dwa i pół tysiąca porodów
w piwnicy i w kubłach na śmieci
pudłach i workach po ziemniakach
jadących ambulansem
w pustych porannych gmachach sądu
stojącego na granicy
lepszego świata
najgorzej wspominałaś nie sam poród
i oczy Niemca lub szmalcownika
obaj bali się tyfusu
gorsze było powracające w koszmarach
odcinanie pępowiny od prawdziwych matek
nie jesteś już Icek
mówiły
masz na imię Jasiu
zapamiętaj
a ja nie byłam twoją mamusią tylko gospodynią
pani Irenka zabierze cię do prawdziwej rodziny
która da ci obiad
słyszysz obiad i kolację
idź już idź
oddechy uratowanych podtrzymywały świat
twój świat
umierając w domu starców
w ogóle nie liczyłaś
że któreś z dzieci
cię zaadoptuje