Zaczęło się, gdy postanowiłem ruszyć za Gombrowiczem. Chciałem odwiedzić punkt po punkcie miejsca związane z pisarzem i posłużyć się nimi jak kluczem do opisu miasta. Nie zamierzałem koncentrować się na samym Gombrowiczu, a raczej miałem nadzieję opisać Buenos Aires poprzez postać, a nie odwrotnie - postać dzięki miastu. Taki pomysł, sądziłem, pozostałby w zgodzie z moimi zamierzeniami, by wryć się głębiej między ulice, a jednocześnie nadałby wiążącą strukturę przypadkowym spacerowym wrażeniom, które zamierzałem włożyć w esej. Wystarczająco jasne jest chyba, że zawsze wolno nam wybierać dowolne klucze do opisów, bo rzecz mieści się przecież nie w wyborze klucza, lecz w odnalezieniu właściwego zamka, który przyjmie nasz wybór, a wtedy drzwi się otworzą.
Dlaczego zatem nie Gombrowicz, pomyślałem, skoro nawet Sabato mówi, że Polak ukochał Buenos i trudno powiedzieć, która z ojczyzn była mu bliższa – ta skostniała w przedwojennej wizji czy ta nowa, dynamiczna, która choć nie przyjęła go z polską gościnnością, a raczej zafundowała długi okres wyrzeczeń, to jednak wypełniła mu czas przeżyciem, do którego wracał myślą jeszcze na łożu śmierci i nadawał mu odpowiednio wysoką rangę. Sabato wspomina w 1979 roku spotkanie w Vence które odbyło się dziesięć lat wcześniej, kiedy Gombrowicz czuł się już bardzo źle i jasne się stało, że choroba go zwycięża: „Gdy (…) zapytałem, co robi i jakie ma plany, spoważniał jeszcze bardziej i bardzo cicho powiedział: „Ernesto, najważniejsze, co mógłbym zrobić i czego nigdy nie zrobię to opisać moje poetyckie doświadczenie z pierwszych lat pobytu w Buenos Aires.”” Ciągle tez miał nadzieję wrócić lub choćby tylko zajrzeć do Argentyny: „gdyż jakiejś chorobliwej prawie ciekawości doświadczam, jest rzeczywiście dziwne, że Polska zupełnie mnie nie ciągnie, natomiast z Argentyną nie mogę skończyć” - pisał do Marii i Karola Świeczewskich z Vence w 1966 roku.
Upał był w tym tygodniu prawie nie do zniesienia. Sprzątaczka, która przychodzi co piątek, przyniosła informację o czterdziestu jeden stopniach i wachlowała się podczas pracy czym tylko się dało i co akurat miała pod ręką: złożonymi na pół ścierkami, ręcznikiem, kolorowymi magazynami, a nawet paczką papierosów podczas przerw, gdy sapiąc zatrzymywała się, by zapalić. Zupełnie jak w komercyjnym radiu, co piętnaście minut stawała się lektorką serwisu pogodowego, rzucając okiem na nadzwyczajnie odległe w tych dniach niebo.
Popołudniami nie byłem w stanie wyjść nawet na balkon, zaciągałem story i całe godziny spędzałem w pokoju mrożonym przez klimatyzację. Żeby jeszcze bardziej odpędzić upał wyobrażałem sobie siebie w chłodni i wmawiałem sobie, że jestem tuszą mięsa, która szczęśliwie spadła z haka i nie musi wisieć. Niewiele to pomagało - słońce prześlizgiwało się wciąż przez szpary, lecz z drugiej strony dzięki temu było wystarczająco jasno, by czytać. Kolejny raz przeglądałem książkę Rity Gombrowicz, w której zebrała wspomnienia ludzi, którzy otaczali don Witolda w okresie argentyńskim. Chciałem wreszcie wyruszyć w miasto jak najlepiej przygotowany i w jak największym stopniu rządzić przypadkami w obserwacji, ale przez kilka dni odsuwałem wyprawę z powodu upału. Wieczorami tylko opuszczałem mieszkanie na niedługi spacer – rozpoczynałem od obiadu w Cervantesie. To knajpa na rogu Riobamba i ulicy gen. Perona, lokal złożony z dwóch sal, które zapełniają się mrowiem argentyńskich rodzin dopiero znacznie po dziewiątej wieczorem, i gdzie kelnerzy zawsze doradzają bez pudła przy wyborze befsztyku. Potem spacerowałem pośród neonów Corrientes do obelisku przy Alei 9 lipca, szedłem wzdłuż niej kilka przecznic na południe i wracałem już Avenida de Mayo, żeby nie powtarzać drogi, robiąc po drodze niewielkie zakupy. Przez parę dni upału powtarzałem jednak całodobową sekwencję niemal w każdym szczególe.
Wczoraj tez chciałem powtórzyć. Rano zrobiłem trochę notatek i przeprowadziłem dwie rozmowy z przyjaciółmi na komunikatorze - żeby nie czuć się specjalnie samotny, ale i żeby stale być na bieżąco ze sprawami w Polsce. Po śniadaniu (cafe con leche i medialunas con dulce de leche – wspaniałe słodkości, które sprawiają, że od razu kochasz nadchodzący dzień), kiedy chciałem wrócić do książki, zorientowałem się nagle, że ta zniknęła. Jakby wyparowała albo spłonęła i nie został po niej żaden ślad ani popiół. Nie było jej nigdzie i nie ma jej do tej pory. Najpierw przeszukałem mieszkanie rozpoczynając od okna po wschodniej stronie. Dotarłem do balkonu i metodycznie, centymetr po centymetrze przesuwając linię frontu, przedarłem się przez salon, kuchnię, łazienkę z powrotem do mojej chłodni. Sprawdziłem wszystkie półki i szafę, jednak wciąż bez rezultatu. Jak mogła zniknąć, pytałem sam siebie na głos, przecież jest formatu a5, a nie książeczki do nabożeństwa. Nawet gdyby była wielkości paznokcia, znalazłbym ją przecież. Sprawdziłem też pod łóżkiem, a nawet pod materacem, mimo że uznałem to za absurdalne. Sprawa była poważna, bo wykładała na łopatki pomysł pisania o Gombrowiczu. Trzeba się poddać. Kiedy ginie ci najważniejsze źródło danych, możesz odpuścić dalsze myślenie o materiale - to z kolei oznaczało, że zmarnowałem dobry tydzień i zguba zmuszała mnie właśnie do wybrania całkiem nowego klucza. Nie mogłem przecież ryzykować, że przekręcę nazwiska, że pomylę numery, że nawtykam głupot, które nie mają żadnego łącznika z faktami. Że na przykład zamiast na ulicę Bacacay, wybiorę się na ulicę Uriburu, która choć posiada przecież wystarczająco szaloną nazwę, nie ma z Gombrowiczem nic wspólnego. Albo że godzinami będę szukać hotelu El Palomar na ulicy Tucuman, gdy naprawdę znajdował się tuż obok na Corrientes.
