Świat jako kryterium samooceny. A jednak świat jako automorficzny eklektyzm. To co się wydaje być dychotomią, jest jednym tworem, bynajmniej nie synkretycznym, bo tworem nieubłagalnie jednorodnym.
Rozejrzałem się raptownie na boki. Wokół mnie to samo co zawsze. Uśmiechnięte twarze wykrzywiane synkopowo w rytm resorpcji alkoholu. Królestwo przepychu dawkowanego gwintem i plastikowym kubeczkiem - Elizjum trzeciego milenium. Dytyramby moich companieros „może i z muzyki żyć się nie da, ale pić się da”, „ze mną się, kurwa, nie napijesz?” nastrajały mnie – tak jak od lat – na bardzo przyjemną nutę zblazowania, w tonacji wyjątkowo molowej. A jednak coś sprawiło, że się rozejrzałem inaczej niż zwykle. Coś mnie podkusiło, by rozejrzeć się raptownie.
- Leszhek, Leszhek, ale podbijemy świat?
- Podbijemy, Michale, jak nie, jak tak.
- Ale monopoloweho nie zajmujemy najpierw, bo… bo co?
- Bo się bronić ciężko w monopolowym. Mała przestrzeń, cienkie mury.
- E, aha… Ale Leszhek, Leszhek, to co najpiehrw zajmiemy?
- Pałac Branickich.
- E, aha… E, ej, ale co w Pałacu Bra…br…
- Branickich.
- … no. Co będziemy tam pili?
- No tam jest akademia medyczna.
- No, no ale co, myślisz, taki lhekasz pije?
- Nie, lekarz nie. Ale akademia medyczna… hektolitry spirytusu do odkażania ran i innych tym podobnych substancji.
- A, aha… geniusz.
Michał spojrzał na mnie ze szczerym zafascynowaniem, po czym zaczął przekazywać doskonały plan Arturowi.
Alkohol wrze w temperaturze osiemdziesięciu stopni Celsjusza. Białka w mózgu denaturują przy temperaturze o połowę niższej. Ja idę do monopolowego, a razem ze mną w delegacji panna Anna i Robercik. Idę szlakiem sinusoidalnym, choć w naturze błędnik jest jednym z najważniejszych atrybutów sztuki przetrwania. Żaden ceniący życie ssak nie upośledziłby swego błędnika dobrowolnie. A już na pewno żadne zwierzę nie doprowadzałoby się dobrowolnie do stanu skrajnej bezbronności. Żadne poza człowiekiem wyznającym libacjoteizm.
Libacjoteizm to doktryna filozoficzno-religijna, która zakłada prymat cynizmu nad hedonizmem, a wszelkie inne prądy, założenia i pojęcia neguje i sprowadza do poziomu niebyłych. Według libacjoteisty życie jest wyrafinowaną zabawą analityczną, a niematerialny agens owej, to ciągłe, niezbywalne dążenie do przyjemnej utraty przytomności. Ta doktryna jest genialna i niebywale elitarna. Jestem jedynym jej wyznawcą.
Do monopolowego jeszcze jakieś dwieście metrów, a Robercik zaczyna śpiewać „kiedy miałam lat piętnaście, nie wiedziałam co to świat, on mnie tulił i całował, ale ja nie chciałam brać” nieliczni o tej porze przechodnie patrzą krzywo, co – nie powiem – podoba mi się. Robercik ciągnie dalej „kiedy miałam lat dwadzieścia, to dawałam raz po raz, no bo już mnie nie bolało, jak bolało pierwszy raz. Oooo daj, daj, daj…”. Talenty wokalne mych współobywateli mnie zdumiewają. Szczególnie, że ten dziewięćdziesięciokilowy chłop wyśpiewał to falsetem. Drzwi monopolowego skrzypią, pewnie przez wrażliwość względem późnej pory.
- Dobry wieczór królowo!
- Spierdalaj Robercik. Leszek, jeszcze raz przyprowadzisz tego obszczymura, a po raz pierwszy skorzystam z zapisku, że pijanym alkoholu nie sprzedajemy.
- Oczywiście panie Marku, przepraszam. – Postawa recesywna wywołuje u rozmówcy poczucie dominacji, co owocuje mimowolnym zaufaniem wytworzonym przez niezachwianą pewność, co do własnego autorytetu.
- Ta. To czego ci trzeba?
- Właściwie to pięciu byków.
- Jasne – dwa, cztery, pięć – siedemnaście czterdzieści pięć.
- No i tu właśnie pojawia się problem.
- Co ty se, kurwa, jaja robisz?
- Nie, spokojnie. Przepraszam najmocniej, ale pan wie, że ja jestem stałym klientem. Brakuje nam dwa siedemdziesiąt, prawie dokładnie tyle co za cztery butelki. Obiecuję, że za pół godziny zwrócimy panu te buteleczki w nienaruszonym stanie.
- Nie wiem, nie.
