1. Za jego plecami wył telewizor. Nadawano właśnie bezpośrednią transmisję z jakiegoś arcyważnego wydarzenia sportowego. Dwudziestu kilku potężnych, barczystych mężczyzn biegało w kółko za piłką, która kształtem przypominała spłaszczoną kulę. Nie wzbraniali się przy tym przed zagraniami, które on uznałby bez większego wahania za nie fair: walili się łokciami po żebrach, kopali w kostki i podkładali nogi; na ciągnięcie za koszulki i spodenki nikt już nawet nie zwracał uwagi.
Widowisko musiało wzbudzać spore emocje, albowiem kilkudziesięciu klientów baru, z kuflami w dłoniach, tępo wpatrywało się w potężny monitor, co chwila wybuchając na przemian to radością, to znów wściekłością. Drażnił go ten wiercący uszy hałas, ale nie miał już czasu, aby szukać innego lokalu. Przysiadł więc na stołku przy barze, tyłem do reszty towarzystwa, i zamówił alkohol o wyjątkowo egzotycznej nazwie.
– Pan nie ogląda? – spytał barman, podsuwając mu kieliszek niemal pod nos. Nawet na niego nie spojrzał; jego wzrok przebijał się przez tłum ponad ramieniem klienta i utkwiony był w monitor.
– I tak nic z tego nie rozumiem… – odparł Grian, rzucając kątem oka na wielki ekran, na którym toczyły się właśnie jakieś współczesne ziemskie igrzyska. – O co tu chodzi?
Barman spojrzał na niego jak na wariata, mruknął coś pod nosem i bez słowa wrócił do swoich zajęć. Mył naczynia i, wytarłszy je ręcznikiem, ustawiał w równym rządku wzdłuż lady.
– Przyleciałem na Ziemię w interesach. Jestem tu pierwszy raz –usprawiedliwił się Grian. – W naszym układzie… – przerwał na moment, aby zaczerpnąć oddechu. Boże, jak dawno nie byłem już w domu, przebiegła mu przez głowę nieznośna myśl! – W naszym układzie… sport wygląda zupełnie inaczej.
– Inaczej? To jak? – zainteresował się barman. Widząc, że mężczyzna zdążył już opróżnić swój kieliszek, nie czekając na zamówienie, nalał mu to samo.
Grian podziękował ruchem głowy.
– Zupełnie inaczej – dodał ni to do siebie, ni to do słuchającego go barmana. – Wyeliminowano element współzawodnictwa, który, jak sądzę… – znów rzucił okiem na ekran, a potem na kibiców oglądających transmisję – u was jest mocno rozwinięty.
– Sport bez współzawodnictwa? – powtórzył z niedowierzaniem mężczyzna po drugiej stronie lady. – Daj pan spokój! To przecież jak… jak… miłość bez seksu.
I roześmiali się obaj, ale ich śmiech niemal natychmiast zagłuszony został przez ryk radości, który wydarł się na wolność z kilkudziesięciu męskich gardeł.
Kiedy mecz dobiegł końca, Grian zeskoczył ze stołka i sięgnął po elektroniczną kartę, aby zapłacić. Ale barman tylko uśmiechnął się do niego i oznajmił:
– Na koszt firmy. – A gdy odchodził, usłyszał jeszcze: – I zapraszam serdecznie, jeśli jeszcze kiedykolwiek pan u nas zawita. – „U nas” miało oczywiście oznaczać Terrę.
2. Spędził na Ziemi dwie doby. Tyle czasu potrzebowała firma transportowa na dostarczenie na lotnisko zamówionego towaru i zapakowanie go na statek. Kiedy pojawił się na pasie startowym, załadunek dobiegał końca; luk bagażowy był wypełniony niemal po brzegi.
Prace nadzorował Grettir – drugi pilot i prawa ręka Griana. Znali się od ponad trzech lat. Grian spotkał go kiedyś na zapomnianej przez ludzi i Boga planecie i zwrócił nań uwagę, dowiedziawszy się od jednej z kelnerek, że ów popijający w samotności klient pochodzi z tego samego, co on, układu słonecznego.
Co go zagnało w ten odległy zakątek wszechświata? Dziwnym trafem jakoś nigdy nie spytał. Wystarczyło mu jedynie, że Grettir zapewnił go, iż nie jest na bakier z prawem.