Tak bardzo chciałem znaleźć książkę, że równolegle zacząłem szukać legendarnego alefa. Naprawdę, przez chwilę jak ostatnia nadzieja zaświtało mi, że zamiast znów tracić czas na poszukiwania książki, powinienem rozejrzeć się za połyskującą kulką, gromadzącą w sobie wszystkie miejsca na świecie. Ostatnia szansa na napisanie tekstu. Szukałem go na przykład pod wanną i szukałem w głębi szuflad z bielizną. Chciałem spojrzeć w jego pulsujące wnętrze i wiedzieć, że w jednym z miliona miejsc, które w nim zobaczę, leżeć będzie spokojnie podniszczony tom „Gombrowicza w Argentynie”, a ja wtedy sięgnę po niego spokojnie, rzucę na łóżko, włączę akcelerator wiatraka w klimatyzacji i zabiorę się znów za notatki. Czegóż niby można było oczekiwać? Przecież to jasne, że nawet przy piętnastej wyprawie poszukiwawczej nie znalazłem alefa, nie mówiąc o książce.
Kolejna i spodziewana już raczej klęska sprawiła, że postanowiłem ostatecznie pozbyć się przygnębienia i pomyślałem, że zostało mi tylko jedno. Iść na Venezuelę. Żeby z rytualną godnością przekreślić tydzień prac i spróbować zabrać się za nowy pomysł - muszę odwiedzić dom na ulicy Venezuela 615, w którym Gombrowicz wynajmował pokój przez osiemnaście lat, między 1945 a 63 rokiem. Chciałem tylko stanąć przed tym domem i pożegnać się z pomysłem. Wyjść od razu, tak jak stałem, nie zważając na upał ruszyć w godzinny marsz, stanąć przed kamienicą, spojrzeć w okno, o którym między innymi chciałem pisać, i ostatecznie rozstać się z tematem.
Wyszedłem. Jakby z przyzwyczajenia ruszyłem od razu do Corrientes, a później skręciłem na niej w prawo, traktując obelisk jak chorągiewkę, punkt, wskazujący kolejny etap trasy. Nie spojrzałem w plan miasta, w którym na pewno znalazłbym krótszą drogę. Nie zabieram go już ze sobą, chodzę bez planu po centralnych dzielnicach. Ewentualna pomyłka niewiele zmienia przecież, co najwyżej może spowodować opóźnienia rzędu dwóch przecznic, bo w końcu natrafia się na znajomą nazwę ulicy i można skorygować marszrutę. Nie wiem, który raz to powtarzam, ale w Buenos Aires naprawdę nie da się zabłądzić, choć znikali tu ludzie, a czasem, jak się okazuje, giną w nim też książki. Nawet upał nie mieszał mi w głowie, szedłem jak przez lepki sen, obojętnie mijając księgarnie i teatry, bezwolnie zatrzymując się tylko w oczekiwaniu na światło dla pieszych. Zresztą nie wiem, może trafiłem na falę i przesunąłem się bez zatrzymywania na przejściach? Do czasu, bo na odcinku między Talcahuano a Libertad z odrętwienia wyrwał mnie żebrak i znów poczułem temperaturę bloków i ulic.
- Cigarillo! - powiedział mi w twarz, bo nie zauważyłem, że mową znaków przekazał wcześniej prośbę i właśnie kończył zaciąganie się nieistniejącym papierosem. Wyciągnąłem jedną sztukę z paczki i podałem mu, a on prawie wyrwał mi ją z ręki.
Starsza pani, przechodząca obok zaczęła głośno fukać i krzyczeć coś w moim kierunku niemal jakby waliła kolbą, podczas gdy do mnie w ogóle nie docierało znaczenie. Była malutka, miała małą główkę z siwymi lokami. Ubrana była skromnie, lecz schludnie, w wysoko upinaną szarą bluzkę ze srebrną broszą w kształcie rombu i i ciemnozieloną spódnicę za kolana do czarnych świecących pantofli z klamrą.
- Nie rozumiem, seňora. Nie jestem stąd. – powiedziałem. – Proszę wolniej.
Była tak malutka, że jej głos roztapiał się w szumie z ulicy. Musiałem zgiąć się w pół i w tej pozycji słuchać jej dalszych zdań. Gdy tylko próbowałem się podnieść, żeby rozprostować grzbiet, od razu traciłem słowo czy dwa.
- Och, nie jesteś stąd? Mówię, że nie należy im niczego dawać. Oni potrafią tylko wyciągać ręce. Oni potrafią tylko brać. Nie należy im niczego dawać. Oni umieją tylko pikietować i żądać. Jest dużo pracy, ale oni nie myślą o pracy.
- Może ten człowiek po prostu nie miał szczęścia? – przerwałem.
Zaśmiała się tak głośno, że mogłem na chwilę się wyprostować. Zamiast twarzy zobaczyłem szarą pomarszczoną papierową torbę, którą ktoś nieumiejętnie pompował - nadymała się i traciła na przemian powietrze. A później całkiem zwiotczała, jakby pękła na dobre.
- Nie, ci ludzie nie mają godności. Spójrz na niego, jest zdrowy, silny i młody. Przyjeżdżają tu z Boliwii, przyjeżdżają z Wenezueli i Kolumbii, ale nie po to, żeby pracować. – nagle wyhamowała i choć widziała we mnie Europejczyka, postanowiła sprawdzić: - Skąd jesteś?
- Z Polski. – odpowiedziałem z udawaną godnością, bo przez parę tygodni dotychczasowego pobytu zrozumiałem już, że jako naród mamy pewne podstawy do kompleksu wobec Argentyńczyków, ale niekoniecznie należy to okazywać.
- Z Polski! Jesteś katolikiem? My tu wszyscy kochamy Jana Pawła II… , myślę że to najlepszy papież jakiego mieliśmy. - końcówkę wypowiedziała ciszej, jakby bała się, że usłyszy ją Ratzinger, a ja pochyliłem się jeszcze niżej. Spojrzała mi w oczy, dokładnie lustrując, czy zobaczy entuzjazm przy chwaleniu rodaka. Nie mogła jednak dostrzec czegoś, czego tam nie było, więc spróbowała z innej flanki: – Znasz Gombrowicza? Wiesz, że bardzo cenił Borgesa? Czytał wszystko, co Borges wydawał. Na bieżąco, od razu.