- Proszę. Przecież pan wie, panie Marku, że bym pana nie oszukał. – Sekunda gapienia się w podłogę okraszonego drapaniem po karku.
- Dobrze.
- Dziękuję! Obiecuję, za pół godziny wszystkie zwrócimy. Ania chowaj do plecaka, wychodźcie chłopcy i dziewczęta, libacja na nas czeka.
- Ale pamiętaj Leszek, pół godziny, butelki mają być w stanie nienaruszonym. – Cel osiągnięty, więc postawa recesywna przestaje być potrzebna.
- Gdybym ja powołany do życia został jako plemnik w jajcach twojego starego, i gdybym ja się począł jako ty, to jeszcze w łonie matki powiesiłbym się na pępowinie, bo bym własnej tępoty nie zdzierżył. Dowidzenia. – Zamykanie drzwi w pośpiechu, otwieranie drzwi w pośpiechu. – Aha, jednak bym się nie powiesił, bo gdybym był tobą, to bym nie potrafił zrobić pętli. – Znowu zamykanie drzwi w pośpiechu.
Prosektorium*. Jedna z wielu prowincji naszego Babilonu, naszego Rzymu. Współobywatele witają nas powitaniem godnym królów. Plastikowe korki wychodzą ze swych legowisk z właściwym temu, charakterystycznym dźwiękiem. Robercik opowiada historię ze sklepikarzem, po czym ktoś stwierdza, że właśnie utraciliśmy kolejną pozycję na linii frontu alkoholowego. Jeden mały wyrzut w moją stronę, skwitowany sentencją „ale i tak cię kocham”, hipisowski ideał miłości kolektywnej. Alpaga. Pić alpagę, to sięgać granic swej ostateczności; nie wolno pić jej wulgarnie, jedynie obskurnie i trywialnie, z filozoficznym namaszczeniem przewartościowania wartości, nihilizmu, filozofii wysoce przetworzonej filmami popularnymi, jak choćby fight club. Wnioskuję doustnie kolejne krople, dozuję kolejne myśli maszyną hematokrytu. Gwiazdy układają się w Nova Aurigae, a ja przypominam sobie, co robiłem niespełna godzinę temu.
„A, aha… geniusz” konstatuje Michał mając sporo racji. Ja się oddalam w celu wysikania. Wyjmuję. Jedna, druga, trzecia - a chuj - czwarta. Anielico** powiedz przecie, któż jest najweselszy na świecie? O.
- Leszek, a ty dzie byłeś?
- A udałem się w ustronne miejsce, w celu spożycia pigułek zawierających olbrzymią ilość dwóch interesujących opiatów, które w połączeniu z alkoholem mogą spowodować skrajną niekontrolę psychofizyczną, trwałe uszkodzenie różnych organów, między innymi mózgu, a nawet śmierć.
- Znaczy… na siku?
- No.
Muzyka zdaje się przechodzić najśmielsze oczekiwania przy akompaniamencie alkoholu. Michał ledwo trzyma się na nogach, ale z harmoszką w zębach, rytmu trzyma się świetnie. Robercik z Arturem mnożą wokalne ornamenty. Wszystko jest doskonałe w swym dekadenckim uroku...
- Leszek! Wiesz, że Ada leży tu na jakimś oddziale? Tuż za rogiem, kurwa, rozumiesz?
- Tak Madziu, to bardzo prawdopodobne.
- Dupopodobne. Idziemy ją wyciągnąć?
- Wydaje mi się, iż to nie byłby najlepszy pomysł, nawet gdybyś zasugerowała, że pójdziesz sama.
- No kurwa, Leszek, myślisz, że się nie dostaniemy, albo oddziału nie znajdziemy?
- Dostalibyśmy się przez suterenę od strony starych pomieszczeń socjalnych, a Ada leży na gastrologii.
- No to w czym rzecz?
- W tym, że jestem absolutnie pewien, iż Ada daleka będzie w takiej sytuacji od wyrażenia chęci na dołączenie do nas.
- Nie czaję… chwila, kurwa, zerwaliście ten wasz… układ?
- Właściwie to był już związek.
- Kurwa! Hm. To pójdę z Robercikiem i powiemy, że ciebie nie ma. Później jakoś się przemęczy.
- To nic nie da.
- Co ty znowu pierdolisz?! Czemu, kurwa, nic nie da?
- Widzisz; Ada jest właśnie pokryta całą masą brzydkich, obrzydliwych, niebieskich dymienic. Nie zechce pokazywać się ludziom w tym stanie… choć właściwie to może i by chciała, ale wydaje mi się, że doznała olbrzymiej traumy nie przez samo wystąpienie tego symptomu BRBNS ale przez fakt, że z tego właśnie powodu z nią zerwałem. Jak zaczynałem z nią relacje seksualne, to była piękną kobietą. Wbrew mojej woli… wbrew własnej także, ale to nie ma znaczenia, stała się brzydką kobietą, a to jest nie negocjowana zmiana warunków umowy…
- Haha! Touché.
