STO LAT SAMOTNOŚCI Kilka ujęć z 25.Warszawskiego Festiwalu Filmowego
Nie będzie to oczywiście opis ekranizacji słynnej powieści Marqueza. Tytuł miał za zadanie zaledwie zatrzymać podstępnie i zachęcić do przeczytania niniejszego tekstu. Co już się stało. Ale poważnie, z tą samotnością coś jest jednak na rzeczy.
Podobno Jan Paweł II kilkukrotnie zapowiedział, cytując zresztą Malraux, że albo wiek XXI będzie wiekiem religii, albo nie będzie go wcale. Z kolei Edwin Bendyk w swojej ostatniej książce ”Miłość, wojna, rewolucja” parafrazując tę tezę, wskazuje, że wiek XXI musi stać się wiekiem miłości. Albo nie będzie go wcale. Jednak co innego przywódcy i co innego intelektualiści, którzy chcieliby antycypować przyszłość na bazie demagogicznej alternatywy czy precyzyjnej dedukcji, a co innego reżyserzy, którzy właśnie na naszych oczach rozgryzają współczesny stan ducha. Szczególnie inspirujące może stać się tu pokolenie trzydziestolatków, przygotowujące swoje pierwsze czy drugie fabuły (wyjątkiem niech będzie jedynie Soderbergh, bo ten, choć starszy i uhonorowany, to jeszcze młody duchem i stale poszukujący nieszablonowych tematów i formy ich wyrażenia). Ci, którzy świeżo diagnozują bolączki w stosunkach międzyludzkich i konfrontują zastane z oczekiwanym. Według nich, co bardzo rzuca się w oczy (bo nie uczestniczyłem przecież w pokazach festiwalowych z gotową tezą), wiek XXI będzie raczej wiekiem samotności, a przynajmniej tak wygląda jego początek. Można zaryzykować zatem twierdzenie pełne obawy, że przed nami jeszcze blisko sto lat samotności.
Spośród obejrzanych kilkunastu filmów wybrałem sześć, stosując w zasadzie jedno kryterium: zestawienie samotności i prób jej przełamania. Uprzedzę - prób, które kończą się porażką. Napotykają pewne granice, których nie są w stanie przekroczyć, na które jesteśmy skazani – te czasem są wyznaczane przez nas samych, częściej jednak stanowią samoorganizujące się konstrukty, prawa jakimi rządzą się relacje między jednym człowiekiem a drugim.
GRANICA DLA MIŁOŚCI
Dystans (DISTANZ)
reżyseria: Thomas Sieben
2009
Daniel Bauer jest dwudziestokilkulatkiem zatrudnionym w berlińskim Ogrodzie Botanicznym. Z pozoru nic go nie wyróżnia. W dzień milcząco wykonuje swoje obowiązki wśród kwiatów i grządek, a wolne chwile spędza wypoczywając w jednym z miejskich parków. Jednak nocą widzimy go stojącego na kładce dla pieszych ponad trasą szybkiego ruchu i obserwującego światła przejeżdżających samochodów. Wciąż nie mamy pojęcia, co kryje się pod tą leniwą i cichą egzystencją, póki nie zostajemy zaskoczeni chwilą, w której jego dłonie upuszczają całkiem spory kamień na przypadkowy pojazd. Z radia, które towarzyszy mu następnego ranka przy śniadaniu, dowiadujemy się, że spowodował wypadek z dwiema śmiertelnymi ofiarami.
To dopiero początek niezrozumiałych dla widza decyzji. Dlaczego w kolejnych scenach Daniel obserwuje grupę myśliwych, a następnie idąc ich tropem i odnajdując zastrzelonego lisa, tak długo pochyla się nad martwym zwierzęciem? Dlaczego przygląda się jego ranie, a także krwi, którą bierze na palce? Dopiero wtedy przekonujemy się na dobre, że stanowczo coś z nim nie tak, a kradzież strzelby w kolejnych scenach jest sygnałem, że sprawy pójdą w jeszcze gorszym kierunku.
Niezdecydowana postawa wobec podrywającej go koleżanki z pracy, Jany, pozwala sądzić, że szaleństwo kiełkuje z trudności komunikacyjnych Daniela. Samotność bohatera nie stanowi tu bowiem o winie otoczenia, widzimy przecież, że w znacznej mierze jest jego osobistym wyborem. Wybiera ją, bo nie umie inaczej, nie posiada innych narzędzi.
