Porywisty wiatr smagał go po twarzy, zaś słone pocałunki morza okrywały ciało nieśmiałą pieszczotą. Siedział zwinięty w kłębek i wpatrywał się w spienioną, modro-zieloną toń. Nie potrafił określić jak długo trwał w tej pozycji. Z plaży dobiegały wesołe krzyki i śmiechy.
- Al! Al, gdzie u diabła jesteś?!? – rozbawiony męski głos przywoływał chłopaka
- Daj spokój, przecież on nie reaguje na „Ala” – roześmiał się ktoś sopranem
- Racja. Bel chodźże tu!
Bel ukryty za skałami nawet nie drgnął Uparcie wpatrywał się w fale bijące o brzeg. Towarzysze z plaży wreszcie machnęli ręką. Bel czasami potrafił być dziwny. I w ogóle co to za pomysł z tym „Belem”? Facetowi na imię Albert, a reaguje tylko na to kretyńskie zdrobnienie. Te rozmyślania przerwały chłopakowi wesołe zaczepki dziewcząt w bikini. Tomek był dobrze zbudowanym brunetem, a błyskowi jego brązowych oczu nie potrafiła się oprzeć żadna dziewczyna. Kokieteryjne okrzyki wypłoszyły mu z głowy wszelkie myśli o Belu i jego cudacznych nawykach.
- Bel, Bel, Bel... – w powietrzu rozległy się srebrzyste tony.
Chłopak zerwał się z piasku jak oparzony. W blasku słońca zbliżała się do niego najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek widział. Płynęła w rozgrzanym powietrzu. Wiatr ucichł, a słońce jakby przygasło. Morze skłębiło się, a mewy, nagle spłoszone, podniosły swą pieśń.
- Skąd... – chciał zapytać, ale przerwała mu.
- Od zawsze.
Spojrzał w jej oczy koloru wzburzonych fal i uśmiech wykwitł na jego wargach...
*
Mały, może 2 letni chłopczyk baraszkował na plaży. Nagle stanął i w jego ogromnych niebiesko-zielonych oczy odbił się zachwyt...
*
Tomek obserwował Bela spod oka. Chłopak był wyraźnie szczęśliwy. Wylazł wreszcie zza tych kamieni i twarz mu promieniała. Brunet nie podejrzewał go o małe bara-bara z jakąś laską. Zbyt dobrze znał swego towarzysza. A przynajmniej tak myślał. Bel nie miał dziewczyny, ba, nie szukał jej nawet. A panienki same do niego lgnęły. Nie był jakoś szczególnie zbudowany i umięśniony, ale wystarczyło, że spojrzał na dziewczynę spod burzy szarych włosów i ta nie potrafiła mu się oprzeć.
Taaak, Bel zdecydowanie czekał na księżniczkę z bajki. To takie... staroświeckie. Facet nawet nie dostrzega, że Kaśka strzela w jego stronę oczyma. Siedzi na rozgrzanym piasku i gapi się na to cholerne morze. W dodatku, gapi się z wyraźnym zachwytem. Tomek znudzonym wzrokiem powędrował za spojrzeniem Bela. Nic, tylko piach, woda i kamienie. A tu Kasia pręży swe wdzięki w skąpym, błękitnym bikini.
*
Ela patrzyła na swego synka. Siedział grzecznie i babrał się w mokrym piaseczku. Jednak coś nie dawało jej spokoju. Wyczuwała, że z jej Albertem dzieje się coś dziwnego. Był grzecznym i cichym dzieckiem. Śmiał się rzadko, ale gdy to zrobił, Ela miała wrażenie, że cały świat promienieje. A teraz siedział tuż przy linii fal i intensywnie wpatrywał się w morze. Podeszła do niego i spojrzała w jego oczka. Zawsze zastanawiała się po kim je odziedziczył. Ona sama, podobnie jak wszyscy w jej rodzinie, była niebieskooką szatynką. Grzesiek był rudy i miał brązowe tęczówki. A Albert miał blond włosy, takie wpadające w popielaty odcień i te niezwykłe oczy. Niebiesko-zielone jak morze w spokojny dzień.
- Widzisz skarbie, to mewa. A to jest morze.