– Kiedy będziemy mogli wystartować? – spytał kapitan, witając się ze swoim zastępcą.
– Myślę, że to kwestia dwóch-trzech godzin – odpowiedział Grettir, kłaniając się uprzejmie. – Paliwo też już zatankowane… – dodał.
Grian wszedł na pokład. W kabinie sprawdził działanie przyrządów sterowniczych. Wszystko było w najlepszym porządku. Rzucił się więc na fotel i pogrążył w rozmyślaniu. Trochę kręciło mu się w głowie od wypitego alkoholu, ale był już przyzwyczajony do owego stanu psychicznej nieważkości. Nie, nie był alkoholikiem, chociaż za kołnierz nigdy nie wylewał. Po prostu lubił poznawać miejscowe trunki.
Co jednak miał robić, kiedy większą część swego dorosłego życia spędzał z dala od domu, na planetach, w miastach, które były mu całkowicie obce? Pustkę i oczekiwanie zabijał więc wizytami w tanich barach.
– Lepsze chyba to niż kolekcjonowanie chorób wenerycznych – stwierdził kiedyś w rozmowie z lekarzem.
Ten przytaknął mu wówczas z powątpiewającym uśmieszkiem na twarzy. Trudno było uwierzyć mu w to, by Grian pijał w samotności.
Powieki zaczęły mu ciążyć. Żeby nie zasnąć, poderwał się z fotela i przez interkom wezwał doktora Haskella.
Był to starszy, łysiejący mężczyzna o wiecznie zamglonym spojrzeniu.
– Daj mi coś od bólu głowy – poprosił Grian.
Lekarz wysupłał z kieszeni bluzy niebieską tabletkę.
– Powinieneś zrobić gruntowne badania – zasugerował, podając kapitanowi lekarstwo.
– Bzdury.
Połknął pastylkę, niczym jej nawet nie popijając, i zerknął na monitor, aby sprawdzić, czy załadunek został już zakończony. Na pasie startowym dostrzegł dwóch robotników taszczących jakąś przezroczystą szklaną klatkę.
– A to co, do cholery? – zaklął pod nosem.
Po klatce niemrawo krążyło jakieś zwierzę. Może ktoś specjalnie postanowił je oszołomić, aby nie stawiało oporu przy załadunku.
Grian natychmiast opuścił kabinę i, nawet nie korzystając z windy, schodami awaryjnymi zbiegł ku drzwiom wyjściowym. Robotnicy akurat pakowali klatkę na pokład.
– Panowie! – zawołał, na co nie zareagowali, myśląc zapewne, że to nie do nich. Dopiero kiedy oficer stanął obok, obrzucili go niechętnym spojrzeniem.
– Co jest?
– Jestem kapitanem tego statku… – wyjaśnił. – I, jeśli mnie pamięć nie myli – kontynuował – miałem przewozić na Alfę Centauri jedynie… drewno hebanowe i… – usilnie próbował sobie przypomnieć – jakieś miejscowe owoce.
Tragarze, kręcąc z politowaniem głowami, puścili klatkę, która z hukiem uderzyła o metalowe podłoże luku bagażowego. Jeden z nich pogrzebał w skórzanej torbie, którą miał przewieszoną przez ramię, i wyciągnął stamtąd pomięty papier.
– Proszę – podał go Grianowi. – Pełna lista zamówienia firmy Urban Constructions. Zgadza się?
Kapitan przytaknął.
– To niech pan spojrzy na numer 3.
Spojrzał. I z niedowierzaniem przeczytał aż trzykrotnie, żeby nie mieć już żadnych wątpliwości.
Dlaczego nie zwrócił na to uwagi wcześniej?! Zresztą, dałby sobie głowę uciąć, że kiedy podpisywał stosowną umowę z szefem firmy, tego punktu w niej nie było. Komu jednak miał to teraz zakomunikować?
Psiakrew, ze zwierzętami zawsze są kłopoty – pomyślał.
Pamiętał doskonale, że na Alfie Centauri obowiązywały bardzo rygorystyczne przepisy sanitarne. Po dotarciu na miejsce na pewno więc czekać ich będzie co najmniej dwutygodniowa kwarantanna, a w tym czasie badania lekarskie i co tam jeszcze urzędnicy wymyślą.
