Jeden z eseistów międzywojennych - Bolesław Miciński sparafrazował twierdzenie Goethego, według którego klasyk to zdrowy, a romantyk chory, twierdząc, iż klasyk to „uzdrowiony chory”. Innymi słowy ktoś, kto swoją nadwrażliwość, emocjonalność, swój ból istnienia potrafi okiełzać i zamknąć w pięknej, dopracowanej formie, mówić coś bardzo osobistego, wręcz intymnego usuwając jednocześnie siebie na dalszy plan, zachowując dystans. Niekoniecznie przy tym musi chować się w różnego rodzaju maski, raczej korzysta z nich, aby za ich pomocą powiedzieć więcej, prawdziwiej, bardziej uniwersalnie. Miciński - nie chcę oceniać na ile słusznie - szukał w utworach klasyków tego ognia, który aż raził u romantyków. Jego poglądy, jego ideał poezji przypominały mi się jednak nieustannie podczas lektury tomiku poetyckiego Marzeny Brody Prawo brzoskwinki do gromu. Zachwyca on delikatnością i wyrafinowaniem. Ta poezja jak gdyby rodzi się z przeciwieństw, godząc ze sobą różnego rodzaju sprzeczności. Łączy ogromną emocjonalność z dystansem, precyzję z subtelnymi niedopowiedzeniami, piękną, wypracowaną (często oszczędną) formę z treścią wręcz kipiącą, wylewającą się z tych klasycznie ukształtowanych wersów.
Podmiot liryczny tych wierszy jest tyleż wnikliwą obserwatorką, co kimś utożsamiającym się z opisywanym człowiekiem, przedmiotem, zdarzeniem. Za każdym razem stara się nazwać coś, czyli zaczarować, stworzyć od początku na potrzeby wiersza. Ta poezja zdradza z jednej strony ogromne otwarcie na świat, wręcz chłoniecie wszystkiego wokół wszystkimi zmysłami, z drugiej pewien przekorny introwertyzm, dystans, obserwowanie wszystkiego z pozycji nadwrażliwego, ale też pogodzonego ze światem outsidera.
Autorka nie boi się poruszać tematów starych jak świat, często sięgając po zdawałoby się zużyte, skostniałe toposy. Pokazuje jednak, że i w nich można znaleźć coś nowego, szukać prawdy i wykorzystać je inaczej, unikając banału, a wręcz przeciwnie-pokazać, iż owe toposy, motywy tak często spotykane w tej starszej poezji, że obecnie niemal nikt ze współczesnych poetów ich nie używa, pod piórem wytrawnej mistrzyni nabierają nowych sensów znaczeń. Chodzi tu przede wszystkim o opisy przyrody. Tytuł świetnie oddaje ich rozpiętość tematyczną -od szczegółu, drobiazgu, reprezentowanego przez brzoskwinkę, a także w innych utworach ćmy, latawce, lodowe okruchy i różne słodkie drobiny, po grom-żywioł, zjawisko nadprzyrodzone, tajemnicze i wielkie w porównaniu z brzoskwinką, zjawisko, któremu bliżej do absolutu, ogółu, kosmosu. Jednakże już tytuł w jakiś sposób stawia znak równości między pozornie wielkim i pozornie małym, a co więcej - zauważa prawo, więc zarazem możliwość tworzenia, współtworzenia tego co wielkie, nieodgadnione przez coś pozornie małego, nieistotnego.
Brzoskwinka…kilka lat temu Julia Hartwig zredagowała antologię amerykańskiej poezji kobiet zatytułowaną Dzikie brzoskwinie. Zastanawiam się w jakim stopniu koresponduje z nim wiersz Marzeny Brody, od którego wziął tytuł jej tomik. Utwór ten uwypukla pewną podwójność tego owocu-z jednej strony szlachetnego, smakowitego, z drugiej właśnie półdzikiego. Może brzoskwinka symbolizuje kondycję poety/poetki we współczesnym świecie? A jednocześnie, jak gdyby przy okazji kondycję człowieka, podwójne znaczenie każdego stanu, doświadczenia, jego dobre i złe skutki. Brzoskwinka mówi o sobie dojrzewam gnijąc w słońcu. Przy tym wszystkim wiersz jest ironiczno-żartobliwy, przez co burzy wszelki możliwy patos i trochę odbiega od monumentalizmu wielu innych utworów z tego tomu.
Pisałam w związku z brzoskwinką o pewnej podwójności. Podwójność jest bardzo przypisana do tej książki. Chwilami występuje właśnie w postaci znaczeniowych antynomii, sprzeczności, innym razem wynika z pewnego utożsamienia się, przeglądania się w lustrach, w wodzie, także w ludziach (tych obrosłych legendą i tych prawdziwych lub nie, ale z pewnością po raz pierwszy opisanych, utrwalonych w tych wierszach), w przedmiotach, przyrodzie, także oczywiście we własnym wnętrzu. Jeżeli są to wyprawy do krainy czarów, to trzeba przyznać, iż podmiot liryczny bardzo świadomie je odbywa. Zna mapę wybieranych przez siebie krain i wie jaki cel chce osiągnąć podczas każdej z podróży, nic nie pozostawiając przypadkowi. Zawsze wie czego szuka i zawsze to odnajduje, nie błądzi po swoich krainach. Szukając swego odbicia w czymkolwiek, kimkolwiek, podmiot liryczny odznacza się ogromną empatią. Właśnie, jak zauważyłam na początku, nie są to maski, za którymi można się ukryć, ale wcielenia, możliwości w jakiś sposób bliskie, czy mogące stać się bliskimi. Pokazać, nazwać równa tu się przeżyć, utożsamić się-choćby na użytek jednego wiersza. Być może to sposób na zwrócenie długu światu poprzez ciągłe utożsamianie się z nim, a zarazem stwarzanie go na nowo. Często bardzo inaczej, niż jesteśmy przyzwyczajeni.