- Aaaaaa....
- Też uważam, że jest piękne. A teraz chodź, trzeba cię ubrać.
- Eeeee...
- Albercik, nie marudź – roześmiała się Ela
-Neeee... – chłopiec pokręcił główką – Bel.
- Bel? – zdumiona Ela patrzyła na synka – Jaki Bel?
I po chwili aż przetarła oczy ze zdumienia, bo jej chłopczyk wycelował mały paluszek w swoją pierś i powtórzył „Bel”.
- Mam ci mówić „Bel”?
- Aaaaaa....
Ela roześmiała się.
- Dobrze. Chodź Bel, trzeba cię ubrać.
*
W dzień swoich dwudziestych pierwszych urodzin Bel odczuwał niepokój. Nie potrafił określić, dlaczego. Studiował na ASP, wróżono mu świetlaną przyszłość, miał oddanych kolegów, dziewczyny za nim szalały. On jednak zdawał się być jak z innego świata. Wszystko przychodziło mu tak łatwo, aż zaczynał się bać swego powodzenia. Te wszystkie cudowne zbiegi okoliczności, uśmiechy losu, które spotykał na każdym kroku, przerażały go. Bogowie są zazdrośni. Nie pozwalają, by śmiertelnik miał wszystko. Chłopak ścisnął w dłoni wisiorek z księżycowym kamieniem. Znów poczuł falę uspokajającego ciepła. Działo się tak za każdym razem, od momentu, w którym znalazł ten kamień. Z perspektywy czasu widział jednak, że to klejnot go wybrał. Pamiętał ten dzień, równo rok temu. Dzień swoich dwudziestych urodzin. Biegł wtedy na zajęcia. Zaspał, a pierwsze ćwiczenia miał z wyjątkowo wredną kobietą. Przemierzał właśnie miejski park, gdy kątem oka zarejestrował jakiś błysk. Tknięty niewytłumaczalnym impulsem skręcił między krzaki głogu, w poszukiwaniu źródła lśnienia. Między krwistoczerwone owoce wplątany był wisiorek z srebrzysto-szarym, błyszczącym minerałem, o nieregularnym kształcie. Nie namyślając się wiele, wyciągnął po niego rękę. W momencie, w którym jego palce zetknęły się z kamieniem, czas jakby przestał istnieć. Park zniknął. Bel stał na wzgórzu, pośród mrocznego lasu. W oddali płonęły ogniska. Słyszał muzykę. Przerażającą i kuszącą jednocześnie. Jego ciało zaczęło się jej poddawać. Otoczył go krąg nagich postaci. Niebiesko-zielone oczy napotkały spojrzenie w kolorze wzburzonego morza. I znów srebrzyste tony rozdzwoniły się w jego głowie.
- Za rok...
Po chwili wszystko wróciło do normy. Park był tylko parkiem, a zarośla głogu w niczym nie przypominały lasu. Zniknęły ogniska i tańczący ludzie. Pozostała tylko muzyka. Jej tony wirowały w myślach Bela. Nie wiedział jak dotarł na uczelnię.
*
- O pan Majewski. Jak miło, że znalazł pan dla nas trochę czasu. Widzę, że spacerował pan po parku. Mam nadzieję, że nie zostawił pan tam głowy.
- ....
- Proszę siadać i dziękować Bogu, że lista do pana jeszcze nie doszła.
Chłopak posłusznie usiadł. W dłoni ciągle ściskał wisiorek z księżycowym kamieniem oraz gałązkę głogu. Tomek z uwagą przyjrzał się koledze. Jeszcze dziwniejszy, niż zwykle – skwitował w myślach. Jednak stan przyjaciela wydał mu się niepokojący. Bel wyglądał jakby go zamroczyło. Ciągle patrzył na wisiorek, który trzymał w ręce i wyglądał jak człowiek niespełna rozumu.
- Bel... wszystko w porządku? – w głosie Tomka brzmiało zaniepokojenie
- ...
- Bel, obudź się! Mówię do ciebie!
- .... Co proszę? A tak, wszystko gra.