Problem w tym, że wyłączy go to całkowicie z pracy. A przecież w ciągu czternastu dni mógłby wykonać ze trzy kursy międzyplanetarne. Trzy kursy! A to dałoby mu całkiem spory zarobek.
Ale cóż, mówi się trudno, mógł uważniej przestudiować, już po dotarciu na Terrę, listę zamówionych przez wynajmującą go firmę towarów.
– Dobra, ładujcie. – Machnął od niechcenia ręką.
Tragarze ponownie chwycili klatkę, aby przenieść ją w głąb luku i przytwierdzić do podłoża w bezpiecznym miejscu. Zwierzę, czworonóg, które w międzyczasie uspokoiło się nieco, teraz poderwało się znów i zaczęło kręcić dokoła w pogoni za własnym ogonem. W pewnym momencie zamarło ze wzrokiem utkwionym w Griana.
Boże, co to za spojrzenie – pomyślał kapitan, który, choć próbował, nie był w stanie odwrócić twarzy od klatki ze zwierzęciem.
3. W nocy przyśnił mu się rodzinny dom. To był oszukańczy sen. Nigdy bowiem nie miał prawdziwego domu. Jego rodzice zginęli, kiedy jeszcze był dzieckiem, w katastrofie lotniczej. Przez dwa lata wychowywała go ciotka, a gdy jej się znudził, przeniosła go do sierocińca. Chyba dlatego teraz tak chętnie włóczył się po wszechświecie; przecież i tak nigdzie nie zakotwiczyłby na dłużej – po prostu nie miał gdzie.
Zbudził się zlany potem. W kabinie świeciła się nocna lampka. Widocznie zasnął, czytając książkę. Usiadł na łóżku. Dotknięcie bosymi stopami zimnej podłogi otrzeźwiło go w dwójnasób. Zgasił lampkę i chciał się położyć z powrotem, kiedy cicho zacharczał głośnik.
– Panie kapitanie – to był drugi pilot. – Jeśli pan nie śpi, proszę przyjść do kabiny.
Super – pomyślał, ubierając się w pośpiechu.
Grettir siedział na jego miejscu, wpatrzony w drzwi, którymi właśnie wszedł Grian.
– Stało się coś?
– Lot przebiega normalnie, tylko… – zamilkł i powiódł wzrokiem dokoła. – Niech pan posłucha.
Dźwięk ten słyszał już wcześniej, idąc korytarzem, nie zwrócił jednak nań specjalnie uwagi, bowiem mieszał się on z naturalnym szumem statku. Dopiero teraz, gdy odizolował go od innych dźwięków, wzbudził on jego zainteresowanie i… zaniepokojenie.
– Skąd to dobiega?
– Myślę, że z bagażówki – odparł Grettir. – Pójdę z panem – dodał, kiedy kapitan zrobił w tył zwrot na pięcie.
– Nie trzeba – mruknął Grian.
Teraz już nie miał wątpliwości, że było to wycie zwierzęcia.
Czułem, że będą z tego jakieś kłopoty! – mruczał pod nosem.
Wszedł do luku bagażowego, w którym automatycznie zapaliło się światło. Pewien był, że Grettir obserwuje wszystko na monitorze. I że może go usłyszeć.
– Włącz kamery – powiedział na tyle głośno, aby czujniki najpierw zarejestrowały, a następnie przekazały dalej jego słowa.
– Pracują przez cały czas, kapitanie – odrzekł Grettir.
Mijał równo poukładane i zapakowane w próżniowe kontenery bale hebanowego drewna, aby dostać się do ustawionej w kącie pomieszczenia szklanej klatki.
Zwierzę stało nieruchomo, wpatrując się w niego. Chociaż jeszcze przed chwilą wydawało z siebie przeciągłe, przeszywające na wskroś ciało i umysł wycie, teraz milczało.
Grian zatrzymał się tuż przy samej klatce i uważnie obserwował reakcje zwierzęcia. Kiedy przyłożył dłoń do ścianki, czworonóg zbliżył się doń i zaczął lizać ją po drugiej stronie.
Kapitan odruchowo cofnął rękę.
– Sprawdź jaki to gatunek – poprosił zastępcę.
– Już się robi – odparł Grettir.