- Ty się, kurwa, Robercik nie wpierdalaj.
- Tak jest! królowo.
- A ty Leszek jednak jesteś podłym skurwysynem.
- Właściwie to cynicznym. Widzisz, podłość jest konstytuowana przez czerpanie jakiejś przyjemności, czy innej mentalnej korzyści, z czynienia tego, co przeuroczo nazwałaś skurwysyństwem. Cynizm traktuje skurwysyństwo, bez cienia emocji, jako zwykłą alternatywę. Wprawdzie to cynizm jest tą postawą w świetle wyższych idei sprawiedliwą, nie współczucie.
- Dobra. Leszhek, Mazia, kochani, mam pos… tpot… posulat. Takhi, żeby nie piehrdolić, tylko po alkohol iść.
Niebywale zajmujące. Tendencje behawioralne - nawet mimo radykalnego buntu przeciw konwenansom, ograniczeniom i uwarunkowaniom społecznym – pozostają normatywne. Prawda jest taka, że to wszystko dygresje. W retoryce, w sztuce, w muzyce, w literaturze – wreszcie – w zachowaniu. Tylko dygresje, nic więcej. Nawet gwiazdy tylko przez chwilę i tylko okazjonalnie są Nova Aurigae.
Dziwne. O ile dekstrometorfan dopiero co okazał swą psychoaktywność i jest to normalne, o tyle hydrokodon nie powinien zwlekać tak długo. Gwiazdy nie powinny być tak nisko, a muzyka nie powinna być tak odległa; czas nie powinien być tak odległy i przeszły.
A wspomnienia teraźniejszości biją po oczach oczywistością, a ból teraźniejszy we wspomnieniach… i niemoc.
Byłem złamanym liściem pokrzywy piekącym przewrażliwione powietrze. Mentalna i fizyczna impotencja dawała albo znak naprawdę wyjątkowej utraty przytomności, albo stanu przed… lub pośmiertnego.
Wtem promyki słońca, jaśniejszego niż kiedykolwiek, musnęły mą twarz, a przede mną rozpostarł się najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek był kontrapunktem mego oka. Bóg w zwiewnej białej szacie stanął przede mną, leżącym, zarzyganym, brudnym w beznadziei, a jego postać była mi jak drabina Jakubowa, tak że czołem swym kołysał gwiazdy, a włosami rozpędzał chmury. W me serce wpłynęła nadzieja rwącym potokiem. Bóg wyciągnął do mnie dłoń, a ja nie bałem się już przepaści, czeluści Erebu ziejącej za moimi plecami, pragnącej tylko tego, by mnie wciągnąć w nieskończone odmęty. Z najradośniejszym uśmiechem na jaki było mnie stać, chwyciłem dłoń Boga. Wtem dziwny impuls, ból przeszył środek mej dłoni i naraz zdrętwiała mi cała ręka. Bóg krzyknął śmiejąc się nieludzko „Haha! Prztyczek elektryczek!”, miał na ręku taką zabawkę służącą do głupich kawałów, która emitowała spore napięcie elektryczne przy każdym uścisku. Także leciałem w dół otchłani, mijałem tytanów i całą paczkę potępieńców. Leciałem i wcale nie bałem się upadku, bo wiedziałem, że toń próżni, najzimniejsze i najciemniejsze piekło, nie ma wcale dna; wiedziałem, że będę spadał tak aż po kres czasu.
Szkoda tylko, że czas jest jednostką umowną i jako coś faktycznie nieistniejącego nigdy nie będzie miał swego kresu.***
* Prosektorium to skrót właściwej nazwy „pod prosektorium”, która określa jedno z głównych miejsc libacji w mieście, w którym dzieje się akcja. Miejsce to znajduje się w strategicznym położeniu, tuż obok szpitala i prawdziwego prosektorium właśnie.
** Anielica – gorzka żołądkowa z miętą.
*** Sformułowanie „kres czasu”, które stało się już w pewnym sensie idiomatyzmem, jest sztandarowym przykładem absurdu, czy paradoksu. Sam „kres”, czy „kraniec” czegokolwiek jest już zdarzeniem umiejscowionym w czasie. Skoro czas (choćby i nawet jako pojęcie) stanowi o istnieniu jakkolwiek wyrażonego zakończenia, to brak czasu sprawia, że zakończenie (tak jako pojęcie, jak i jako zdarzenie) traci rację bytu. Ergo, istnienie lub roztrząsanie „kresu czasu” w kategoriach ontologicznych jest na tyle możliwe, na ile możliwym jest skonstruowanie na powierzchni wstęgi moebiusa półprostej równoległej do krawędzi.
Paweł Paliwoda ur. 08.08.1988r. Zajmuje się literaturą czynnie i biernie. Debiutował na łamach kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa w lipcu bieżącego roku, gdzie pełni również funkcję redaktora w dziale prozy.