Tomek pokręcił głową, ale nie naciskał. Pewnie się nie wyspał. I do tego ta wredna małpa cały czas mu docinała. Tak, to na pewno dlatego jest taki rozkojarzony. Jednak jakiś głosik mówił mu, że Bel w ogóle nie zwracał uwagi na panią magister, a wyspał się na pewno. Brunet postanowił zignorować te myśli i nie drążyć tematu. Zauważył tylko, że od tamtego dnia, Bel nie rozstawał się ze znalezionym wisiorem. Nigdy go nie zdejmował i czasami ściskał w dłoniach. Minę miał przy tym taką, że Tomek naprawdę zaczął go podejrzewać o jakieś skrzywienie psychiczne. Odczuwał lęk, gdy oczy Bela przybierały wyraz, który można było porównać ze spojrzeniami bachantek. Malowało się nim to samo szaleństwo, stan upojenia i ekstazy. Do tego jego usta powtarzały niezrozumiałe słowa, które układały się w przejmujący zew. Raz tylko Tomek wyraźnie usłyszał słowo „Bogini”.
*
W wieczór dwudziestych pierwszych urodzin Bela, Tomek, z paczką znajomych, postanowił wyciągnąć chłopaka na balety do klubu. Do jego pokoju wpadł tuzin osobników obojga płci śmiejąc się i śpiewając „Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam!”. Jakież było ich zdziwienie, gdy nigdzie nie mogli znaleźć solenizanta.
- Bel! Bel, odezwij się!
- Bel, gdzie ty się podziewasz?!?
- Bel, wyłaź!
- No naresz... Co ci jest?
Bel wyszedł z łazienki. Widać było, że jest chory. Rozgorączkowane oczy świeciły nienaturalnym blaskiem w wąskiej, bladej twarzy.
- Nie wiem. Chyba mnie przewiało.
- Ej, no coś ty? Jakim cudem?
- Akurat w twoje urodziny?
- Przykro mi, ale nie dam rady iść dzisiaj z wami do klubu.
- Bel, przecież to twoje urodziny! Noc z 30 kwietnia na 1 maja jest tylko raz do roku.
- Wiem, ale naprawdę nie dam rady.
- Słuchaj, to może zostaniemy i tutaj będziemy świętować?
Nikt nie zauważył błysku przerażenia w oczach chłopaka.
- Nie no, nie ma takiej opcji. Wiem, jak trudno dostać bilety na dzisiejszą imprezę, więc nie marnujcie tego. Bawcie się i wypijcie za moje zdrowie.
- Skoro tak, to idziemy.
- Miłej zabawy.
- Trzymaj się, Bel!
- Do jutra!
- Zdrowiej, bo jutro poprawiny.
Trzaśnięcie drzwi i Bel znów był sam.
- Masz rację, Kasiu. – mruknął półgłosem – ta noc jest tylko raz do roku.
Podszedł do okna i popatrzył w niebo. Potem niedbałym gestem zgasił światło w pokoju. Gęsta zasłona ciemności okryła go przed ludzkim wzrokiem. Jeszcze raz spojrzał na świat za szybą, poczym z gorączkową niecierpliwością zaczął zrywać z siebie ubranie. Chwila szamotaniny i stał nagi pośród sztalug, kartonów i farb. Księżycowa poświata wydobywała z mroku fantastyczne kształty, rodem ze snów szaleńca. To nie był zwykły pokój studenta ASP. Na jego miejscu widniał gąszcz wykrzywionych bólem i ekstazą postaci. Białe światło rozmywało szczegóły, wyostrzało kształty. Bel ścisnął w dłoni księżycowy kamień.
- O Bogini Matko, Królowo nocy i ziemi...
Minerał rozjarzył się w jego dłoni. Bel patrzył się w tarczę księżyca poddając się słowom, które nosił w sobie od tak dawna.
- ...O Rogaty Królu, Władco dnia i lasów...
Słowa modlitwy płynęły w mroku. Oczy chłopaka rozszerzył spazm szaleństwa. Ciało wygięło się konwulsyjnie.
- ...Celebruję Wasze zespolenie...
