Łuuup!
Drewniane drzwi ustąpiły pod naporem jego ramienia.
- Co tu się, do kurwy nędzy stało?!?
Cisza.
Piotrek rozejrzał się po pomieszczeniu. Był tu już wcześniej i za każdym razem zachwycała go ta rekonstrukcja rzymskiej villa rustica. Atrium, w którym się znajdował było szczytem doskonałości. Te szlachetne proporcje, zimny chłód marmuru. Otwarte na złociste promienie porannego słońca, beztrosko igrające w załamaniach bryły. Impluvium z krystalicznie czystą wodą. Wygodne siedziska, kryte szkarłatnym suknem, zapraszały aby na nich spocząć. Zdziwił go widok szkaradnej maski o wykrzywionej wściekłością twarzy, groteskowo zniekształconych rysach i płonących szaleństwem oczach, wiszącej na ścianie. Wisiała tam ni przypiął, ni przyłatał. Mąciła szlachetną prostotę tego miejsca. Krzykliwe kolory i ogromny szmaragdowy pióropusz odcinały się od marmuru. Podobnie jak krew otulająca posadzkę purpurową warstewką. Niestrudzenie torowała sobie drogę po załamaniach kamienia. Opływała leżące na nim nagie ciała. Sami młodzi ludzie. Chłopcy w skąpych przepaskach na biodrach, z ciałami pomalowanymi w przedziwne, czerwono-białe wzory, biegnące od stóp, aż do czaszki. Każdy z nich w masce zakrywającej twarz, podobnej do tej wiszącej, ale mniejszej i bez piór. Piotrek podszedł do jednego z nich i aż go zatrzęsło z obrzydzenia. Martwi nie byli pomalowani czerwoną farbą – byli obdarci ze skóry! To co wziął za misterny deseń, było splotem gołych mięśni i widocznych gdzie niegdzie kości. Odwrócił wzrok i spojrzał na najbliżej leżącą dziewczynę. Na szczęście miała skórę. Leżała na jednym z siedzisk. Długie blond włosy nurzały się w kałuży krwi. Twarz, bez maski, zastygła w grymasie rozkoszy. Objął wzrokiem jej ciało. Okrywał ją jedynie misterny wisior z różnokolorowych paciorków, zwężający się przy dekolcie i sięgający do pępka. Nogi miała rozchylone. Piotrek zauważył ślady aktu seksualnego. Podobnie było u pozostałych dwóch dziewczyn. No tak, pomyślał chłopak, orgia jak się patrzy. Tylko ci faceci bez skóry...
Dostrzegł kręte schodki. Wbiegł po nich i spojrzał w dół. Siódemka młodych ludzi tworzyła krąg. Leżeli na przemian – chłopak z dziewczyną. Ósmy, niejako brakujący, element tworzył ołtarz, nad którym wisiała ta duża maska. Mężczyzna wpatrywał się jak urzeczony w mozaikę, jaką tworzyły kałuże krwi, nagie ciała, kolorowe paciorki, chłodny marmur i złote czarki, walające się między ciałami. Czarki? Piotrek zbiegł na dół. Faktycznie, na podłodze leżało siedem czarek. W jednej znajdowało się trochę ciemnoczerwonego płynu. Podniósł ją i powąchał. W nozdrza uderzył do mdły zapach krwi, zmieszanej z jakimiś ziołami i alkoholem. Drżącą dłonią sięgnął po komórkę.
- Halo?
- Krzysiek?
- O, Piotrek! Jesteś tam? Co się stało? Jak to wygląda? Dawaj wszystko co masz.
- Kurwa, to wygląda jak ilustracja z „Upadku Brek Zarith” skrzyżowana z jakimiś rytuałami seksualno - religijnymi.
- Nie pieprz! Serio?
- Serio. Zaraz się porzygam od tego smrodu.
- Hmm, a to nam się casus trafił. Może ktoś chciał wzbogacić Van Hamme’a i Rosińskiego?
- Możliwe. Przysyłaj chłopaków niech zrobią z tym porządek. Ja strzelę parę zdjęć i zabieram się z nimi.
- Spoko. Dzięki, że się tym zająłeś.
- Nie ma za co. Do zobaczenia.