Daniel zabija jak myśliwy. Z dużej odległości, przy pomocy lunety snajperskiej. Sieben ani przez moment nie sugeruje, że jego bohater rzuca wyzwanie społeczeństwu, nie ma tu zbędnej ideologii, tak jak niemal nie ma cech kryminału. Bauer to szaleniec, który co jakiś czas rozładowuje kumulujące się w nim napięcie. Jest jak heroinista, który musi przyjąć swoją dawkę, przy czym strzykawka zostaje zastąpiona myśliwskim sztucerem, igła jest pociskiem, a żyła głową zupełnie niewinnej przypadkowej osoby.
Uzależnienie interpretuje zabijanie nie tylko w momentach, gdy nocą pokusa staje się nie do zniesienia. W jednej ze scen bohater jest o włos od wystrzelenia w kierunku dowolnej osoby z okna własnego mieszkania, zupełnie lekceważąc, że jego dziewczyna znajduje się w sąsiednim pokoju i może usłyszeć wystrzał. Najciekawsza w filmie decyzja Jany, świadomej zbrodni popełnianych przez Daniela od momentu przeczytania jego dziennika, podobnie koresponduje z postawami rodzin narkomanów. Przejdźmy to razem, ale musisz przestać – taki jest pomysł Jany na uratowanie ukochanego. Wydaje się już nawet, że miłość zwycięża zło, a nawet obłęd. Cennym tropem może okazać się tutaj opowiadanie Sartre’a „Pokój”. Szaleniec i kobieta, która, choć świadoma jego choroby, potrafi wznieść się ponad zdrowy rozsądek - u Sartre’a ten zdrowy rozsądek przedstawiony jest jako presja kochających rodziców, pragnących dobra córki i świadomych jej poświęcenia dla obłąkanego męża. W filmie Siebena nawet nie potrzebujemy już wyrazicieli postaw zdroworozsądkowych, ponieważ granica, którą przekracza bohater jest poza obszarem, który dałby się uzasadnić. Daniel unicestwia przypadkowo i bez zrozumiałego powodu.
O ile miłość Jany zwycięża ze społeczną konwencją i decyzja o wsparciu dla chłopaka powoduje współudział w zbrodni (ukrywanie broni i okłamywanie policjantów), tak miłość Daniela przegrywa ostatecznie z jego uzależnieniem. Efektem poniesionej porażki może być już wyłącznie samobójstwo.
Sieben, jak sam powiedział, zrobił film nie po to, byśmy próbowali zrozumieć bohatera. Bauer jest szaleńcem w swoim samotnym świecie i kropka, nie będziemy racjonalizować jego działań. Siłą rzeczy przenosimy zatem nasze zainteresowanie na funkcję miłości, która odrzucając społeczne przyzwyczajenia oraz hierarchie, niemal prowadzi już drogą do happy endu. Jedyne czemu może ulec to obłęd i tak też dzieje się w Dystansie. Miłość ginie razem z Janą od absurdalnego i niezapowiedzianego ciosu w tył głowy. Bezwarunkowość miłości, nawet najsilniejszej, nie jest w stanie skruszyć granicy drugiego człowieka, wesprzeć, ani tym bardziej uratować.
GRANICA DLA KONWENCJI
Wszyscy inni (ALLE ANDEREN)
Reżyseria: Maren Ade
2009
Jak okazuje się w filmie niemieckiej reżyserki Maren Ade, za który dostała Gran Prix Jury na tegorocznym festiwalu w Berlinie, można próbować przekraczać samotność przy pomocy konwencji. Jednak bez czystej relacji dialogu „Ja-Ty” i bez zrozumienia lęków i oczekiwań drugiej strony, nie ma szans na zrozumienie siebie w tej konkretnej relacji. Zupełnie błędne koło – nie potrafię zrozumieć siebie w relacji, bo nie potrafię zrozumieć ciebie. Nie wypowiem zatem siebie - z tą dodatkową konsekwencją, że ty nie zrozumiesz mnie, a przez to nie zrozumiesz siebie. Brutalnie, choć nie gwałtownie przekonują się o tym bohaterowie, Chris i Gitti.
