Oto w końcu zabrzmiały dźwięki z długo oczekiwanej przez wielu płyty Depeche Mode, jednego z czołowych zespołów elektronicznego popu. „Sounds of the Universe”, bo tak nieco ironicznie nazywa się nowy krążek, w intencji twórców miał być albumem totalnym, eksponującym nieszablonową rozmaitość brzmieniową zespołu. Czy intencje twórców przełożą się pozytywnie na odbiór słuchaczy? Ja przynajmniej jestem pełen wątpliwości.
Od promocji albumu minęło trochę czasu, zdążyłem więc już dokładnie obtaczać go w przysłowiowej „panierce słuchalności”, moje ucho zwiedziło zakątki tego dzieła wzdłuż i wszerz i powiem szczerze: czuję się głęboko zawiedziony… Ten długo wyczekiwany album miał być bowiem dla mnie podsumowaniem dotychczasowych wieloletnich dokonań zespołu. Po „Playing the Angel” produkowanym zresztą przez tego samego człowieka – Bena Hilliera, oczekiwałem stylowej kontynuacji z tendencją do jeszcze większej wrażliwości twórczej. Tymczasem produkt spod znaku „Sounds of the Universe” okazuje się, choć wyrafinowany w swej dźwiękowości, raczej niezbyt udany pod względem formy. Dlaczego tak się stało?
Przygotowując nową płytę, Martin Gore postawił tym razem prawie wszystko na jedną kartę i zdecydował, powracając do przeszłości zespołu, nagrać utwory w trybie prawie całkiem analogowym: żywe gitary, bębny i tak egzotyczne instrumenty w stylu retro jak chociażby theramin czy tronichord (tak!), które nałogowo zresztą nabywał na portalu Ebay. Tak całkiem analogowo zaczyna się właśnie „In Chains” – dźwięki dostrajanych instrumentów elektronicznych przerywa świetny od wielu wielu już lat głos Dave’a Gahana. To z pewnością jedna z najznakomitszych chwil tej płyty. Nieco dalej jest sarkastyczny „Wrong”, który jako jedyny utwór z tego krążka ma aspirację do bycia kapitalnym przebojem, a jeszcze dalej znajdziemy melodyjny i żwawy „Fragile Tension”, przypominający dobre momenty płyt takich jak „Construction Time Again” czy „Some Great Reward”. O dalszej części uniwersum dźwiękowego Depeche Mode wolę już tylko zamilczeć, osadzona została bowiem w jakimś niezrozumiałym dla mnie słodkawym i nudnawym nastroju („Little Soul”, „In Sympathy”, „Perfect”). „Peace” masywnością brzmienia mógłby jeszcze ratować tu honor, gdyby nie to, że nie wzbudza jakoś do końca tej charakterystycznej depeszowej ekscytacji. Nawet „Miles Away” z ostrym riffem, autorstwa Dave’a Gahana, choć nieco wybudza z tego mizernego nastroju, to nosi znamiona braku dobrego pomysłu na rozwinięcie tematu wałkując w kółko te same dźwięki. Na tle tych utworów liryczny i przepiękny „Jezebel” – prawdziwy rarytas, na który tylko czekam słuchając tej płyty – odstaje zdecydowanie od wszystkich innych kompozycji, uwyraźniając jeszcze bardziej ich mizerność. A dalej? Dalej jest już tylko przeciętny „Corrupt”, którego dźwięki przypominają wariację riffu z „Personal Jesus” i koniec… Czy kilka dobrych utworów na kilkanaście zaproponowanych, to nie za mało? Skąd we mnie to wrażenie niedosytu i niespójności?
Jak się okazało zespół przygotował ponad 20 nowych utworów, z czego 13 znalazło się na płycie. Resztę na zasadzie dziwnego wyboru upchnięto na specjalne wydawnictwo „Deluxe Box Set”, na którym znalazły się też wersje demo, „remixy i wariacje na temat. Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem „Light” – to jest właśnie tonacja i wrażliwość twórcza godna miana Depeche Mode, nie jakieś tam prymitywne „Hole to Feed”, „Come Back” czy „Little Soul”! Jeszcze większym zdziwieniem było spotkanie z przebojowym „Oh Well”, który przecież z powodzeniem mógłby dodać rumieńców płycie „Sounds of the Universe”, czy też „Ghost” – ukazującym spektrum świetności wokalnej Gahana oraz charakterystyczny dla zespołu nastrój mrocznej tajemniczości. Dlaczego utworów tych nie umieszczono na płycie nie wiem, w każdym bądź razie myślę, że był to błąd największy.
Czy ta nieszablonowa rozmaitość brzmieniowa, o którą tak zabiegali panowie z Depeche Mode wraz z Benem Hillierem nie naruszyła aby całokształtu pracy, okazując się w konsekwencji sztuczna i monotonna? Połączenie stylu retro z cyfrowymi nowinkami nie wypadło w tym wypadku na dobre. Depeche Mode od wielu lat był dla mnie bowiem zespołem –zagadką, za to go bardzo ceniłem. Przebojowe i niespokojne w brzmieniu albumy o dość zwartej formie zawsze robiły wrażenie profesjonalizmu. Tym razem zaskoczyłem się jednak za bardzo. Przyznaję, wolę materiał bardziej zorganizowany, przewidywalny, spójny, mierzony tajemniczymi dźwiękami albumu „Violator”, przepięknymi melodiami płyty „Ultra” (to dziwne, że uznanego przez Dave’a Gahana za wypadek przy pracy!), czy subtelnościami harmonicznymi „Exciter”. Uniwersum, w którym zostałem przez Depeche Mode tym razem umieszczony jawi mi się jako świat niestały, niekompletny, niespójny, mało inspirujący. Trudno mi naprawdę uwierzyć w dźwięki tego uniwersum.
Depeche Mode – Sounds of the Universe
Mute/EMI, Premiera: 20 kwietnia