- Tak, seňora. Z kolei Borges nawet nie zawracał sobie głowy Gombrowiczem. Kiedy Rita Gombrowicz odwiedziła Borgesa pamiętał tylko, że Polak przyszedł chyba na jakieś przyjęcie z Mastronardim. Ale zrzucił to uprzejmie na karb swojej ślepoty, która w tym czasie już postępowała.
- A wiesz które opowiadanie Borgesa cenił Gombrowicz najbardziej?
Pomyślałem, że uprzejmie z mojej strony byłoby zaproponować jej kawę w najbliższej confiterii. Zaprzeczyłem ruchem głowy i jednak nie zaproponowałem. Przecież kończyłem już z Gombrowiczem i chciałem już przestać o nim myśleć, natomiast ewentualna rozmowa o papieżu zupełnie mnie nie interesowała. W kawiarni utknęlibyśmy na godzinę, a za godzinę mogłem już być na ulicy Venezuela i zrzucić mój balast, by przejść ku nowym pomysłom.
- „Śmierć i busola”. Jesteś może inżynierem, albo architektem? Nie wiadomo tak naprawdę co mu się podobało w tym opowiadaniu, prawdopodobnie geometryczna intryga. Bo przecież nie Żydzi… - znów zaczęła się śmiać, więc torba z papieru pakowego zaczęła się nadymać, a kiedy na powrót skisła, mimochodem rzuciła pytanie. – Może mógłbyś mi zaproponować kawę?
Naciągaczka, stara naciągaczka, zrozumiałem. Najgorszy rodzaj naciągaczki. Malutki, niespodziewany, wykształcony. Uprzejmy, przyjazny, inteligentny, ciekawy. O nie, proszę pani, już pani zwyciężyła, choć nic pani nie postawię. Królowo żebraków – w pierwszym okrążeniu pokonałaś tych, którzy milczą nad puszką z drobniakami, w drugim tych, którzy rozdają kolorowe karty z horoskopami, w trzecim wyprzedziłaś żerujących na litości z legitymacjami organizacji charytatywnych, a w ostatnim nawet sympatyczne zniszczone gaduły, które zbierają na alkohol w parkach.
- Niestety. Spieszę się teraz. – odparłem długo dobierając słowa, ale wystarczająco stanowczo, żeby się uwolnić. – Może przy następnej okazji.
Wyprostowałem się, nie patrząc już nawet jak papierowa torba wiotczeje. Poczułem, że nagle wrócił skwar i że wkładam głowę w gorącą chmurę i wtedy właśnie, nagle i w błysku, dostrzegłem coś na ścianie kamienicy dokładnie nad jej głową. Ukłoniłem się jednak szybko i odszedłem prędko za róg. Postałem dobrą chwilę schowany za budynkiem. Zapaliłem papierosa i obserwowałem palących przechodniów. Wszyscy palili. Wszyscy, którzy stali też palili. Dotarłem niedawno do ciekawych danych na temat tytoniu w Argentynie – blisko połowa obywateli płci męskiej i prawie czterdzieści procent kobiet deklaruje palenie papierosów. Czterdzieści dwa procent uczniów szkół średnich pali, pali jedna trzecia lekarzy. Za cenę jednej paczki amerykańskich fajek w Polsce, mam tutaj dwie. Wystarczyłoby, żeby ukochać ten kraj nałogu, gdyby nie zakaz palenia wewnątrz restauracji wprowadzony w 2006 roku, a już szczególnie w kawiarniach, gdzie kofeina i nikotyna tak bardzo przecież szaleją za sobą i do siebie tęsknią.
Zerknąłem zza rogu czy starsza pani już poszła. Zagadywała właśnie do kogoś, kto wyglądał mi na Amerykanina, bo brakowało mu jedynie deski do surfingu. Wymienili kilka zdań i razem ruszyli w kierunku zachodnim, choć zapragnąłem, żeby Amerykanin zwiększył tempo i wziął ją pod pachę - na jeden jego krok przypadało przynajmniej sześć kroczków czarnych pantofelków z klamrą. Gdy zniknęli pośród innych przechodniów, wróciłem dokładnie w to samo miejsce.
Obok opustoszałego sklepu z brudną witryną znajdowały się drzwi obite czarną blachą i nieoznaczone numerem. Był jeszcze ślad po tabliczce i cztery puste dziury po wyrwanych, a nie wykręconych śrubach. Nad nieistniejącą tabliczką tkwił guzik dzwonka, ale prawdopodobnie nie działał, bo choć postałem pod drzwiami dobry kwadrans, nikt nie zszedł. Poniżej dzwonka zapisano informację, którą dostrzegłem wcześniej nad głową staruszki, a ja pomyślałem, że to informacja dla mnie. Nawet błąd językowy o tym świadczył: AKI FUE el PALOMAR, czyli w dość wolnym przekładzie - „Tutej był Palomar”. El Palomar – pensjonat, conventillo El Palomar, w którym Gombrowicz mieszkał między 1940 a 1942 rokiem, i z którego prawdopodobnie uciekł, nie płacąc. Świadek największych kryzysów, samotności i biedy pisarza, podrzędne siedlisko dla wykolejeńców. Kamienica wciąż nie robiła dobrego wrażenia, choć część jej zaropiałych ścian okładały reklamowe tablice, a także rusztowania, świadczące, że w niedługim czasie ktoś całkiem zetrze ten stary obrazek z planu miasta, zasłaniając nowym tynkiem. Spojrzałem jeszcze wyżej, ale oślepiło mnie słońce i nie mogłem policzyć pięter. Na spodach balkonów łuszczyła się farba i miałem wrażenie, że stopniowo odpadają wiórami. Pojawiasz się zatem, don Witoldo, pomyślałem, jednak pojawiasz się chyba wyłącznie po to, by powiedzieć mi, że z wolna zacierasz już ślady.
O ile istnieje kapsuła teleportująca, to z niej właśnie skorzystałem, bo nie pamiętam jak przeniosłem się do dzielnicy Monserrat. Może wyparowałem w słońcu w jednym miejscu, a skropliłem się w drugim? Dość, że stanąłem przed domem na ulicy Venezuela 615, na rogu z Peru. Najpierw podszedłem do tablicy wmurowanej obok drzwi do budynku. Wykuty w niej tekst informował, że w tym miejscu mieszkał el gran escritor polaco, i że w trzydziestolecie śmierci postanowili wspólnie oznajmić ten fakt światu Embajador de Polonia oraz Jefe de Gobierno de la Ciudad de Buenos Aires. Przeczytałem i zaśmiałem się krótko mieszanką drwiny i rozczarowania. Później znów się zaśmiałem, znów krótko, choć tym razem cieplejszymi tonami. Bo gdzież pierwszy raz w życiu spotkałem się ze słowami „gran escritor” jak nie na kartkach spisanych przez samego Gombrowicza i to wtedy właśnie gdy tegoż gran escritora i w sobie i gran escritora w postaci wzorowanej na Borgesie wyśmiewał?