Poznajemy bohaterów w idealnej scenerii (Sardynia), w najsilniejszym okresie życia (pokolenie trzydziestolatków) i beztrosko zakochanych, którzy w dodatku byli zdolni wytworzyć swój interesujący, miłosny, nieco wariacki kod porozumienia. Chris jest architektem, który oczekuje korzystnej dla niego decyzji przetargowej dotyczącej jednego z domów na wyspie. Gitti, specjalistka od PR-u w branży muzycznej, spędza z nim swoje wakacje. Nie ma problemu głodu, chłodu, emisji spalin, globalnego ocieplenia, hiperkonsumpcjonizmu, wojen i ingerencji tzw. wielkiej historii, która z zewnątrz igrałaby losami ludzi i narodów. Jest świat zupełnie pozbawiony „zewnątrz”, jakby rację miał Fukuyama - dotarliśmy do końca historii i osiągnęliśmy raj.
Jednak przy zbliżeniu freski raju okazują się posiadać drobne pęknięcia. Nie wszystko jest tak idealne jak się wydaje. Raj zaczyna ciążyć, gdyż zarówno Chris jak i Gitti znajdują się na progu decyzji, która ma określić ich względem siebie. Z jednej strony jest przecież potrzeba utrzymania stanu, w którym jest im dobrze, a z drugiej stan ten zakłócony jest zbliżającą się nieuchronnie koniecznością znalezienia swojej życiowej roli – nie tylko społecznej, ale również roli w tym konkretnym i niepowtarzalnym związku. Żartobliwa konwencja komunikacji, którą przyjęli i która beztrosce sprzyja, też przecież nie pomaga bohaterom, bo zupełnie lekceważy ciężar, który rośnie w ich sercach. Potrzeba zrozumienia drugiej strony w odniesieniu do własnej osoby budzi z wolna lęk w każdym z bohaterów.
Na horyzoncie pojawiają się Hans, stary znajomy Chrisa, i jego żona Sana. Na początku Chris, wygłupiając się i bawiąc Gitti swoim zachowaniem, ukrywa się przed nimi i próbuje nie dopuścić do spotkania, jakby przeczuwał zmianę, którą ten kontakt może oznaczać. Gitti nie rozumie, ale włącza się do zabawy w chowanego. Odwlekanie nieuchronnego ma jednak swój kres i są w końcu zmuszeni przyjąć zaproszenie Hansa. To zupełnie inna para. Choć wykształcona, żyjąca jednak szablonem, jakby należąca do poprzedniego pokolenia. Patriarchalna relacja tego związku - z centralną osobą Hansa i elektronową funkcją ciężarnej Sany budzi niepokój Gitti, gwałtowny sprzeciw wobec możliwości, że Chris mógłby w ich własnym związku posłużyć się wzorcem swojego znajomego.
Jednocześnie Chris potrzebuje siły. Ma poczucie niespełnienia, braku sukcesu, którym mógłby zaimponować Gitti i zagłuszyć swój lęk „o nią dla niego”. Chciałby wzmocnić swoją pozycję, w znacznej mierze dla niej, by mocniej mogła go kochać. Wybiera drogę nie wprost, zamiast dialogu, próbuje dotrzeć do Gitti całkowicie okrężną drogą. Nie znajduje odwagi, by powiedzieć jej o porażce w przetargu, a podczas górskiej wycieczki za wszelką cenę stara się udowodnić swoją i tak oczywistą przewagę. Zamiast rozmowy zaczyna się czas wzajemnego testowania, znika autentyczność, bo żadna ze stron nie ma na nią siły i wystarczająco dużo zaufania. Bohaterowie wchodzą w obszar improwizowanej gry, bo nie umieją zaufać miłosnym deklaracjom. Chris ciąży ku modelowi Hansa, jakby starał się sprawdzić jak dalece Gitti wytrzyma tę próbę, a sama Gitti prowokuje decyzję o rozstaniu, która też ostatecznie okazuje się nieautentyczna, ma tylko sprawdzić faktyczne zaangażowanie Chrisa. Obydwoje fundują sobie nawzajem okrutną psychodramę, po to, by przekonać bardziej siebie niż drugą stronę o swojej własnej wartości.
