Pamiętasz przyjacielu, jak dwadzieścia lat temu z małym kawałkiem, byliśmy młodsi niż jesteśmy teraz? Jasne, że pamiętasz. A wtedy, co nasza pamięć sięga, pamiętasz jak pięknie było grać w piłkę plażową nad morzem i w piasku się tarzać? Dziećmi byliśmy, tak. Ja wiem, że to dziecinne być dziećmi, ale czasem warto wspomnieć, bo przecież wspomnienia są takie… prawdziwe.
Leży martwe truchło, bo truchła nie zwykły być żywe. Leży te martwe truchło, rozczłonkowane. Jeden członek przy drugim, a członek męski, w sensie, że penis, tuż przy głowie. Tak wulgarnie leży te martwe truchło. I jeden chłopiec, lat dwadzieścia, mówi do drugiego chłopca, martwego, do truchła, też lat dwadzieścia, że fajnie było się bawić razem nad morzem. Choć nad morzem nigdy nie byli, ale ten pierwszy chłopiec nie wie, że nie byli, nie wie, że ma dwadzieścia lat, bo jest coś takiego jak pamięć urojona i te coś ten chłopiec ma w głowie.
Pamiętasz mój drogi, jak to w osiemdziesiątym czwartym chodziliśmy na rynek latem i zawsze tam były piękne kobiety w krótkich spódniczkach? Jak oglądaliśmy i podziwialiśmy? Jak nieraz nawet zdarzyło się jakąś podrywać, głównie bez skutku? Tak, piękne to były czasy. A teraz ty, głowa przy własnym członku, a inne członki tuż obok, jeden przy drugim rozczłonkowane. To ci los dosłownie spłatał figla.
Menzurka z wodą upadła pod nogi, zamoczyła buty chłopcowi, co mówi. On strzepnął, raz, drugi, zapiął rozporek, wytarł wodę z buta i mówi dalej. Opowiada o nieskończonych dziejach, bo gdy ktoś ma w głowie nieskończoną pamięć, to i dzieje się nie kończą. Kolejna historia jest o przedwojniu. Kolejna o związku bardzo nieszczęśliwym, bo związku radzieckim. Aż, w końcu, w tej chwili opowiada znowu o morzu, bo może, nie może inaczej.
Gdybyś ty, przyjacielu, nie stracił głowy. Może byśmy nad morze wyjechali. Może nawet, kto wie, znów uraczyłby nas los nrdowską piłką plażową. Może przy suchym dźwięku ITRu i mokrym piasku plaży byśmy znaleźli trochę z naszych dziecinnych fraszek. Teraz, gdy jakaś nieokreślona siła posuwa bestialsko moje lata – bo jestem przecie w latach posunięty – widzę jakie było interesowne życie przed. A przed czym, powiadasz? Ano przed śmiercią lęk odczuwam. Chyba każdy się boi, ja się lękam, to nie to samo mój drogi. Strach jest dynamiczny jak presto agitato w księżycowej Beethovena, a gdy wchodzi drugi motyw - podwójnych trioli, rozbija znaczenie akcentów o bruk kolejnej prymy, i kolejnej, kolejnej. Wywichnięte myśli oscylują między neuronami zdezorientowane. Adrenalina krąży po ciele… To jest strach, monami. Lęk w tym wypadku byłby rodzajem melancholijnego pogodzenia, ze sztafażem niemego buntu, na kształt adagio sostenuto. Kiedy nie wypada mi ruszać ciałem ze starości, moje myśli tańczą w rytm muzyki lęku.
Nienawidzę scherza przyjacielu. To morderstwo wszystkich sonat. Wyskakujące przez się synkopy rozstrajają naturalne odzwierciedlenie żalu, buntu i złości, trzech następujących kolejno po sobie stanów w ludzkim poruszeniu. Nikt się nie cieszy zanim przejdzie do agresji. Kto by odtańczył derwisza po zamordowaniu mu matki, a dopiero później mścił się na mordercach? No kto?!
Morze szeleściło we włosach martwej główki. Fale tłukły - zeszklony temperaturą kremacji - piasek martwych myśli. Rozczłonkowane truchło nie odpowiadało, i żal mu było braku możliwości jakiejkolwiek odpowiedzi. W istocie; jeśli martwi odczuwają cokolwiek, to na pewno żal. Otępiały przyjaciel nieboszczyka nałożył dostojnie kapelusz, z niejakim politowaniem popatrzył na ogień w krematorium i wyszedł. Za drzwiami rozciągał się ogromny widnokrąg ponurej szarości, która przez wzgląd na okoliczności zapomniała jak być błękitem. Ten krajobraz, to chyba mogło być morze. A może…
Paweł Paliwoda ur. 08.08.1988r. Zajmuje się literaturą czynnie i biernie. Debiutował na łamach kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa w lipcu bieżącego roku, gdzie pełni również funkcję redaktora w dziale prozy.