STATUETKA NIKE DLA EUGENIUSZA TKACZYSZYNA-DYCKIEGO
Nie będę ukrywał, iż decyzja o przyznaniu Nagrody Literackiej Nike 2009 dla Eugeniusza Tkaczyszyn-Dyckiego nieco mnie zaskoczyła. Byłem przekonany, iż wybór padnie, jak się zapewne też większość spodziewała, na Andrzeja Barta, Krzysztofa Vargę czy też Tomasza Piątka. A tu proszę, jaka niespodzianka… I chociaż nie jestem miłośnikiem wierszy Eugeniusza Tkaczyszyn-Dyckiego, które jakoś zrażają mnie swymi natrętnymi powtórzeniami, to jednak cieszy mnie bardzo fakt, że to właśnie „Piosenka o zależnościach i uzależnieniach” została nagrodzona. Uważam, że dziewiąty w dorobku artysty tomik poetycki jest jak najbardziej godny tego wyróżnienia. Trudno bowiem nie dostrzec i nie docenić faktu, iż na tle innych nominowanych do Nike pozycji ta wydaje się dość specyficzna bo – jak pisze sam Piotr Śliwiński, z czym zresztą trudno się nie zgodzić – mieści się w rejestrze innym niż „książka sezonu”.
Co takiego stanowi o wyjątkowości tej książki? Przede wszystkim w „Piosence o zależnościach i uzależnieniach” szczególną uwagę zwraca bezkompromisowość z jaką poeta rozprawia się z funkcjonującą w społeczeństwie sferą tabu. Toksyczne relacje rodzinne, schizofrenia, homoerotyzm i przede wszystkim śmierć – oto ulubione tematy poety, ale niekoniecznie dla wszystkich łatwe i przyjemne. Dycki podjął ryzyko uzewnętrznienia w wierszach tego, co w człowieku najmroczniejsze, najintymniejsze, najciemniejsze. Obsesyjnie powracającym tematem tomiku jest przede wszystkim choroba matki, która od wielu lat wciąż prześladuje autora: „matka ocet piła z braku // denaturatu więc jak mogłem mieć / sielskie anielskie dzieciństwo / więc to dlatego moczyłem się w nocy / gdy matka oprócz Rogera piła ocet” (VII.). W innym jeszcze bardziej szokującym wierszu pisze natomiast: „prowadziłem matkę do miejsca / w którym musiała się skupić / miejsce to nazywamy po prostu / ustronnym lecz potykając się // wbiła we mnie paznokcie (…) // podrapała mnie do krwi nie wiem / jednak jaki był tego powód że zamknąłem się / u siebie w sąsiednim pokoju / w sąsiednim pokoju umiera moja matka” (XXXV.). Czytając te słowa, nie mogę w żaden sposób ukryć, że odwaga z jaką Dycki zmierzył się ze swą traumą, zamieszczając w tekstach liczne wątki autobiograficzne jest doprawdy zadziwiająca. Odbierając nagrodę w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego poeta powiedział: „Napisałem tę książkę, bo uznałem, że jestem winny powiedzenia prawdy, której nie mogłem wcześniej wyrazić. Jestem szczęśliwy, kiedy zapominam o matce, która przecież kochałem, a która miała mnie za złego syna, kiedy mogę uwolnić się od jej świata, jej istnienia, jej alkoholizmu, jej schizofrenii, jej choroby…”. Wydaje mi się, że niewielu jest artystów piszących tak bezpośrednio o sprawach najintymniejszych, najbardziej wstydliwych, najbardziej bolesnych. Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki to chyba jeden z tych nielicznych współczesnych poetów, który w pisaniu potrafi zapuścić się bezgranicznie w ciemne rejony naszej psychiki.