Nie spodziewamy się happy endu, choć mamy na niego nadzieję, bo nie winimy żadnego z bohaterów. Mistrzowski rysunek postaci i poziom dialogów, pisanych przez reżyserkę, czynią tę historię wysoce prawdopodobną, a przez to uniwersalną. To może dziać się na sąsiedniej wyspie, w sąsiednim domu, w sąsiednim raju, który nie zmieniając idealnej pogody, może stać się piekłem, zależy to przede wszystkim od uczestników. Nie da się osiągnąć porozumienia, nie da się przecież usiąść przy negocjacyjnym stole i ustalić warunki pożycia. Niezakłócona konwencją relacja dialogu „Ja-Ty” nie jest dostępna, tak jak niedostępne jest zupełne otwarcie, bohaterowie pozostaną bowiem skazani na samotność z niewyznanymi zakamarkami lęków. Choć z drugiej strony zawsze przecież pozostaje niewyszukany model związku Hansa i Sany, naiwna satysfakcja z powielanego szablonu, który tylko zagłuszy jęki samotności, a i tak niczego nie rozwiąże.
Pustkowie nad Morzem Północnym. Obszar bez mieszkalnego czy rolniczego przeznaczenia. W oddali kilka nowoczesnych wiatraków, jednak w najbliższym otoczeniu jedynie olbrzymie konstrukcje słupów wysokiego napięcia, każdy utrzymujący po sześć trakcji na dwóch rzędach ramion. Podłoże jak w tundrze, płaski bezkres piachu, zżółkłej trawy i drobnych chwastów.
Marcus prowadzi firmę konserwatorską, w której zatrudnia cudzoziemców pracujących w uprzężach na dużej wysokości. Mieszka z żoną Bettiną i dziewięcioletnią córką Tessą w mieszkaniu zaimprowizowanym z roboczego baraku. Życie, będące raczej włóczęgą od zlecenia do zlecenia odpowiada mu, jednak Bettina powoli czuje się znużona takim nomadycznym stylem, chciałaby osiąść, mieć swój własny dom, zbyt odczuwa tymczasowość każdego etapu. Tessa jest zaniedbywana zarówno przez skoncentrowanego na firmie ojca, jak i matkę, która dzieli czas między kantyną dla robotników i… właściwie niczym: lenistwem, rutyną, nudą, snem. Dziecko buduje swój odrębny świat, włóczy się po bezdrożach, zbiera drobiazgi, kamyczki, śmieci, które później stara się porządkować w małe dzieła sztuki w niejasny dla nas sposób, przywodzący na myśl wykonywanie magicznych czynności.
Brak uprawnień inżynierskich komplikuje Marcusowi otrzymanie zlecenia na kolejne renowacje trakcji, dlatego decyduje się przyjąć do spółki jednego ze swoich robotników – Szabolcsa, młodego Węgra z dyplomem,. To wyraźny awans dla imigranta, który zaczynał od malowania konstrukcji słupów, a nagle staje się współwłaścicielem firmy. Symbolicznym wyrazem jego awansu jest przeprowadzka z robotniczego baraku do skrzydła „domu” Marcusa i Bettiny. Szabolcs mimowolnie staje się czwartą osobą dramatu.
Jedno dziecko wśród dorosłych. Jedna kobieta wśród wielu mężczyzn. Jeden wykształcony w zupełnie robotniczym środowisku, w dodatku na obczyźnie. Każdy z tych Robinsonów zmuszony jest od początku do końca tworzyć własny świat i pozbawiony oparcia oraz punktów odniesienia stawać samotnie wobec własnych problemów. Strubbe sugerowała podczas spotkania po filmie, że chciała zrobić film o odrzuceniu. Można wierzyć, wiele w tym filmie samotnych wysp, które nie leżą w archipelagach. Kolejna z nich – kaleka wśród zdrowych - pojawi się nagle w dalszej części filmu, gdy Marcus podczas pracy na dużej wysokości, spadnie ze słupa i w konsekwencji lekarze amputują mu nogę. Poczuje się niepotrzebny, pozbawiony perspektyw. Inny i obcy. Motywacją jego straszliwego, ostatecznego, zamykającego film wyboru staną się właśnie niepewność, poczucie bezradności i odrzucenia.