Przeglądając się w dwóch obrosłych legendą twórczyniach- Virginii Woolf i Safonie (warto przy tym zauważyć, że wiersze im poświęcone dotyczą ich ostatnich chwil, tuż przed samobójczą śmiercią) poetka uwypukla ich ludzkie, niemal uniwersalne cechy, zwyczajne emocje mogące towarzyszyć ich ostatnim chwilom. Nie są to elegie, nokturny, raczej próby dostrzeżenia zwykłego ludzkiego strachu, niepewności u artystek podziwianych, będących ikonami kultury.
Rozglądała się, aby coś sobie przypomnieć,
Resztki życia, na które straciła apetyt Inaczej w utworach dotyczących zwykłych, zdawałoby się przeciętnych ludzi, przemawiających niekiedy w pierwszej osobie, innym razem będących bohaterami wiersza. Tu widoczny jest nacisk na dostrzeżenie w nich niezwykłości, wielkości mimo pospolitych, niekiedy wręcz farsowych problemów, tragedii, będących ich udziałem.
Gdy ty patrzyłaś przed siebie, ale jakby w głąb
Tej tajemnicy, którą nosiłaś w sobie, a która
Sprawiła mi ból tym, że kazała ci sięgnąć
Po cudze. Podobnie pisze poetka o wszelkich zjawiskach, elementach przyrody-o tych zdawałoby się drobnych-nadając im ogromną rangę, znaczenie, dostrzegając ich niezwykłość. (…) zagdakały kury, /gdakaniem jakby nie z tego /Świata, w którym były O tych pozornie wielkich, nieprzeniknionych z pobłażliwym uśmiechem, pełnym wyrozumiałości i akceptacji. Wstrząsające swym spokojem góry,/Jesteście tak wysoko, lecz tam być nikt nie chce (…) /Zakorzenione w niebie pewnie nie słyszycie,/Jak wysiewają się trawy Być może to jeden z kluczy do tego tomiku?
Warto jeszcze zwrócić uwagę na inny aspekt podwójności. Łączące się z miłością, przyjaźnią postrzeganie świata w imieniu dwojga bliskich sobie ludzi. Właściwie nie zawsze ludzi, można przecież wspólnie postrzegać go chociażby z ćmą, obłokiem. Wspólne doświadczanie świata jest jakieś pełniejsze, albo po prostu inne niż pojedyncze, indywidualne. Te lustra, w których podmiot liryczny zdaje się przeglądać zmieniają się co jakiś czas w okna, pozwalające dostrzec innych, inne. A może raczej siebie we wszystkim wokół? Częściowo na pewno, ale warto pamiętać, że ja liryczne tej poezji skromnie usuwa się na drugi plan, eksponując jej bohaterów-czy to ludzi, czy świat, czy wszechogarniającą przyrodę.
Wiersze Marzeny Brody w pewien sposób przypominają mi impresjonistyczne fotografie. Pozornie zdają się być statyczne, zatrzymane, ale tak naprawdę są utrwaleniem czegoś bardzo migotliwego, chwilowego. Nawet jeżeli dotyczą rzeczy pozornie niezmiennych, kojarzących się raczej z pewną stałością, statycznością, to pokazują je w momencie jakiejś drobnej przemiany, jak gdyby łapią je na tejże przemianie, tak oczywistej, że zdawałoby się nieistotnej, często niemal niezauważalnej.
Pisałam, że ja liryczne tych wierszy usuwa się na drugi plan, pozostając wnikliwym, wrażliwym obserwatorem. Właśnie owe doświadczenie świata, istnienia odbywa się w dużej mierze poprzez wzrok, subiektywne spojrzenie na wszystko-obserwację, dostrzeżenie, zauważenie, wyśledzenie. Bardzo często pojawia się w tej poezji oko, jako coś czułego, delikatnego, zdolnego do recepcji świata, a przy tym coś będące lustrem, małym subiektywnym odbiciem kosmosu, jednym ze sposobów jego chłonięcia. Oko potrafi kwitnąć, umierać, jednocześnie pusto w nim, że tylko na rozświetlonej ścieżce w lutym może być puściej. Czy to dlatego, że oko potrafi tylko odbijać to co widzi, samo w sobie nic nie zawiera? Jeden z pierwszych wierszy Po stronie lustra, nie będący jednak jakaś relacją z wyprawy Alicji, będący natomiast utożsamieniem się z tym przedmiotem, pisany jakby z punktu widzenia lustra jest być może rodzajem creda poetyckiego tego zbioru. Możliwe, iż lustro-przewodnik nieskończoności, wstęp do niej, miejsce, gdzie czas zastyga to także poezja? Poezja mająca wiele twarzy, ciągle czekająca na nowe z otwartym na oścież wnętrzem? Tego nie jestem pewna, wiem natomiast z całą pewnością że poezja ta potrafi zaczarować, oczarować, sprawić, że chcemy się w niej przejrzeć, gdyż doświadczenie to czyni nas bogatszymi wewnętrznie, a wszystko wokół lepszym.