Jest dużo miejsca. Przestrzennie. W tej stronie, w pomieszczeniu, tutaj, moje “teraz” odrywa się od przeszłości. Gładka tkanka myśli. Medytacja pralna. Nie ukradłem nic w sobie, albo nie pamiętam. Kiedy nikt mnie nie widzi, chodzę na czworakach. Wtedy mogę.
Myśli już oswojone, grzecznie na zewnątrz, moje. Myślą się między nogami (i w klatkach) ze skóry i kości, tulą w szumie urządzeń (w cieniu) po wygasłej rękojmi. Płaskie momenty, ociekające. I Ciebie w ten sposób nie ma. Ciebie już poukładałem, skatalogowałem dawno, zakłóciłem sytuacją, jedną po drugiej, jak pustymi kanałami w telewizorze, z braku Pay-TV. Uciekłem.
W machinalne pieszczoty – dać się uwikłać. Brak takiego hasła w cenniku egipskim, sennym artefakcie z okresu po... Wielokropki nie śnią mi się więcej, więc to prawda, ale bez znaczenia. Brak ubrań i tatuaży. Fryzura nic nie znaczy, choć wrasta do głowy, pod kości, do mózgu. Tylko jej używam, jak gąbki toaletowej, piłeczki antystresowej, płynu zmiękczającego do ubrań. Nie jestem spostrzegawczy, patrzę w jeden punkt. 1:0. Bez ubrań.
Ale pragnąłem bardzo nabić w żyły ten płyn. Bez krwi - mieć tylko płyn. Kwiaty i łąki, zapach garden fresh, by miękkości tamtych ubrań płynęły mi w żyłach przez nos, przez ciasne gardło do płuc. Tylko morski błękit. Lub bryza, wolno płynąca. Sukienka, nad wiatrem w pachnącej trawie.
Teraz się skrapla. W ciszy. Gdyby nie szum, toby echo.
Michał Prochownik - rocznik '73, z wykształcenia jestem politologiem, mieszkam i pracuję w Chorzowie. Pro Arte, Esensja, Nieszuflada