Przed wypadkiem Marcus i Bettina kochają się codziennie podczas przerwy na lunch, co nie uchodzi uwadze robotników, którzy żartobliwie komentują miłosne odgłosy, dobiegające do kantyny przez ściankę sypialni. Córka ucieka z lekcji w szkole i szepcząc pod nosem wyliczanki, w ich rytm chodzi bez celu po okolicy. Nie mniej samotny Szabolcs zabija wolny czas wyprawami do miasteczka i popijaniem piwa w hałaśliwej kręgielni. Do tej samej kręgielni niedługo później zabierze Bettinę, osamotnioną przez przebywającego w szpitalu Marcusa i tego wieczora nawzajem pomogą sobie choć na chwilę przełamać dystans.
Strefa zagubionych ostatecznie nie jest jednak filmem o odrzuceniu, jak chciałaby Strubbe. Strefa zagubionych to raczej film o braku języka, który wyraziłby samotność. Tak naprawdę nikt tu nikogo aktywnie nie odrzuca. Nikt nikogo nie krzywdzi wprost, a samotność jest po prostu cechą tej krainy, w której nie można połączyć nieprzystających do siebie światów. Bettina, Szabolcs, mała Tessa i Marcus - inwalida wydają się wołać o miłość w oku kamery, mimo to żadne z nich o nią nie prosi. Jakby istniały niepisane prawidła, które rządzą pustkowiem, strefą zagubionych, a bohaterowie doskonale je rozumieli. To, co zbędne – słabość - musi opuścić to zimne miejsce, należy wziąć się w garść i przetrwać. Dziewczynka ma na to swój skuteczny sposób - przesiaduje w łazience i odkręca wodę w kranie, by szum strumienia wody uderzający o umywalkę zagłuszał zbędne myśli, głosy lub potrzeby. Scena ta zresztą genialnie powróci w końcówce, gdy Szabolcs odkrywszy dramat Bettiny i Marcusa, zanim opuści „dom”, odkręci kurek kranu.
GRANICA DLA RACJONALIZACJI
The Girlfriend Experience
Reżyseria: Steven Soderbergh
2009
Soderbergh obsadza gwiazdkę porno Sashę Grey w roli Chelsea, luksusowej prostytutki, towaru wartego parę tysięcy dolarów za noc. Z nią można pójść do kina, teatru, a rano po upojnym seksie zjeść wykwintne śniadanie na tarasie. Chelsea to prawdziwa profesjonalistka. Precyzyjnie zapisuje w dzienniku czas spędzony z każdym klientem, nie zapominając o składzie kolacji, gatunku wina, a nawet o kreacji, którą włożyła danego wieczora.
Klienci są bogaci, lecz wystraszeni kryzysem. Właśnie ważą się ich losy. Kryzys i nadchodzące wybory prezydenckie niemal zupełnie dominują w ich rozmowach. Głosuj na McCaina, tylko on gwarantuje istnienie Izraela – mówi jeden z klientów Chelsea. O wyższości inwestowania w złoto, o spadku obrotów, o zaletach Obamy, te rozmowy są nudne jak flaki z olejem, ale przy Chelsea klienci zawsze mogą się wygadać.
Chelsea myśli o sobie jak o przedsiębiorstwie. Bardzo zwraca uwagę na to, co może podwyższyć jej stawkę za noc, notuje też ewentualne zagrożenia ze strony innych luksusowych dziewczyn. Wie, że rozbudowana strona internetowa, profesjonalnie spisane wspomnienia, albo recenzje z seansu z nią na forach dyskusyjnych podniosą jej rangę. Śledzi też nastrój swoich klientów i potrafi rozgryźć, kiedy któryś z nich ma zamiar zmienić swoją stałą call-girl.
Trafnie analizuje ją dziennikarz, zatrudniony do przygotowania jej historii, twierdząc, że dla niej liczy się przede wszystkim idealna uroda, która z kolei buduje dystans ludzi wobec niej, nie pozwala im poznać samej Chelsea. Dziennikarz chciałby się przez nią przedrzeć i znaleźć choćby małą szparkę, żeby zobaczyć kim naprawdę jest Chelsea.