Osobnym, godnym uwagi problemem u Dyckiego jest też śmierć – mistrz poetyckiego rytuału. Tragizm śmierci polega między innymi na tym, że istnieje zawsze przed wierszem. Bez śmierci nie byłoby w ogóle poezji, pisanie nie byłoby możliwe. Problem ten zaznacza autor już na wstępie tomiku: daj mi słowa abym kres / nazwał umiejętnie kresem / i w nim tańczył (żebym / z radością zatoczył koła // które będą kołami nicości / i moimi kresami)” (I.). Najboleśniejsze jest natomiast dopiero odkrycie, że ta poezja wcale nie oswaja z doświadczeniem końca istnienia, nie pociesza wobec problemu śmierci, nie łagodzi tragizmu istnienia, w obliczu ostateczności jest wiecznie niewystarczająca. Ważniejsza od poezji staje się więc lektura nekrologów: „bądźmy szczerzy księgozbiory nie są nam / dziś potrzebne przeczytaj nekrolog (…)” (XIII.). Jakże przejmujące i pełne goryczy jest to rozpoznanie.
Mimo powagi tematyki w „Piosence o zależnościach i uzależnieniach” nie odnosi się jednak do końca wrażenia ponurości. Czytając Dyckiego nie zatracamy się w smutku całkowicie. O niepowtarzalnym uroku tego tomiku świadczy właśnie doskonała umiejętność tworzenia odpowiedniego dystansu. Posępny nastrój łagodzony jest specyficznym często obscenicznym humorem: „po bolsie pewnego razu machnąłem / utwór polityczny ale mi wyszedł paw // choć wokół szerzy się dziki kapitalizm / (ludzie ludziom zgotowali ten / zielonogórski polmos) również po panu / tadeuszu napisałem wiersz erotyczny // ale przegiąłem pałę w stronę / tej samej płci i wyszedł mi sonet” (XLII.). W innym wierszu Dycki pisze natomiast: „nie była to wszak zaczepka homofoba / i dresiarza lecz rozmowa telefoniczna / do której się włączyłem: ty butu / zboczony każdy poeta jest zbokiem / pisząc wiersze z Bogiem i mimo Boga” (XLIII. Zaczepka). Nie jest więc Dycki poetą jednego tylko nastroju. Jego wiersze mienią się od różnych emocji, nie wyczerpują w jednym tylko języku, jednym rodzaju polszczyzny, przez co – właśnie nie nużą. Oto kolejny atut tego tomiku.
Podoba mi się, że autor w „Piosence o zależnościach i uzależnieniach” nie pozostaje zależny od jakiejś kolejnej współczesnej literackiej mody, wierszy politycznie zorientowanych: „wczoraj i dzisiaj piłem pigwówkę / ale opuściło mnie natchnienie / i nie napisałem wiersza o wydźwięku /politycznym (choć wokół szerzy się // dziki kapitalizm)” (XLI.). Konsekwentnie natomiast, już od lat, trzyma się obranej przez siebie strategii, pisząc jeden naprawdę dobry wiersz. Ten tomik choć nie wciąga mnie bezgranicznie swymi napomknieniami i natrętnymi powtórzeniami, to wyraźnie zwraca jednak uwagę swą osobnością, indywidualnością, niebanalnym wgłębieniem w złożoność problematyki egzystencjalnej, pozostając przy tym napisany całkiem przystępnym dla czytelnika językiem.
Powtarzając za Grażyną Borkowską, „mamy swego poetę, a on swoje miejsce w polskiej literaturze”, chciałbym dodać, że mogę być zupełnie spokojny o Dyckiego, gdyż nie wydaje mi się być zadatkiem na artystę, który miałby ze swego statusu poety polskiego zrobić celebrę, obnosić się przesadnie swym sukcesem, jak sam pisze: „jeszcze nie umiem / słowa Polska gdy wielu / zdążyło się nim nasycić / i zadręczyć innych” (XI.). Takiej skromnej postawy kolejnym laureatom nagrody Nike właśnie życzę…
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Piosenka o zależnościach i uzależnieniach, Biuro Literackie, Wrocław 2009.