Zrobiłem zdjęcie tablicy, a potem całego budynku. Dzięki fotografii zamieszczonej w książce Rity Gombrowicz pamiętałem, który balkon należał do Polaka. Pamiętałem również jak wyglądał jego pokój w rysunku Mariana Betelú, więc nie miałem zamiaru wchodzić do środka. Tym bardziej, że zapewne wystrój i wyposażenie uległy już dawno zmianie i na pewno nie ma tu trzech foteli i sofy, nie ma tamtego konkretnego tapczanu, nie ma już tamtego stołu i nie ma już bez wątpienia trzech obrazków, które Witoldo wybrał z kolekcji Cecilii Debenedetti (wśród nich jeden autorstwa Antonia Berniego - jego dzieła wiszą obecnie zarówno w Museo Nacional de Bellas Artes, Museo de Arte Latinoamericano, a nawet w Museo de la Patagonia) i umieścił na ścianie „do góry nogami”.
Dokładnie naprzeciw balkoniku należącego niegdyś przez osiemnaście lat do Gombrowicza, przy ulicy Venezuela pod numerem 630 znajdował się bar o raczej nie brzmiącej lokalnie (ani nawet z hiszpańska) nazwie KRUPP. Pięć twardych niemieckich liter wyłaziło na biało z szarego tynku. Nie byłoby w tym lokalu niczego zachęcającego, gdyby nie to, że przed wejściem zauważyłem stand zachęcający do wypicia kufla Staropramena. W mieście, w którym pije się Quilmesa z litrowych butelek, w dodatku w mieście oddalonym od czeskiej Pragi o dobre dwanaście tysięcy kilometrów, poczułem się nagle odrobinę mniej egzotycznie. Nie zamierzałem co prawda pić piwa, bo świadomy jego działania w połączeniu z wysoką temperaturą nie chciałem ryzykować rozleniwienia, jednak chwilowe otoczenie namiastką Europy Środkowej wydawało się aż przesadnie kuszące. Kusił dodatkowo malutki dziedziniec z wystawionymi trzema stolikami, z jednej strony gwarantujący schronienie przed strumieniami słońca, a z drugiej umożliwiający palenie papierosów na terenie lokalu.
- Skoro już mnie zawiodłeś, don Witoldo… Nie ty sam, ale okoliczności, albo nawet decyzja jakiegoś wyższego rzędu, losu może. – powiedziałem do balkonu. – Skoro już mnie zawiodłeś, to daj mi teraz inny klucz do miasta. Znajdź mi sposób na opisanie Buenos Aires w dowolnej formie na jakieś trzydzieści tysięcy znaków, czyli tyle, ile zaplanowałem na ciebie. Siadam tu, wypiję cortado, a ty, póki nie przełknę ostatniego łyku, przyślij mi wskazówkę. No, rusz się!
I usiadłem przy pierwszym stoliku, twarzą do balkonu Gombrowicza, nie przestając zresztą się weń wpatrywać nawet wtedy, gdy kelner przyjmował zamówienie. Oparłem nogi o metalową wielolitrową beczkę ze składziku po lewej, uzupełniającego scenografię knajpianego ogródka. Wyjąłem zeszyt i czekałem.
Przy sąsiednim stoliku siedział mężczyzna, którego nie widziałem wchodząc i teraz dopiero poczułem na sobie jego wzrok. Przyglądał mi się nie mniej intensywnie niż ja wbijałem oczy w balkon. Poczułem się skrępowany. Po pięciu minutach nie wytrzymałem i ja też spojrzałem na niego. Był przeszło po pięćdziesiątce, miał płowe, by nie powiedzieć „słowiańskie”, włosy, nieco przydługie i całkiem zakrywające kark. Rozbawiły mnie jego wąsy, trochę ciemniejsze niż włosy, z lekkim rudym poblaskiem, obfite i z pianą piwa schnącą niespiesznie po każdym łyku. Były to wielkie przedsarmackie wąsy Bolesława Chrobrego z portretu Matejki zmieszane z wąsami Nietzschego i Marka Twaina. Miał jasną oprawę oczu, twarz może nie polską, ale wskazującą jednoznacznie, że nie mam do czynienia z miejscowym. Jak się okazało za chwilę – miał twarz „środkowoeuropejską”. Ubrany był w żółty t-shirt, dżinsy i sandały. Siedział i gapił się na mnie, nie spuszczając wzroku, gdy odkręciłem się w jego kierunku.
- Pan do Gombrowicza? – najpierw z przyzwyczajenia usłyszałem zdanie wypowiedziane po hiszpańsku „pan de Gombrowicz”, czyli „chleb Gombrowicza”. Jednak już w następnej sekundzie zrozumiałem tę śmieszną polszczyznę. Tę, która zawsze wskazuje, że masz do czynienia z Czechem - żaden inny naród nie posiada takiego akcentu, sprawiającego, że poszczególne sylaby zaczynają tańczyć. Podniósł szklankę i pozdrowił mnie z uśmiechem.
- No tak się złożyło, że wpadłem zobaczyć, gdzie go los na dłużej rzucił – odparłem. – Pan z Czech?
- Pan się myli. Nie mogę zgodzić się z panem, że to był los, albo przypadek.
- Wie pan, ja to powiedziałem tak bardzo ogólnie.
Zapytał czy może się przysiąść, od razu informując, że powie mi coś fascynującego. Nie znoszę takich zapowiedzi, bo one zawsze niszczą przyjemność słuchania historyjek. Ciągle zastanawiam się wtedy, czy opowiadający dowiezie do końca swoją obietnicę. Jednak nie oponowałem i wskazałem mu krzesło. Podniósł się zwinnie i już siedział naprzeciw mnie.
- Nazywam się Saska Gradek. Saska to u nas żeńskie imię, ale zostawiłem, bo dobrze brzmi w połączeniu z Gradkiem. – wytłumaczył. - Jestem Czechem, ale świetnie znam Gombrowicza, kiedyś studiowałem zresztą przez parę lat slawistykę w Ostravie i już wtedy się zaraziłem. W latach siedemdziesiątych, nieważne. Najpierw oczywiście czytałem po polsku, ale sprawdziłem też czeskie przekłady, pan wie, że mamy już całego Gombrowicza po czesku?
- Nie wiedziałem.
- A pan jak się nazywa? Pan tu turystycznie czy z uwielbienia dla Mistrza?
Przedstawiłem się i odpowiedziałem sucho, że w połowie turystycznie, a w połowie z uwielbienia.