Piękne zwierzę – pomyślał Grian, patrząc na uwięzioną w klatce istotę. – Nie dziwię się, że któryś z tych cholernych, śpiących na forsie bogaczy, którzy dorobili się na tajemniczych, na poły tylko legalnych, interesach zapragnął mieć cię w swoim ogrodzie.
4. Gdy wrócił do kabiny, drugi pilot poinformował:
– Wprowadziłem wszystkie dane do komputera i… – Minę miał nietęgą. Coś go musiało zaskoczyć, a może nawet przestraszyć.
– I co? – pomógł mu Grian.
– Niech pan sam przeczyta – wskazał ręką na leżące na pulpicie sterowniczym wydruki.
Kapitan sięgnął po plik kartek, po czym zanurzył się w fotelu. Tuż przed nim na monitorze czerniała nieograniczona niczym, poza ludzką granicą poznania, przestrzeń kosmosu. Gdzieś tam w oddali kryła się Alfa Centauri – miejsce, do którego zmierzali ze swoim niecodziennym ładunkiem na pokładzie.
– Wiesz… to jest ssak – odezwał się wreszcie po kilku minutach milczenia kapitan. – Podobnie jak my – dodał, jakby z niedowierzaniem.
Grettir spojrzał nań kompletnie zaskoczony; widocznie nie zdążył wcześniej przejrzeć wydruków.
– Zwierzę łowne… poluje zazwyczaj nocą… prowadzi koczowniczy tryb życia… zimą tworzy stada… – rzucał co ciekawsze uwagi Grian.
– Że też komuś zachciało się mieć takie zwierzę w domu.
– W domu? – powtórzył bezwiednie Grian. – Przecież to nie jest zwierzę domowe.
– No właśnie – dopowiedział drugi pilot, ale do czego miało się to odnosić, nie wyjaśnił.
Kapitan przerzucił, nie czytając, kilka kolejnych stron i spojrzał na zakończenie. Coś musiało go zastanowić, bowiem zmarszczył czoło i mruknął pod nosem:
– Ciekawe.
– Co jest takiego ciekawego? – zainteresował się Grettir.
– Według najnowszych danych, wilki, które w stanie wolnym zamieszkiwały lasy, stepy i tundry Europy, Azji i Ameryki Północnej, już… – zawiesił głos, zdając sobie sprawę z tego, że to, co za chwilę powie, może zabrzmieć jak majaczenie szaleńca – wymarły. I to… przed dwiema dekadami.
Drugi pilot spojrzał na Griana takim wzrokiem, jakby chciał zapytać, co w tym takiego dziwnego.
– Widocznie temu się udało – stwierdził obojętnie.
– A jakże! Jemu udało się przeżyć, a nam – transportować go z Ziemi na Alfę Centauri.
Poirytowany, rzucił wydruki na pulpit, kartki ześlizgnęły się jednak i rozsypały po podłodze.
– Wybacz, ale zbyt dużo w życiu widziałem i przeżyłem, aby wierzyć w takie… zbiegi okoliczności.
Pochylił się, żeby pozbierać kartki. Zastępca z obojętnością przyglądał się tej czynności.
– Niech pan lepiej idzie do siebie, kapitanie – poradził mu Grettir. – Przecież zostało panu jeszcze kilka godzin snu…
Kiedy Grian, posłuchawszy rady drugiego pilota, szedł do swojej kabiny, korytarzem ponownie niosło się złowieszcze wycie wilka.
Czyżby chciał mi w ten sposób coś powiedzieć? – zastanawiał się kapitan.
5. Przez cały dzień kapitan chodził niewyspany. Najdrobniejsza rzecz wprawiała go w złość. Załoga wolała schodzić mu z drogi. Kiedy siedział w kabinie sterowniczej, wszyscy przenieśli się do stołówki; gdy natomiast poszedł zjeść obiad, porozchodzili się po swoich pokojach. Został z nim jedynie doktor Haskell.
– Może chcesz coś na uspokojenie? – zaproponował, na co Grian odpowiedział wyjątkowo nieprzyjaznym spojrzeniem.
– I tak podejrzewam, że po powrocie wypiszesz mi skierowanie do psychiatry…
Lekarz roześmiał się, ale od razu spoważniał.
– Co cię tak bardzo irytuje? – spytał. – Ten pies?
Kapitan drgnął. Wwiercił się wzrokiem w przyjaciela, po czym oznajmił:
– To nie pies, ale wilk. – Jego głos zabrzmiał wyjątkowo szorstko.