Klejnot eksplodował feerią kolorów. Bel osunął się na podłogę. Jego ciało żyło własnym życiem. Odczuwało ból, przenikający każdą tkankę, każdy nerw. Pokój wirował, z mroku wydobywały się demony strachu i samotności. Krążyły dookoła niego, ich wykrzywione nienawiścią twarze zbliżały się i oddalały. Nagle wszystko się uspokoiło. Nad mężczyzną zamknęła się ciężka kopuła odrętwienia.
*
Po raz kolejny znalazł się na wzgórzu otoczonym wieńcem prastarych dębów. Znów otoczył go korowód nagich postaci. Znów słyszał muzykę przenikającą każdy fragment ciała. Dołączył do tanecznego kręgu. Zawirował w pradawnym tańcu. Muzyka wznosiła się i opadała, niczym fale wzburzonego morza. A on poddawał się jej. Oczy zaszły mgłą, a mięśnie drżały konwulsyjnie. Wtem melodia ucichła. Krąg zawirował po raz ostatni i zamarł. Postacie rozstąpiły się. Przez tłum przeleciał szmer „Domina...”. Do Bela podeszła kobieta. Nigdy nie widział tak skończonej doskonałości. Miała długie włosy, w kolorze skrzydła kruka. Intensywnie niebieskimi oczami wpatrywała się w oszołomionego Bela. Jej ciało okrywał szkarłatny płaszcz. Była kwintesencją kobiecości. Na znak jej dłoni z tłumu wyłoniła się dziewczyna o oczach koloru wzburzonych fal. Bel oprzytomniał. Pożerał przybyłą wzrokiem. Czarnowłosa wyciągnęła w jego stronę dłoń. Młodzieniec chwycił ją. Podobnie uczyniła dziewczyna. Domina złączyła je, na co tłum zakrzyknął radośnie.
- Nadeszła Bogini, Ziemię odziała w zieleń, a wiatr nasyciła zapachem kwiatów!
- Jam jest klejnot księżyca, jam jest nimfa wodna. Mych dróg nie pojmie ni człowiek, ni zwierz leśny. Jam jest Badb Catha, Arianrhod, Bloddeuwedd. Jam jest królowa nocy, pani ludzkich namiętności. Dłońmi swymi otulam świat, ustami pieszczę ciała śmiertelników i demonów. Czcijcie mnie, albowiem jam jest czysta i nietknięta, i jam płonąca od żądzy ladacznica. Czcijcie mnie w obrzędzie zespolenia ciał. Składajcie mi w ofierze swą niewinność i swe namiętności, albowiem tego pożądam nade wszystko...
Taneczny krąg rozsypał się. Nagie postacie połączyły się w pary. Bel ciągle ściskał dłoń dziewczyny o oczach koloru wzburzonych fal. Na znak Dominy wzniecono ogień. Stos żywicznego drewna szybko się zajął. Płonienie strzelały w kryształowej ciszy nocy, jakby chcąc sięgnąć gwiazd. Po kolei zapalano wszystkie stosy, aż otoczyły zgromadzonych gorejącym kręgiem. Znów rozległa się muzyka. Jednak Bel już jej nie słyszał. Oddalony od tłumu wpatrywał się w oczy swej towarzyszki. Nieświadomie zbliżył usta do jej warg. Gdy poczuł ich smak, wszystko inne straciło znaczenie. Gdy oderwał się od niej, podała mu czarkę napełnioną aromatycznym płynem. Spełnił toast tonąc w odmętach wzburzonego morza. Czuł jak napój rozchodzi się po jego ciele łagodnym ciepłem. Z oddali dobiegały okrzyki i jęki rozkoszy. Płyn coraz szybciej krążył w jego żyłach.
- Olwen... – wyszeptał
Nie miał pojęcia skąd to wie, ale był pewien, że należy ono do niej. Wiedział to od chwili, w której po raz pierwszy ją ujrzał. Wtedy na plaży, prawie dwadzieścia lat temu.