W związku z tym, że Chelsea potrafi oddzielić pracę od prywatnego życia, równolegle buduje konwencjonalny związek ze swym chłopakiem. Chris jest trenerem kulturystyki i podobnie jak Chelsea jest prawdziwym profesjonalistą, który szuka sposobów rozwijania swojego biznesu. Niecodzienny zawód Chelsea zmusił jednak kiedyś ten związek do pewnych ustaleń. Co ważne, ustaleń z góry. Zracjonalizowania w jaki sposób mają traktować siebie nawzajem, na co mogą sobie pozwolić, a co jest sprzeczne z dobrem związku. I tak na przykład zabronili sobie wyjeżdżać z klientami. Działa to oczywiście w obie strony, ale tylko do czasu, bo o ile Chris, otrzymując od klienta siłowni propozycję weekendowego męskiego wypadu, liczy się ze zdaniem dziewczyny i odmawia, o tyle Chelsea, zaproszona przez jednego ze swoich klientów, decyduje się na wyjazd wbrew woli Chrisa. Cóż takiego powoduje nią, że pozwala sobie na wyłom w tym poukładanym, zracjonalizowanym, nastawionym wyłącznie na sukces życiu?
Otóż Chelsea spotkało niepowodzenie. Oddała się testerowi za pozytywną recenzję na pornograficznym portalu, a ten, obleśny zresztą typ, bezczelnie ją obsmarował. Zdarzenie sprawia, że pracowicie układana piramidka kariery zaczyna się sypać. Wyobraźcie sobie, jedno zdarzenie, jeden głupi tekst! Chrisowi nie jest w stanie o tym powiedzieć, ale jednemu z klientów owszem. Role się odwracają, tym razem to Chelsea się zwierza, a książę z bajki pociesza prezentami i oferuje jej weekendowy wyjazd, który zresztą odwoła później ze względu na… dzieci. Chelsea zostaje sama, tak samo samotna jak wcześniej, ale już bez dotychczasowej pewności siebie. Podnosi się jednak i próbuje dalej, bo przecież wierzy w spełnienie amerykańskiego snu.
GRANICA DLA HUMANIZMU
Welcome
Reżyseria Philip Lioret
2009
Młody Kurd Bilal, a dla przyjaciół Biegacz, wyjechał z Iraku, by dotrzeć do Londynu, gdzie z rodziną mieszka jego ukochana. Nie bez kłopotów, przez Turcję i Bałkany dociera do Francji, by znaleźć się w Calais. Od Wyspy dzieli go już tylko kanał La Manche. Sprawa wydaje się prosta, wystarczy zapłacić 500 euro osobom organizującym przerzut, by znaleźć się w ciężarówce i promem dotrzeć do Anglii. Wiąże się to jednak z odbyciem części podróży w plastikowym worku na głowie, by na przejściu granicznym oszukać psy i czujniki, reagujące na wydychany dwutlenek węgla. Okrutne doświadczenia z Turcji, gdzie schwytany przez policję Bilal przetrzymywany był przez kilka dni właśnie w takim worku, sprawiają, że teraz, w krytycznym momencie podczas odprawy celnej zrywa z głowy folię.
Bilal staje się homo sacer, człowiekiem odrzuconym, człowiekiem, któremu odmawia się wszelkich praw. Razem z innymi przybyszami z Azji koczuje w Calais, oczekując kolejnej sprzyjającej okazji, by w końcu dostać się w upragnione miejsce. Wyjąwszy garstkę wolontariuszy, cała społeczność miasta oraz francuskie władze są odwrócone plecami do jaskrawego problemu. Imigranci śpią w fatalnych warunkach, na skraju nędzy, wygłodzeni i pozbawieni podstawowej higieny. We Francji obowiązuje bowiem ustawa, które wyznacza poważne sankcje za pomoc nielegalnym imigrantom. Nie wolno ich żywić, nie wolno ubierać, nie wolno zaoferować noclegu pod groźbą wysokiej grzywny, a nawet więzienia. Lepiej nawet z nimi nie rozmawiać.