– Wyje tak od kilku godzin – zauważył lekarz. – Może już czas go nakarmić? Załadowali chyba jakieś żarcie dla niego?
– Sprawdzę – odparł Grian, ale nie ruszył się z miejsca.
Popadł w zadumę; przestał nawet zwracać uwagę na obecność przyjaciela. Wycie zwierzęcia, doskonale słyszalne na całym statku, przypominało mu jakąś rzewną pieśń z dzieciństwa. Zew natury. Głos z dalekiej, dawno zapomnianej i odrzuconej poza nawias życia przeszłości. Przeszłości, o której nie chciał pamiętać, a która czasami wracała doń – obojętnie czy mu się to podobało, czy też nie.
– Mogę ci jakoś pomóc? – zainteresował się Haskell.
Grian, przytomniejąc, leniwie zaprzeczył ruchem głowy.
– I nie powiesz mi, co cię dręczy?
Na twarzy kapitana odmalowało się zdumienie. Czy naprawdę wyglądał na udręczonego?
– Nic mi nie jest – odpowiedział z obojętnością.
– Wybacz, ale… – lekarz wykonał bliżej nieokreślony ruch ręką – twój wygląd raczej przeczy temu poglądowi.
– Masz coś przeciwko mojemu wyglądowi? – Wysilił się na uśmiech; lekarz odwzajemnił mu się takim samym grymasem twarzy.
– Powinieneś odpocząć – zawyrokował.
– Nie dziś… Nie dziś – powtórzył bezwiednie.
– Ale ja nie o takim odpoczynku myślałem – odparł doktor Haskell. – Kilka godzin snu, terapia wirtualizacyjna, sport… – wymieniał. – Na to wszystko jest już po prostu za późno. Powinieneś zaprzestać tych lotów, znaleźć sobie jakieś miejsce, ustatkować się.
– Może nawet ożenić? – niemal krzyknął Grian. Poderwał się z krzesła, uniósł je dwoma rękoma do góry, po czym z całych sił postawił z powrotem na podłodze. – Coś ty się do mnie dzisiaj tak przyczepił? – spytał, nieco spuszczając z tonu. – Prosiłem cię o radę?
– Nie – odparł lekarz. – Ale to dobra rada. Zresztą, zrobisz z nią, co zechcesz!
I nie czekając na odpowiedź przyjaciela, odsunąwszy od siebie pusty talerz, podniósł się ociężale i chwiejnym krokiem opuścił stołówkę. Grian patrzył bezmyślnie na jego plecy.
To wycie. To cholerne wycie! Jak długo jeszcze będziemy musieli je znosić?
Postanowił pójść nakarmić zwierzę. Marna to była nadzieja, ale mimo wszystko łudził się, że – najedzony – wilk zamilknie.
Obok klatki stała zwykła drewniana skrzynia; w staromodnym żelaznym zamku tkwił klucz. Kapitan przekręcił go i uniósł wieko. W pierwszym odruchu chciał zwymiotować. Na dnie skrzyni walały się kawałki surowego mięsa.
– Więc tym się żywisz… – stwierdził.
Wilk odpowiedział mu cichym pomrukiem. Stał przy szklanej ściance i łasił się do człowieka po drugiej stronie. Grian przyłożył dłoń do czytnika i niewielkie drzwiczki w prawym dolnym rogu klatki otwarły się. Zwierzę natychmiast stanęło w tym miejscu, ale nie przekraczało progu. Spoglądało tylko swymi świecącymi w półmroku oczyma na kapitana.
Ten znieruchomiał. Chciał coś powiedzieć, sięgnąć po mięso, aby nakarmić zwierzę, ale nie był w stanie nawet mrugnąć powieką. Jego umysł pracował, lecz ciało nie wykonywało żadnych poleceń.
Wilk wyszedł z klatki. Obszedł człowieka, obwąchując go dokładnie, potem podszedł do skrzyni i wściubił pysk do środka; żarcie go jednak nie zainteresowało.
Grian próbował otworzyć usta, krzyknąć, by ktoś przybiegł na pomoc, ale głos zamarł mu w gardle. Miał jeszcze nadzieję, że może Grettir siedzi w kabinie sterowniczej i dostrzeże wszystko na monitorze. Ale przecież drugi pilot w najlepsze odsypiał nocną zmianę…
Wilk przysiadł w bezpiecznej odległości od człowieka i zawarczał.