- Ale czy to się tak da? Ja tu, widzi pan, dwadzieścia lat siedzę na Venezueli i badam Mistrza. O, ja jestem tylko biednym czeskim pisarzem, wiele o świecie nigdy powiedzieć nie mogłem, ale pewne rzeczy zrozumiałem dopiero tutaj, dwadzieścia lat, proszę pana. W tym roku będzie okrągła rocznica, zresztą nie tylko moja, bo i Mistrza również, przypłynął 21 sierpnia. Pan będzie na obchodach?
Na jakich obchodach i co ten człowiek w ogóle bredzi? – pomyślałem, ale uprzejmie odparłem, że to mało prawdopodobne, bo musiano by zawiesić loty i połączenia morskie z Europą. Albo w ogóle ją wykasować czy zgładzić. Co - gdyby się poważnie zastanowić - wcale nie jest takie zupełnie pozbawione sensu. Faktyczne centra przenoszą się na dotychczasowe obrzeża, najbardziej dynamiczne punkty nie mają nic wspólnego z mainstreamem, taka jest przecież wiecznie żywa prawda na temat kultury. Po co niby zatem ta przereklamowana stara Europa?
- Wróćmy do tego, co chcę panu powiedzieć, postawi mi pan piwo? – obiecał i zapytał Gradek w jednym zdaniu. I nawet nie zrobił pauzy pomiędzy członami zdania. Po czym jak gdyby nigdy nic, ciągnął. - Pan powiedział, że los rzucił Gombrowicza w to miejsce na Venezueli, a on poddał się przypadkowi i spędził tu osiemnaście lat. No wie pan! Cóż za brak zaufania do Mistrza! Chciałbym panu udowodnić, że było inaczej, że jego wybór był świadomy i mający na celu wyższe, znacznie bardziej abstrakcyjne racje niż mielibyśmy czelność przypuszczać, nie poczyniwszy najpierw pewnych badań.
Przyszedł kelner i Saska Gradek spojrzał na mnie porozumiewawczo, a ja mrugnąłem powiekami ze zgodą. Saska zamówił piwo, co mnie zdziwiło - litrowego Quilmesa, a nie czeskiego Staropramena.
- Musimy przyjąć, że dwa miejsca, z którymi zżył się już w pierwszych latach po przyjeździe, to klub Gran Rex na Corrientes i kawiarnia La Fragata na rogu Corrientes i San Martin. W obydwu miejscach bywał codziennie, codziennie, rozumie pan. Zmieniał swoje pensjonaty jak rękawiczki, a to Avenida de Mayo, a to Bacacay, a to El Palomar, a to pobyt w Moron, a to pensjonat Auzamendi na Tacuari, tego było znacznie więcej. Ja i tak wymieniam wyłącznie te, w których zatrzymał się na nieco dłużej, prawda? A do Rexa i do Fragaty chodził codziennie. Pan czytał książkę jego żony ze wspomnieniami zebranymi w latach siedemdziesiątych, kiedy jeszcze żyli ci, którzy mogli wspominać?
- Niech mi pan da spokój z tą książką. Miałem z nią pewne trudności. Proszę mówić dalej.
- Wskazuję panu centralne miejsca w życiu Gombrowicza w Buenos Aires. Jakie było miejsce trzecie? Jak pan sądzi. Albo podpowiem: jakie jest pierwsze argentyńskie miejsce wymienione w „Trans-Atlantyku”?
- Retiro. Chyba Plac Retiro z Wieżą Anglików, choć głowy sobie nie dam uciąć, bo może Florida. Ale chyba Retiro.
Spojrzał na mnie z zadowoleniem jak nauczyciel na pojętnego i dobrze przygotowanego ucznia. Po postawieniu piwa zarobiłem właśnie drugi punkt.
- Otóż to, Retiro. Czyli po tutejszemu Zacisze. Parę lat temu wyszła książka Miguela Grinberga, w której mówi o funkcji, którą Retiro pełniło dla Gombrowicza. Podobno przesiadywał tam całymi godzinami pod repliką Big Bena, a szczególnie lubił spoglądać nań ze wzgórza Placu San Martin, bo akurat to miejsce mogło przypominać mu Park Saski w Warszawie. A rzeka, której w tamtych czasach jeszcze nie zasłaniały wieżowce, mogła przypominać mu Wisłę. Zresztą sam Gombrowicz opisywał Retiro. – Gradek przerwał, z foliowej siatki wyciągnął pożółkły brulion w linie, przekartkował pospiesznie i znalazł bez problemu pożądany cytat. – Mam tu notatkę, o proszę: „Tam więc wzgórze ku rzece opada, a miasto do portu zstępuje i cichy wody wiew jak śpiew jaki wśród placu drzew...” Albo dalej, pan posłucha: „Nie szukałem więc na Retiro przygód erotycznych, ale - oszołomiony, wytracony z siebie, wydziedziczony i wykolejony, trawiony pasjami ślepymi, które rozniecił we mnie mój walący się świat i bankrutujący los - czegóż szukałem? Młodości.” Czy może pan zapłacić za moje następne piwo?
Jego butelka była pusta, a w szklance pozostało ledwie na dwa łyki, chociaż prawie nie zauważyłem, żeby podnosił ją do ust. Ja miałem wciąż połowę kawy w filiżance, w dodatku zdawało mi się, że wstrzykuję sobie porządną dawkę do ust co piętnaście sekund. Pomyślałem ohydnym stereotypem: Czech – to wszystko tłumaczy, po czym krótko uciąłem:
- Proszę.
Dał znać wzrokiem kelnerowi, wskazując palcem na pustego Quilmesa i wrócił do rozmowy:
- Pan się ciągle zastanawia do czego ja zmierzam?
- Zastanawiam się tylko czy będzie to tak fascynujące jak pan zapowiedział.
- O, będzie! Zapewniam. Proszę mi powiedzieć czy pan wie, że Gombrowicz miał obsesję Borgesa i czytał wszystko, co Borges napisał? Pan wie, które z opowiadań Borgesa cenił najbardziej?
- Oczywiście. Nic prostszego: „Śmierć i busola”. – odparłem zupełnie naturalnie i z profesorską lekkością, po czym równie łatwo szedłem dalej, podczas gdy kelner stawiał na stolik butelkę jakby prosto z planu reklamowego, jeszcze kroplił się na niej szron. – Choć nie znamy uzasadnienia, dlaczego właśnie akurat to opowiadanie tak mu się podobało. Możemy tylko się domyślać, że z powodu doskonałej geometrycznej intrygi, bo niby z jakiego innego powodu?
Kolejny raz docenił mnie wzrokiem i zarobiłem trzeci punkt, a właściwie czwarty, wliczając drugie już piwo. Gradek postanowił chyba być ostrożniejszy.