*
Na wystawie prac licealistów było tłoczno. Przybyli tam rodzice dumni ze swych pociech, nauczyciele, goście i tłum ludzi prosto z ulicy. Głośno komplementowano to czy owo dzieło. Tylko przy jednej pracy milkły okrzyki zachwytu. Nie dlatego, że była gorsza od pozostałych. Wręcz przeciwnie, znamionowała ogromy potencjał artystyczny jej twórcy. Przedstawiała istotę wyłaniającą się z morskich fal. Artysta nie uchwycił rysów jej twarzy, ale zaakcentował oczy postaci. Lekko uniesione ku górze zewnętrzne kąciki oraz niezwykły kolor przyciągały uwagę. Tej barwy nie dało się zdefiniować jednym słowem. Był to kolor wzburzonych morskich fal. Te oczy przyciągały jak magnes, uwodziły, obiecywały i jednocześnie ostrzegały. Ela również podeszła do tego niezwykłego obrazu. Zafascynowana wpatrywała się w sportretowaną istotę. Przez głowę przebiegła jej myśl, że autor tego dzieła musiał darzyć swoją modelkę niemałym uczuciem. Było ono widoczne w każdym miękkim ruchu pędzla. Spojrzała na nazwisko twórcy. „Albert Majewski”. Zmartwiała. Poszukała wzrokiem syna. Stał wśród kolegów. Gdy dostrzegł jej wzrok, łobuzersko mrugnął okiem.
*
- Olwen... – powtórzył Bel
Dziewczyna położyła mu palec na ustach. Po chwili ich wargi połączyły się. Noc Beltain udzieliła im błogosławieństwa, a ogień, wiatr i ziemia nie sprzeciwiły się.
*
Muzyka umilkła. Ogniska dogasały. Gdy Bel ocknął się, czuł jeszcze zamroczenie spowodowane tajemniczym napojem. Spojrzał na kłębowisko nagich ciał. Poczuł przypływ dumy, że oto jest już mężczyzną i posiadł Boginię. Przez głowę przeleciały mu obrazy ostatniej nocy. Dwa splecione ze sobą ciała. Zapach igliwia. Podniecający rytm muzyki. Spełnienie i moc jaką poczuł. Ofiarował swe ciało tej, którą kochał od zawsze. Spojrzał na jej twarz, chcąc zapamiętać ją na zawsze. Zamarł. To nie była Olwen. Dziewczyna, owszem miała jej oczy, ale to nie była ona! Poczuł się oszukany, skalany. Jak mógł tego nie dostrzec? Składał to na karb upojenia muzyką i napojem z czarki. Noc pozwoliła mu wierzyć, że trzyma w ramionach tę jedyną. Świt brutalnie obnażył przed nim prawdę. Zerwał się jak oparzony. Chciał tylko wrócić to swego pokoju, by w samotności płakać nad przewrotnością Bogini.
*
Tomek przyglądał się Belowi. Od swoich urodzin był jakiś nieswój. Zmienił się. Nie nosił już swojego wisiorka, a z jego twarzy zniknął uśmiech osoby, która wie coś, czego nie wiedzą inni. Zaczął zmieniać dziewczyny jak rękawiczki. Żadna nie mogła go zatrzymać przy sobie na dłużej, niż kilka spotkań. W innych okolicznościach Tomek byłby wniebowzięty, ale nie teraz. Nie przy Belu. Coś w nim umarło, a on nie wiedział co.
- Bel...?
- Nie nazywaj mnie tak, prosiłem cię.
- Sorki, nie mogę się odzwyczaić.
Nieokreślony ruch głową.
- Co chcesz?
- Już nic.
