Za jego plecami wył telewizor. Nadawano właśnie bezpośrednią transmisję z jakiegoś arcyważnego wydarzenia sportowego. Dwudziestu kilku potężnych, barczystych mężczyzn biegało w kółko za piłką, która kształtem przypominała spłaszczoną kulę. Nie wzbraniali się przy tym przed zagraniami, które on uznałby bez większego wahania za nie fair: walili się łokciami po żebrach, kopali w kostki i podkładali nogi; na ciągnięcie za koszulki i spodenki nikt już nawet nie zwracał uwagi.
Rozejrzałem się raptownie na boki. Wokół mnie to samo co zawsze. Uśmiechnięte twarze wykrzywiane synkopowo w rytm resorpcji alkoholu. Królestwo przepychu dawkowanego gwintem i plastikowym kubeczkiem - Elizjum trzeciego milenium. Dytyramby moich companieros „może i z muzyki żyć się nie da, ale pić się da”, „ze mną się, kurwa, nie napijesz?” nastrajały mnie – tak jak od lat – na bardzo przyjemną nutę zblazowania, w tonacji wyjątkowo molowej. A jednak coś sprawiło, że się rozejrzałem inaczej niż zwykle. Coś mnie podkusiło, by rozejrzeć się raptownie.
Naprawdę kiedyś wierzyłem w te obietnice. Szukałem kodów do pirackich programów i zdarzało mi się to cały czas. – Skąd wiedzą, że nie mam gdzie go włożyć? Reprezentanci kobiet dostępnych przez 24 godziny na dobę, które na mnie czekają miotając się po prześwietlonych łóżkach, nawijając sobie na wilgotne palce kabel łączący słuchawkę z różowym telefonem po 70 fenigów za minutę. Już nie mogą wytrzymać.