głupi jesteś!
Wyciągnęła z torby starą gazetę, oderwała kawałek i starła błoto z butów.
– Wybierasz się na salony?
– Czasami mam ciebie serdecznie dosyć – odparowała.
– A co ty byś beze mnie zrobiła? – Żeby jednak załagodzić sytuację, pogłaskał ją czule po ramieniu. – No… nie gniewaj się już. Przecież dzisiaj jest wigilia. Nawet zwierzęta będą mówić ludzkim głosem.
– Szkoda, że nie mamy żadnego. Byłoby z kim pogadać – stwierdziła, uśmiechając się lekko. A kiedy mężczyzna zrobił naburmuszoną minę, szturchnęła go łokciem pod żebro.
– Ale możemy mieć. Mało to kotów łazi po śmietnikach?
– Właśnie! Chodź już. Dzisiaj na pewno znajdziemy coś specjalnego.
Przeszli na drugą stronę ulicy. Gdy weszli na chodnik, tuż za ich plecami przemknął, jadąc znacznie szybciej niż jest to dozwolone w centrum miasta, samochód na zagranicznych rejestracjach.
– Powodzi się ludziom – stwierdziła kobieta. – Mój były miał kiedyś podobny wózek.
– Mój były, mój były… – mężczyzna zaczął ją przedrzeźniać. – Tak za nim tęsknisz, to idź sobie do niego. Ucieszy się, jak cię zobaczy. Możesz mu nawet coś sprezentować.
– Głupi jesteś – powtórzyła po raz kolejny. – Nie jego, a dzieci mi żal. Że mi je odebrał.
– A gdzie byś je chciała chować? Na śmietniku?
Kobieta potraktowała pytanie jako retoryczne. Spuściła jedynie głowę i powiedziała ni to do siebie, ni to do swego towarzysza: – Pospieszmy się, bo nas jeszcze ktoś wyprzedzi.

***

Zakład oczyszczania miasta na szczęście nie wyrobił się z uprzątnięciem wszystkich śmieci. Z koszów wysypywała się zawartość powyrzucanych toreb i kartonów – pozostałości po przedświątecznych porządkach. Prawdziwe eldorado. Mężczyzna zagrzebał się w kontenerze, mając nadzieję na niecodzienny łup. W pewnym momencie usłyszał kilka mocnych uderzeń w metalową obudowę. Wynurzył się na powierzchnię. W przyćmionym świetle osiedlowej latarni zauważył przestraszoną twarz kobiety.
– Co się, do cholery, stało? Czemu przeszkadzasz?
– Wyłaź natychmiast, musisz coś zobaczyć.
– Niezgrabnie wygrzebał się z kontenera i stanął obok kobiety.
– No co?
– Tam – wskazała palcem przeciwległy róg śmietnika. – Tam ktoś jest! Chyba… nie żyje.
Teraz zbladł także mężczyzna. Podszedł ostrożnie do wskazanego miejsca, ale mimo to potknął się o wystające spod kartonów i starych podartych gazet nogi.
– Jakiś facet – stwierdził, odwracając się do kobiety.
– Trup? – spytała ta z przestrachem.
– Nie wiem.
– Sprawdź.
– Ale jak to się sprawdza?
– Sprawdź, czy oddycha.
Mężczyzna rozrzucił na bok śmieci i zobaczył twarz leżącego.
– Nikt z naszych – stwierdził głośno. – Za porządnie wygląda. Ma nawet garnitur i krawat.
– Żyje?
Pochylił się nad głową nieznajomego.
– Oddycha, to chyba żyje. Trzeba pogotowie wezwać.
– Ale jak? – spytała kobieta, a w jej głosie rozpoznać można było oznaki paniki.
– Normalnie. Zadzwoń domofonem do któregoś z mieszkań i powiedz, żeby wezwali karetkę.
– Jaaa?
– A kto?! Kobiecie szybciej uwierzą. No! Szybciej. Bo się całkiem wyziębi.
Kobieta wróciła po kilku minutach. Mężczyzna w tym czasie próbował ocucić nieznajomego, ale z mizernym skutkiem.
– W łeb chyba dostał czymś, bo ma krew na włosach.
– A jeśli pomyślą, że… to my zrobiliśmy? – wystraszyła się kobieta.
– Walnęliśmy go w łeb, zabraliśmy portfel, a potem zawiadomiliśmy pogotowie? – odparował mężczyzna. – Weź puknij się w głowę!
Z oddali dobiegł sygnał karetki. Kobieta lekko drgnęła, była wyraźnie przestraszona.
– Nie stój jak kołek, wyjdź na ulicę, żeby nie błądzili – zakomenderował jej towarzysz.
Z karetki wybiegło dwóch mężczyzn w białych kitlach, zapewne lekarz i sanitariusz. Kobieta wskazała im miejsce, gdzie znalazła nieznajomego. Już po chwili para kloszardów z ciekawością przyglądała się działaniom podjętym przez lekarza.
– Żyje, ale jest nieprzytomny. Ma potężnego guza na głowie. Ktoś musiał mu nieźle przyłożyć – stwierdził lekarz, patrząc z podejrzliwością na mężczyznę.
– To nie on, panie doktorze – kobieta stanęła w jego obronie. – My go tylko znaleźliśmy. Nawet staraliśmy się pomóc.
– To już nie moja sprawa – odparł lekarz. – Tym zajmie się policja. – Gdy kończył zdanie, tuż przy karetce zaparkował wóz policyjny.
– Którzy to? – spytał młody sierżant, wysiadając z radiowozu, a kiedy kierowca sanitarki wskazał mu niecodzienną parę, zwrócił się do nich: – Pojadą państwo z nami.
– Masz za swoje – syknęła kobieta, ale na tyle głośno, aby jej towarzysz usłyszał wyrzut.