- Odległość między klubem Gran Rex i La Fragatą daje się podzielić na równe odcinki poprzez poprowadzenie prostej ze wzgórza San Martin tutaj na Venezuelę 615. Niech pan tak zrobi, proszę pójść Floridą aż do wzgórza San Martin i sprawdzić samemu. Przy okazji rzuci pan stamtąd okiem na Retiro, jak Mistrz. Proszę dokładnie zmierzyć odległości. Proszę te odległości odnieść do tego mieszkania tutaj, na Venezueli. I nic więcej nie powiem, niech pan sam zapracuje na puentę.
- Jak to zapracuje? Liczyłem na puentę z pańskiej strony.
- Nic więcej nie powiem dzisiaj. Jestem zbyt pijany. – odniosłem wrażenie, że właśnie po to, by uwiarygodnić te słowa, przelał sobie chwilę wcześniej do gardła całą zawartość półlitrowej szklanki i natychmiast ją uzupełnił drugą połową swojego Quilmesa.
- To niedorzeczne, co pan mówi. To niedorzeczne, nic nie będę sprawdzać. – rzuciłem na stolik trzydzieści pesos, które spokojnie gwarantowały pokrycie rachunku wraz z hojnym napiwkiem. Miałem dość tych naciągaczy i miałem dość Gombrowicza. Miałem dość upału, miałem dość łażenia po mieście. Miałem ochotę na wielki stek z obojętnie której części krowy.
Saska Gradek również podniósł się ze mną - żeby podać mi rękę na pożegnanie. Przyjąłem i uścisnąłem, bardziej po to, żeby nie powodować eskalacji konfliktu, który już porządnie we mnie buzował niż po to, by wyrazić szacunek. Czułem się oszukany, naciągnięty, nie pierwszy raz tego dnia zresztą. Rozumiem, że naciągają biedni imigranci boliwijscy, albo nawet miejscowi, ale zostać naciągniętym przez Europejczyka? Czułem się oszukany w zbliżony sposób jak po przeczytaniu „Gombrowicz w Buenos Aires” tej Włoszki, Laury Pariani. Nadobietnica, zapowiedź odkrycia tajemnicy przekładu Ferdydurke w podtytule, a w środku pusto, sentymentalna bździna. Zresztą nie tylko ją winię, bo wydawcę również - rzucił tę książkę na polski rynek z tym koniunkturalnym, a nie prawdziwym tytułem. Ale Pariani winię za zawartość i za wycieranie sobie gęby Gombrowiczem. I tutaj podobnie - sytuacja byłaby czysta, gdyby Gradek po prostu poprosił mnie o kilka piw - pomilczelibyśmy, ciesząc się cieniem, albo nawet porozmawiali o drobnostkach. Jednak gwarantując sensację, sformułował coś w rodzaju transakcji, a ta w rezultacie okazała się nieuczciwa.
- Gdy pan sprawdzi, niech pan przyjdzie jutro. Niech pan przyjdzie. Mam powody przypuszczać, że Gombrowicz był w posiadaniu alefa podczas zamieszkiwania na Tacuari 242. Niech pan przyjdzie jutro po południu, opowiem panu więcej.
- Nie gwarantuję. – odpowiedziałem wymijająco. – Do widzenia.
- Ja mówię poważnie. Czy pan pamięta kiedy został wyburzony dom z alefem na ulicy Garay z opowiadania Borgesa?
- Jakoś w drugiej połowie 43 roku. – błysnąłem raz jeszcze, choć nie miałem już najmniejszej ochoty na dalszą rozmowę. Staliśmy nad stolikiem i ciągle potrząsaliśmy sobie dłońmi. – Pan wierzy w istnienie alefa?
- A pan nie wierzy? To niedorzeczne w niego nie wierzyć, że użyję pańskiego wcześniejszego określenia. – uśmiechnął się przyjaźnie i puścił wreszcie moją rękę. - Niech pan nie zapomni zastanowić się nad zbieżnością dat, to znaczy kiedy Gombrowicz wprowadził się na Tacuari i dlaczego w pół roku później pod osłoną nocy i nie płacąc rachunków uciekał stamtąd tak nagle. Może coś pan wymyśli. A jeśli pan nie wymyśli, to niech pan przyjdzie jutro.
- Do widzenia. – powtórzyłem i poczułem, że mam go z głowy na zawsze.
Ruszyłem Peru w kierunku stale magnesującej Corrientes. Najpierw po prawej minąłem lokal El Querandi również związany z Gombrowiczem, choć już z późniejszego okresu. Jest to kawiarnia z minimum dwudziestoma pięcioma stolikami, zajmująca cały róg kamienicy i wbijająca się głęboko w jej obydwa skrzydła. Obecnie stawia chyba na swą historyczność, bo założona w 1920 roku chwali się niezmienionym od tego czasu wystrojem - ciemną boazerią, kolumnami i ogromnym barem na końcu. Odnotowałem w głowie jej pozycję chyba nieco mechanicznie i równie mechanicznie postanowiłem nanieść po powrocie do mieszkania na uproszczony plan miasta, który posiadałem. Słowa Czecha zaczynały mnie powoli niepokoić, jednak jeszcze nie na tyle, bym świadomie myślał o zbudowaniu siatki łączącej Gombrowiczowskie punkty.
Za dostojnym pomnikiem generała Roki, bohatera walk z Indianami o południe kraju i dwukrotnego prezydenta Argentyny (nie wiem czy to czeski wpływ Saski Gradka i naturalnie wynikłego powiązania z Haškiem, ale natychmiast zauważyłem, że pomnik był obsrany, choć nie przez muchy, lecz przez wszechobecne w Buenos Aires gołębie) ulica Peru przechodzi w ulicę Florida. Tutaj zaczyna się turystyczny karnawał witryn i kawiarni. Banki, kioski, sklepy wielkich sieci, fastfoody i centra handlowe zgniatają ten wąski deptak z obu stron, jakby próbowały pochłonąć ludzi, i co nawet udaje im się w pewnym sensie. Nie ma lepszego opisu „Florydy” niż ten, który Mistrz schwytał w swym geniuszu w „Trans-Atlantyku”. W tym momencie pierwszy raz złapałem się na tym, że zaczynam myśleć o Gombrowiczu w sposób podobny do Gradka. Mistrz. Ale jak nie myśleć o Mistrzu w ten sposób, gdy przed oczami staje Florida i przed oczami staje niepełny powieściowy akapit: „(…) i dopiroż każden a to na Krawaty żółto -szare, modne za 5,75, a znowuż Trzeci z Żoną na dywan bordo z Dróbką za 350, czwarty na Klamry Angielskie za 99, piąty na maszynki albo wentylator, tamta na dezabil jedwabny z pianką, owa Buciki spiczaste podwójne Nelsońskie, ów Tytuń Fajkowy Perski Astrachański, albo Serwis, albo tyż Cynamon. Więc na walizkę Żółtą gemzowaną za 320 patrzą i mówią; co za walizka! — Ale też Kubeł za 85, także niczego, albo tyż ten Szlafrok, albo tamten Szpadel. — Ja bym te mycyne kupił za 7,20. — A ja ten sweater. — Mnie by się ten Termometr nadał, albo ten Barometr. — Zmiłuj się pan, a toż parasol ten z rączką zagiętą 42 kosztuje, gdy ja lepszy, angielski za 38 wczoraj oglądałem! I tak od sklepu do sklepu, to na to, to na tamto, Spoglądali i Mówili, a potem znowuż do innego sklepu i znowuż Mówi i Spogląda.”