Bilal wpada na desperacki pomysł przepłynięcia Kanału wpław. W tym celu za resztki pieniędzy zapisuje się na lekcje pływania. Simon, miejscowy trener, dość szybko orientuje się, co chodzi po głowie chłopakowi i próbuje odwieść go od szalonego zamiaru. Sam nie ma jeszcze wyraźnej postawy wobec problemu imigrantów w jego mieście. Budować tę postawę zacznie od nagłego impulsu i być może nawet nieszczerego gestu, którym chce zaimponować żonie, z którą się właśnie rozwodzi. Jednak nieoczekiwanie Simon odkryje w sobie potrzebę czynnego humanizmu.
To jeden z filmów, w których prawo decyduje o człowieku oraz skazuje na samotność i biedę w bogatym przecież społeczeństwie. Nie faktyczna niechęć obywateli, ale abstrakcyjny przepis i konsekwentni wobec przepisu, skuteczni, odhumanizowani urzędnicy, wyrzucają imigrantów poza margines. Simon odkrywa jednak, że dokładnie tak jak za nim samym, tak i za Bilalem stoi historia pewnego człowieka, historia pewnego pragnienia, które nie może się zrealizować. Pomaga Kurdowi, ale wie też, że pomoc ma charakter doraźny i nie stanowi rozwiązania. Być może dlatego odczuwa tyle zwątpień, między innymi, gdy jeden z kolegów Bilala kradnie mu zdobyty kiedyś mistrzowski złoty medal. Ostatecznie motywuje go jednak własna niemoc w konfrontacji z zimnym prawem.
Lioret bardzo wyraźnie wskazuje granicę. Nie opowiada nam bajek o tym, że Simon może pomóc Bilalowi. Usynowienie Kurda przez Francuza ma charakter wyłącznie symboliczny i dokonuje się już w tragicznym finale. Przepis pozostaje przepisem, nie zmieni go jednostkowa historia. Bilal pozostanie homo sacer - definiowanym w starożytnym Rzymie jako człowiek pozbawiony praw, wykluczony społecznie, ale także ten, który nie może być poświęcony w rytuale. Jedynym sposobem, by doszło do oczyszczenia, jest zatem poświęcenie Bilala przez scenarzystę, zaprzeczenie definicji. Dzięki temu poświęceniu bohater z człowieka odrzuconego może stać się symbolem pewnej sprawy, postacią ogniskującą społeczny problem. Innego wyjścia nie ma, bo każdy humanizm pada wobec prawa i tym bardziej pokazuje swą pełną najlepszych chęci bezsilność.
GRANICA DLA DOBROCZYNNEGO IDEALIZMU
Żołnierzyk (LILLE SOLDAT)
Reżyseria: Annette K. Olesen
(2008)
Lotte wraca z wojny w Iraku. Choć poza blizną po kuli nie dowiadujemy się niczego o jej tamtejszych doświadczeniach, widzimy osobę zdruzgotaną, psychicznie odmienioną, kogoś, kto nie ma wystarczająco dużo woli, by wrócić do normalnego życia. Lotte pije ponad miarę. Jej mieszkanie wygląda jak po huraganie, a sterty ciuchów, butelek, nieumytych naczyń są jej jedynym towarzystwem. Nawet ojciec, który przychodzi ją odwiedzić ma pewne trudności, by wyciągnąć ją z domu.
Ojciec proponuje jej układ: nie pożyczy jej pieniędzy, tak jak chciałaby Lotte, lecz może zaoferować pracę w prowadzonej przez siebie firmie. W związku z tym, że dziewczyna potrzebuje gotówki, ten rodzaj motywacji odnosi sukces. Tak Lotte zostaje szoferem prostytutek, dowiadujemy się bowiem, że ojciec prowadzi burdel.
Praca nie jest ciężka, trzeba odbyć kilka kursów z Lily, najlepszą prostytutką firmy, w dodatku w pewnym sensie macochą, gdyż Lily to ulubienica i aktualna partnerka taty. Od czasu do czasu może zdarzyć się problem, więc dziwka udziela szczegółowych instrukcji w jaki sposób poinformuje przez telefon o agresywnym kliencie, w bagażniku zaś leży przygotowany kij bejsbolowy. Lotte jako była żołnierka znakomicie sprawdzi się w sytuacjach zagrożenia, co otworzy zresztą możliwość porozumienia z zazdrosną o względy szefa Lily.