*
Siedział na plaży i wpatrywał się w morze. Sam nie wiedział dlaczego. Miał już taki nawyk. Znów, jak kilkanaście lat temu, czuł na ciele słone pocałunki wiatru. Ten kawałek plaży, odgrodzony od świata skałami nie zmieniał się. Za to zmieniła się cała reszta. Tomek rzucił ASP na rzecz Marketingu, a on sam był już cenionym w Europie artystą. Jego prace nieodmiennie wzbudzały zachwyt ludzi, ale on czuł, że czegoś im brakowało. Nie chciał teraz o tym myśleć. Najważniejsze, że się sprzedawały. Nie sprzedał tylko jednego obrazu. Tego pierwszego, najważniejszego. Tego, na którym Olwen wyłaniała się ze wzburzonych fal. Nie tylko nie sprzedał go, ale i schował przed całym światem. Przed sobą samym. Jej oczy budziły niechciane wspomnienia. Wracała gorycz zawodu, tym większa, im większa była wcześniejsza radość i duma. Bogini była nieubłagana. Karała za każde przewinienie. Najgorsze, że karała jego najbliższych. Rok temu, w rocznicę owego fatalnego Beltain, odebrała mu młodszego brata. Adam miał 26 lat. Stał na progu życia i kariery prawniczej. Co z tego, skoro teraz spoczywa w zimnym grobie? Jego mały Adaś. Kolejny romantyk w rodzinie. Zakochał się. Mężczyzna pamiętał szczęśliwy blask jego brązowych oczu, gdy przedstawiał im Ewelinę. Piękną, długonogą brunetkę. Coś mu się nie podobało w spojrzeniu jej niebieskich oczu, ale najważniejsze, że Adaś był szczęśliwy. Pół roku później nie żył. Na ciele nie było żadnych śladów. Oficjalna diagnoza: zawał. Jednak Bel wiedział swoje. To była kara za jego czyny. Ewelina była tylko narzędziem w rękach Bogini. Pogrążony w rozmyślaniach nie zauważył, że chmury zasnuły słońce, a wiatr ucichł.
- Bel... – rozległy się srebrzyste dzwonki głosu
Mężczyzna potrząsnął głową. Za często o tym myślę i mam już omamy. Muszę z tym skończyć, bo zwariuję. Jednak głos nie cichł.
- Bel, Bel, Bel....
Zerwał się z piasku. Znów szła w jego kierunku cała skąpana w blasku promieni. Zamarł w niemym zachwycie. Była piękniejsza, niż zapamiętał. Jej oczy koloru wzburzonego morza kolejny raz brały go we władanie.
- Przyszłaś...
Poczuł smak jaj pocałunku. Po chwili, która była wiecznością, ich wargi rozłączyły się.
Chciał wykrzyczeć swój zawód. Swoją wściekłość. I swój ból. Rzucić w tą znienawidzoną i wytęsknioną twarz wszystko to, co narastało w nim od tamtego Beltain. W ciszy, która drgała, emocje gęstniały niczym burzowe chmury.
- Pójdź za mną...
Srebrzyste brzmienie głosu Olwen wypłoszyło mu z głowy wszystkie myśli. Ujął jej wyciągniętą dłoń.
*
Trzask! Słuchawka uderzyła o podłogę. Albert nie żyje. Ta straszna prawda nie mieściła się Eli w głowie. Jeszcze nie otrząsnęła się po śmierci Adama. Nigdy nie myślała, że przeżyje swoich snów. Przecież Al miał dopiero 30 lat! Jak to, utonął? Doskonale pływał. To niemożliwe! Nie, jej Albert żyje. Policjant mówił, że nie odnaleziono ciała. Tak, na pewno żyje! Ela czepiła się tej myśli jak tonący brzytwy. Starała się uspokoić. Pewnie zaszył się gdzieś, aby malować. Cały Albert. Nagle skojarzyła, że jej syn już nie prosił, żeby nazywać go „Bel”. Boże, o czym ja myślę?!? Nerwowo szła po schodach. Weszła do jego pokoju. Na sztalugach stało płótno. Ela podeszła bliżej. Dostrzegła jakiś błysk. Spojrzała i zamarła. Nagle dotarło do niej, że jej chłopiec już nie wróci, że odszedł na zawsze.
- Nie! Nie! Nie, Bel! Dlaczego?!?
Wybiegła z pokoju.
Na obrazie, obok istoty o oczach w kolorze wzburzonych morskich fal, pojawiła się druga postać. Miała niebiesko-zielone oczy.
*
Obok sztalug leżał zakurzony wisiorek z księżycowym kamieniem. W promieniach zachodzącego słońca lśnił krwistą czerwienią.
Ruda Żurawiecka Os., 26 II – 11 V 2008
Magdalena Wosiek - Pochodzę z Lubelszczyzny, a konkretnie z okolic granicy polsko-ukraińskiej. Mam prawie 21 lat. Studiuję filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje mnie historia, literatura i antropologia (to ostatnie dopiero u mnie raczkuje). Uwielbiam pisać i słuchać przy tym muzyki.