***

Przez kraty w oknie prześwitywał nocny Księżyc. Kobieta i mężczyzna siedzieli na jednym łóżku oparci o siebie.
– Nie ma co narzekać. Ciepło jest i nakarmili. Nawet opłatek dali – podsumował kloszard.
– A jeśli tamten nie przeżyje, myślisz, że uwierzą, że to nie twoja robota?
– Moja? Dlaczego niby moja?
– Bo jesteś facetem. Na pewno ktoś go okradł. Zabrał pieniądze, zegarek. Zobaczysz, będzie na ciebie… To znaczy – poprawiła się natychmiast – na nas.
– Ty tylko krakać potrafisz. Przecież nic nie wzięliśmy, nic przy nas nie znaleźli. Zamknij się lepiej!
Siedzieli w milczeniu przy zgaszonym świetle. Gdy jednak usłyszeli kroki na korytarzu, poderwali się na równe nogi. W drzwiach izolatki stanął policjant – ten sam, który ich tutaj przywiózł.
– Dzwonili ze szpitala – poinformował. – Człowiek, którego znaleźliście… – zawiesił na chwilę głos, a w ciszy, która zapanowała niemal można było usłyszeć bicie serc pary kloszardów – odzyskał przytomność. Wiemy już, co się stało. I wiemy, że nie macie z tym nic wspólnego.
– A nie mówiłem – ucieszył się mężczyzna.
– W zasadzie to – kontynuował sierżant – uratowaliście mu życie. Do rana pewnie by zamarzł.
– Co tam, zrobiliśmy to, co zrobiłby każdy.
– Jak się okazało, nie każdy – odparł policjant. – Ktoś go w końcu pobił i zostawił na mrozie, nie zastanawiając się nad tym, jakie mogą być konsekwencje.
– Czy to znaczy, że jesteśmy wolni? – spytała kobieta.
– Tak, ale…
– Ale?
– Na dworze zimno. Możecie tu zostać do rana – stwierdził sierżant. – A rano… idźcie do szpitala. On prosił, żebyście przyszli.
– Po co? – kobieta wciąż nie potrafiła pozbyć się podejrzliwości.
– Chyba chce się wam odwdzięczyć. – Policjant uśmiechnął się szeroko. – To bogaty człowiek. Ma firmę budowlaną.
– Wpuszczą nas do niego? – spytał z powątpiewaniem mężczyzna.
– Jak zadzwonię, to wpuszczą. A teraz prześpijcie się chociaż trochę. – Odchodząc, policjant zatrzasnął za sobą drzwi, ale tym razem nie zamknął ich już na klucz.