Zmuszony do slalomu wśród święta zakupów rozciągniętego na prawie kilometr deptaka, wyszedłem wreszcie wprost na wzgórze Placu San Martin. Wszystko ucichło wokół, gwar handlu roztopił się - najpierw rozkołysał, wpadł w prostopadłą do Floridy aleję i w niej się zapodział. Pochował się w bakach i silnikach samochodów, przetransformował w zwykły ruch uliczny, a później dał się ugasić parkową zielenią. Park San Martin to zaplanowane z malarską lekkością alejki z rolki imitującej drobny bruk, przybite do wzgórza kamiennymi i drewnianymi ławkami lub seriami pomników . W kierunku północno zachodnim lekko opada w kierunku Retiro. Faktycznie, jest dokładnie jak pisał Grinberg, wierzę, że kładli się na zboczu w letnie popołudnia i fundowali sobie panoramiczny seans z życia dzielnicy. Białoróżowe palo borracho kwitną w tym miejscu z obfitością, której nie widziałem nigdzie indziej, a kopuły i dachy starych budynków poprzetykano najnowocześniejszymi z nowoczesnych wieżowców, statkami kosmicznymi o wielu skrzydłach i kanciastych dziobach. Obecnie nie widać już rzeki, została perfekcyjnie zasłonięta przez budynki, ale nie mam wrażenia, by krajobraz specjalnie ucierpiał. Zderzając beżowe figury starszej zabudowy ze szkłem i połyskującymi na srebrno konstrukcjami uzupełniono paletę o barwy i efekty wcześniej gwarantowane przez wodę.
Usiadłem na brzegu parku i zostałem w cieniu, póki słońce nie zelżało, a może nawet póki nie znikło całkiem. Nie zgodzę się za nic, że miejsce to przypomina Park Saski w Warszawie, już prędzej Park Ujazdowski z widokiem na Agrykolę. Grinberg, który nie znał Warszawy, musiał dać pierwszy punkt odniesienia, który podczas wizyty w Polsce przyszedł mu do głowy, ale to nic, pomyślałem, wszyscy jesteśmy po to, żeby robić korekty. Kultura to komentarze pisane do komentarzy, rewolucje są wyłącznie w rękach Mistrzów.
Do metra poszedłem Floridą. Tu nic się nie zmienia, po zmroku jest tylko nieco chłodniej i barwniej, bo sklepy są wciąż otwarte, rozświetlają się wielokolorowe tablice świetlne, a na sam deptak wkradają się kolonie żebraków, klownów, ludzi-posągów, muzyków ze wzmacniaczami i zgraje kłapiących szczękami alfonsów. Zanim zszedłem w podziemia metra, coś zmusiło mnie jednak do skrętu w prawo w Corrientes. Dwieście metrów dalej świecił na dwa piętra w górę pionowy i umieszczony prostopadle do ulicy neon Gran Rexa. Najważniejszy punkt z wszystkich punktów Mistrza, pomyślałem. Frontową ścianę pokrywał wielki jak kamienica brezent zapowiadający przedstawienie. Variete para Maria Elena głosił centralnie umieszczony napis, a wokół napisu tańczyły skąpo ubrane panie i wyginali się panowie w cylindrach. Nie, to nie panowie, przyjrzałem się lepiej kilkusetmetrowemu afiszowi, były to również panie, tyle że przebrane w smokingi i kapelusze.
Pomyślałem, że sprawdzę Gradka. Sprawdzę, czy to co mówił trzyma się kupy i policzę krokami odległość z Gran Rex do miejsca, w którym na rogu z San Martin mieściła się kawiarnia La Fragata. Policzyłem dokładnie, w jedną stronę wyszło mi 588 kroków, lecz żeby być jeszcze dokładniejszy zrobiłem test powrotny, tym razem padł wynik 586. Zapisałem te wartości w zeszycie. Wróciłem raz jeszcze i zmierzyłem w którym miejscu wypadła połowa czyli 293 kroki. Stałem pod drzwiami oznaczonymi numerem Corrientes 665, powyżej wisiała mosiężna tabliczka: Compaňa General de Construcciones. Zapisałem adres, a następnie dla pewności odmierzyłem tę samą liczbę (dokładnie 293) kroków do dawnej Fragaty. I co? – znalazłem się dokładnie przy wejściu do lokalu, który kiedyś był Fragatą.
Wróciłem czerwoną linią do mojej stacji Callao i już chwilę później w mieszkaniu dopadłem plan miasta. O nie, zdałem sobie sprawę głośnym jękiem: nie miałem linijki. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dziesiąta, co oznaczało, że na szczęście większość sklepów na Corrientes nie została jeszcze zamknięta. Wybiegłem jak szaleniec i nie później niż kwadrans byłem z powrotem - z ekierką, bo uznałem, że ten przyrząd posłuży lepiej i przyda się dodatkowo do wyznaczania kątów prostych.
Rozłożyłem plan miasta i położyłem się obok na plecach. Próbowałem ułożyć kolejność działań, jak geodeta na nowo odkrytej wyspie. Który brzeg połączyć z którym, jak wyznaczyć centrum, jaką zastosować skalę? Nie wiedziałem od czego zacząć, chociaż cały gotowałem się w środku z niecierpliwości. Przeczuwałem odsłonięcie tajemnicy Mistrza i choć nie chodziło mi przecież o to, żeby ogłosić ją światu, wiedziałem, że dotykam nie geometrii, lecz wyższej prawdy, która mogła zaprzeczyć, jakoby nasze życie było wyłącznie ślepym pasmem przypadków. Albo obojętnych, nie poddających się racjonalizacjom wyborów. Chciałem wierzyć, że są jednostki, które potrafią wznieść się ponad jarzmo chaosu, logicznie lub nawet instynktownie (dlaczego nie?) wybierając z dostępnych możliwości wyłącznie te, które sprawiają, że powstaje architektonicznie stabilna konstrukcja. Rzucić esencją w egzystencję jak rękawiczką. Pomyśleć, że osadzenie w planie miasta to ledwie wstęp, a dopiero później nastąpi przejście na inne siatki, których wymiarów jeszcze nawet nie znam. Które ta odkrywana podstawa geometryczna nie tylko przepowiada, ale i daje gwarancję ich obecności. I które też da się posiąść, schwytać i nimi rządzić.