Zawarczał czy… coś powiedział? – zastanawiał się kapitan.
Z uwagą obserwował zwierzę – na tyle było go stać – które po chwili rozłożyło się na chłodnej metalowej podłodze, jakby szykowało się do snu. A kapitan wciąż tkwił przy klatce jak zamurowany. Starał się zrobić krok w kierunku wilka, ale nie był w stanie oderwać nóg od podłoża. Zwierzę z obojętnością przyglądało się jego rozpaczliwym, z góry skazanym na niepowodzenie próbom uwolnienia się.
Grian miał wrażenie, jakby jakaś niewiarygodna moc, której pochodzenia nie mógł znać ani rozumieć, zagarnęła go w swoje objęcia. Czuł się bezbronny, ale się nie bał. Wilk, który z łatwością mógłby teraz poderwać się do skoku i wbić kłami w jego gardło, dziwnym trafem – był tego pewien – nie zagrażał mu w żaden sposób.
Nawet przestał wyć – dotarło to do kapitana dopiero po dłuższej chwili.
Po jakimś czasie zwierzę, wiedzione instynktem, a może zaalarmowane jakimś niesłyszalnym dla człowieka dźwiękiem, ocknęło się ze snu i nerwowo zaczęło rozglądać dokoła. A potem, ku ogromnemu zaskoczeniu Griana, majestatycznym krokiem pomaszerowało z powrotem do klatki.
I dopiero wtedy człowiek odzyskał wolność. Niewidzialna, oddzielająca go od rzeczywistości, kurtyna opadła i kapitan na powrót mógł się poruszać i mówić.
Natychmiast dopadł do klatki i energicznym ruchem niemal siłą wydarł z czytnika swój identyfikator. Szklane drzwiczki zasunęły się bezszelestnie, zamykając wilka w więziennej celi.
– Kimże ty jesteś?! – krzyknął do zwierzęcia, które, znalazłszy się w zamknięciu, kompletnie przestało zwracać uwagę na człowieka.
Absolutna cisza, w której Grian tkwił przez kilkanaście minut, ustąpiła teraz miejsca naturalnemu szumowi statku. Gdzieś za jego plecami odezwał się głośnik.
– Kapitanie! Gdzie pan jest? – Poznał po głosie Grettira. Wydało mu się to dziwne, bo drugi pilot powinien jeszcze spać.
– Jestem w bagażowni – odparł głośno. – Stało się coś?
– Szukałem pana i…
– Poszedłem nakarmić wilka – wtrącił Grian.
– Wiem, doktor Haskell mi powiedział, ale…
– Ale, co?
Grettir wahał się przez moment, po czym odpowiedział:
– Nie było pana pięć godzin.
– Ile? – Kapitan nie dowierzał własnym uszom.
Znów musiało minąć kilka sekund, nim usłyszał głos drugiego pilota:
– Przed kwadransem skończyła się pańska zmiana. Przyszedłem do kabiny sterowniczej i kiedy pana nie zastałem…
Dalej już nie słuchał. Czy to ważne, co ma do zakomunikowania Grettir?
– Porozmawiamy później – przerwał mu bez pardonu.
– Dobrze, kapitanie – odparł przywołany do porządku zastępca; w jego głosie krył się cień urazy, ale Grian nie był w stanie go dostrzec.
Głośnik zacharczał i zamilkł. Kapitan odruchowo spojrzał na zegarek.
Jeżeli to nie czas bawi się ze mną w ciuciubabkę, to może ja rzeczywiście… oszalałem? – zastanawiał się, wolno przestępując z nogi na nogę. Miał nadzieję, że po drodze do swojej kabiny nie trafi na żadnego z członków załogi, a już najmniej zależało mu na spotkaniu z doktorem Haskellem. Chociaż to przecież jemu powinien w pierwszej kolejności opowiedzieć o wszystkim, co się wydarzyło.
O wszystkim?
Nie zatrzymując się, zamknął oczy – czuł, jakby prowadziła go jakaś obca siła. Słyszał jedynie odgłos własnych kroków i odległe, choć coraz bliższe z każdym ułamkiem sekundy, wycie wilka.