Lotte stara się zrozumieć Lily, która wyjechała z Nigerii, korzystając z oferty pośredniczki, tzw. madame, która ustawiła ją w europejskich burdelach w zamian za dobre kilkadziesiąt tysięcy. Dzięki temu Lily może spokojnie pracować i utrzymywać swoją pozostawioną w ojczyźnie córeczkę, wysyłać jej drogie prezenty i spłacać dług pośredniczce. Zresztą niewiele jej już zostało, jakieś dziesięć tysięcy i wreszcie będzie mogła wrócić i zobaczyć niewidzianą od ośmiu lat dziewczynkę.
Reżyserka konfrontuje w ten sposób dwie równie samotne kobiety: czarnoskórą piękność i nieco przypominającą babo-chłopa, zmęczoną i rozczarowaną Lotte. Tę, która ma jasno sprecyzowany cel i w jego imieniu pozbywa się wątpliwości oraz tę, która właściwie żadnego celu, poza kolejna butelką, nie ma. Ale to właśnie dzięki Lily, ta druga obudzi się z letargu i zacznie działać według własnego wyobrażenia o tym, co słuszne. Lotte idealistycznie postanawia wyzwolić Lily.
Przemiana następuje, gdy razem odwiedzają jednego z najlepszych klientów, bogatego dżentelmena z wyższej klasy średniej. Mężczyzna ma skłonności nekrofilskie, więc w wypracowanym zwyczaju jest, że najpierw podaje Lily środki nasenne, następnie wspólnie z Lotte wyczekuje aż prostytutka zaśnie. Później robi swoje, pozostawiając otwarte drzwi do sypialni, by nie prowokować nieporozumień, że krzywdzi śpiącą dziewczynę. Za pierwszym razem Lotte znosi te ekscentryczne zachowania swojej podopiecznej i jej klienta, ale następnym razem wybucha. Biednemu nekrofilowi poważnie dostaje się od silnej dziewczyny, a potem, po przebudzeniu, z kolei Lily poważnie beszta Lotte, zupełnie nie rozumiejąc relatywnego dobra uczynionego przez swą ochroniarkę.
Stąd już tylko krok do tragedii. Gdy Lotte okradnie sejf ojca i uprowadzi Lily, zmuszając ją do przyjęcia wszystkich pieniędzy, a następnie niemal siłą wsadzi do samolotu, by ta przez Londyn wróciła do Nigerii, ojciec zostaje zmuszony do ukarania córki. Wraz ze swymi gorylami wywozi dziewczynę na opuszczony parking i odważnie sam wymierza jej karę, chwilę wcześniej udzielając stosownego wykładu na temat bezsensowności jej zachowania. Według wykładni ojca, prawdopodobnie Lily nigdy nie wróci do swojego kraju, lecz otrzymane pieniądze pozwolą jej samej ustawić się w roli madame, pośredniczki dla nigeryjskich prostytutek. Pobita Lotte wie już, że jej zbędny i stwarzający kłopoty idealizm nikogo na świecie ani ziębi, ani grzeje. Nie można pomóc komuś, kto sam tej pomocy nie chce i tym bardziej o nią nie prosił.
***
Żałuję, że żaden z powyższych filmów nie zasłużył na specjalne zainteresowanie jury 25. Warszawskiego Festiwalu Filmowego, uściślając - żaden z nich nie znalazł się na liście finałowej dziesiątki. Jedynie publiczność doceniła „Welcome” – film o kurdyjskim chłopaku, przyznając mu swoją nagrodę ex aequo wraz z „Domem złym” Smarzowskiego. Pozostają mi wątpliwości w dwóch przypadkach. „Wszyscy inni” i „Strefa zagubionych” powinny były, moim zdaniem, znaleźć się przynajmniej w finale, jeśli nie na czele listy, zresztą pierwszy dostał podwójne laury w Berlinie, a drugi cieszył się dużym zainteresowaniem w Cannes. Pozostaje także satysfakcja z otwartych szerzej oczu na coś trudnego do zdefiniowania, ale znacznie bardziej inspirującego do przemyśleń niż stan czy poziom światowej kinematografii w 2009 roku.