Przekręciłem się na brzuch i złapałem ołówek i ekierkę. Pierwszą prostą poprowadziłem od Gran Rex do La Fragaty, czyli wyznaczyłem jako bazowy odcinek, który zmierzyłem już podczas spaceru przy pomocy kroków. Przeliczyłem milimetry na mapie na prawdziwe metry, używając mnożnika ze skali. Wyszło 441 metrów. Porównałem z liczbą kroków, okazuje się, że jeden musiał mieć średnio 75 centymetrów. Uznałem ten przelicznik za wiarygodny. Następnie wyznaczyłem środek odcinka i przeciąłem go w tym miejscu drugą linią, dbając o to, by krzyżowały się pod kątem prostym. Uzyskałem dzięki temu dwie prostopadłe. Spojrzałem na nowo powstałą i ręce zadrżały mi z niepokoju, bo jakież było moje zdumienie, gdy poprowadziłem linię dalej na południe – przecięła dokładnie miejsce, w którym stał dom na Venezueli 615! Pierwszy trójkąt był gotowy, gdy tylko połączyłem wierzchołki, La Fragatę i Rexa z Venezuelą. Każde z ramion miało dokładnie 1,16 kilometra.
Przeżycie dopiero się rozpoczynało. Połączyłem Rexa z linią biegnącą na północ miasta tak by miała tę samą długość 1,16 km, a następnie znów tę samą wartość pociągnąłem z Fragaty do powstałego nowego wierzchołka. Punkt wypadł dokładnie na zbiegu Placu San Martin, Placu Retiro i dworca, tak często odwiedzanego przez Mistrza! To niesłychane, to jak iluminacja, myślałem.
Miałem dwa trójkąty równoramienne. Powiedziałem pod nosem: Gradek, ty sukinsynu, znalazłeś szkielet. Ale wciąż tu jesteś, siedzisz tu dwadzieścia lat i wciąż to badasz, na pewno jest coś więcej. Inaczej wyjechałbyś, porzucił ziemię, na której łasisz się do obcych, by napić się piwa. A jednak wciąż tu jesteś!
Włączyłem komputer i wpisałem nazwisko Czecha w wyszukiwarkę. Nie zwróciła mi nic związanego z literaturą, żadnej informacji o pisarzu, same bzdety, jakąś firmę, sprzedającą artykuły spożywcze w Hradcu Kralove i listę uczestników kolarskich wyścigów krosowych, na której znalazł się jakiś Gradek, ale Ondřej, nie Saska. A może Sosenka, nie Gradek. Nie pamiętam, to było wczoraj i byłem jak w gorączce.
Postanowiłem zaryzykować z następną linią. Pierwsze, co przyszło mi do głowy to Bacacay, a niech będzie! Dlaczego nie? Pociągnąłem linie od Bacacay znów do Gran Rexa. W związku z tym, że Bacacay leży bardzo daleko od centrum, zamiast ekierki użyłem grzbietu zeszytu a4. Zrobiłem to trochę zbyt zamaszyście, bo kreska maznęła mi się dobry kilometr za Rex. Spojrzałem na ulice, które tam przecięła. Niemożliwe! Trafiła prosto w budynek na Tucuman 462, w którym mieścił się kiedyś Banco Polaco! Mistrzu - szepnąłem w duchu, a może wykrzyknąłem, chwytając się za włosy – przewidziałeś swoją ośmioletnią pracę w tym przybytku już na osiem lat przed jej rozpoczęciem i na podstawie dwóch tylko danych!!!
Zmierzyłem odległości. Odcinek między Banco Polaco a Rexem miał długość 1,07 km, a odcinek między Banco Polaco a Bacacay – 10, 49 kilometra! Nieświadomie już pocierałem sobie włosy obiema dłońmi w tę i z powrotem i drapałem się po całym ciele, ścigając ciarki. Dziesięciokrotność! Dokładna dziesięciokrotność, co to oznacza? I czy jest więcej zależności? Czy są jakieś inne? Na pewno są, serce łomotało mi i krew pulsowała w skroniach na tyle mocno, że byłem bliski omdlenia. Chciałem już przerwać, przełożyć, uspokoić się. Ale nie.
Tacuari!
Gradek twierdził, że tam Mistrz mógł mieć kontakt z alefem. Jedną rzecz sprawdzę i dość na dzisiaj. Mam czas, mam czas – powtarzałem sobie. Ile jest z Tacuari 242, z miejsca, w którym był kiedyś pensonat Auzamendi, a obecnie stoi najbrzydszy biurowiec świata (i drugi, prawie tak samo brzydki obok) do Rexa? Przeliczyłem – 882 metry! Dokładnie dwa razy tyle co z Rexa do Fragaty, 2 x 441!!! Dlaczego taka dokładność, co kryje się w tych wielokrotnościach? Spojrzałem w mapę, ale zobaczyłem już nawet nie figury, a bryły.
Albo zemdlałem, albo przeżyłem resztę wieczoru w transie. Nie wiem. Wstałem rano i zrobiłem szczegółowe notatki z całego wczorajszego dnia. Teraz pojadę poszukać Gradka w Kruppie na Venezueli, być może zechce coś odkryć przede mną za parę butelek piwa. Jeśli go nie znajdę, mam co robić. Najpierw zmierzę krokami te dziesięć kilometrów z Bacacay do centrum, do Rexa, do Fragaty, do banku. Później przejdę od każdego z punktów do każdego innego punktu. Trzeba to będzie zrobić dwukrotnie, żeby wykluczyć pomyłkę, i notować, cały czas notować, żeby nie zgubić żadnej wartości. Nieważne czy będzie upał czy nie.
Przeczuwam, że stoję twarzą w twarz z tajemnicą, ale nie widzę jej, bo wciąż mam przymknięte oczy. Choć ona jest jawna, ona nie ucieka. Chciałbym też policzyć piętra w każdym z tych domów i przynajmniej estymować odległości od pokojów Mistrza do wejściowych drzwi do budynków. To też może mieć znaczenie. Można je dodać do zestawień. Pewnie szybciej byłoby znaleźć alefa, jeśli jest jeszcze w tym mieście. To nic, to nic. Wobec alefa też będę uważny. Muszę sprzedać bilet powrotny. Tak, najlepiej dziś jeszcze, zorganizować się, podliczyć fundusze, mniej wydawać. Zacznę też robić codzienne rachunki. Oszczędność jest ważna, gdy nie wiem jak długo tu zostanę. Jest dużo pracy przede mną, dużo pracy.