- Trzymaj się.
Piotrek jeszcze raz ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Z westchnieniem wyjął aparat. Obszedł wszystkie ciała. Spostrzegł, że każda z dziewczyn ma przecięte żyły na przedramionach. Ech, jakby mała jatka tu była. Jeszcze Rzymian brakowało, myśli goniły jedna drugą. No, nareszcie! Są chłopcy. Wyszedł, cicho zamykając drzwi.
*
Ania poruszyła się pod kołdrą. Promienie słoneczne całowały jej delikatne policzki, jakby chcąc ją obudzić. Dziewczyna otworzyła wreszcie zaspane oczy. Uśmiechnęła się i zrzuciła z siebie kołdrę. Dziś jest bardzo ważny dzień, pomyślała. Jej Tomeczek ma zaprezentować na uniwersytecie swoją pracę na temat wierzeń w Ameryce Prekolumbijskiej. Powinna być z nim w takiej chwili. Zresztą, nie tylko ona. Leszek, Bartek z Elą i Marcin z Asią też mają się stawić, aby wspierać Tomka duchowo. Już się umówili, że po prezentacji pójdą świętować. Albo zalewać robaka. Szybko odpędziła tę drugą myśl. Wzięła szybki prysznic i zaczęła się ubierać. Do jej urody porcelanowej laleczki pasowała większość kolorów. Miała jasną cerę, ogromne błękitne oczy i długie włosy w odcieniu platynowego blondu. Spojrzała na zegarek – dochodziła 12. Nieźle pospałam, uśmiechnęła się do lustra. Włożyła niebieską sukienkę w kolanko, podmalowała się i wyszła z domu.
*
- Brawo!
- Super ci poszło!
- Oblewamy ten sukces jak nic!
Nieco oszołomiony Tomek odbierał gratulacje od rozpromienionych przyjaciół. Jego praca została przyjęta bardzo dobrze. Już niemal miał to stypendium. Obok niego stała kobieta jego życia, a przyjaciele wiwatowali na jego cześć. Czuł, że zaczyna nowy okres swojego życia. Był cokolwiek zmęczony, ale uśmiech triumfu nie schodził mu z twarzy.
- Teraz pora na świętowanie! – krzyknął do swojej gwardii.
- Popieramy! – odkrzyknęli chórem.
Grupa przyjaciół, śmiejąc się i przekomarzając, ruszyła za bohaterem dzisiejszego dnia. Nie zauważyli pary czarnych jak węgiel oczu, które śledziły ich od momentu wyjścia Tomka z auli uniwersytetu.
*
- Ciiiiiiiiiiiiii.... Wskakujcie.
- No wiesz ty co? – rozległ się szept Eli
- Co?
- Jak nas tu złapią, to mamy przechlapane!
- Cicho bądź! – rozległ się pełen złości syk. – No risk, no fun. Jak nie chcesz, to ja cię nie będę zmuszał.
- Dobra, spokojnie.
- Nie kłóćcie się – szeptem powiedział Leszek. – To mienie państwowe, więc my też mamy prawo z niego korzystać. Posiedzimy chwilę, popijemy i zmykamy.
- Właśnie. Elka, nie malkontenć.
- Wszyscy są? To wchodzimy.
Siedem cieni przebiegło przez trawnik i dopadło drewnianych drzwi. Bartek pomajstrował przy nich wytrychem i już byli w środku. Szybciutko przeszli przez przedsionek. Marcin zapalił kaganki, znajdujące się na kolumnach i...
- O kurcze! – z ust dziewczyn wyrwał się okrzyk podziwu. – Jak tu pięknie!
Rozglądały się z zachwytem po pomieszczeniu. Wiedziały, że archeolodzy z uniwerku chcieli zrekonstruować rzymską willę na podstawie zachowanych ruin, ale nie zdawały sobie sprawy, że aż tak przyłożą się do roboty. Chłopcy tymczasem rozkładali prowiant. Zadowoleni zauważyli, że były nawet siedziska z brązu kryte suknem.
- No no! To się krety postarały.
- Skąd wiedziałeś, że to już jest prawie gotowe?
- Ma się swoje wtyki na archeologii – uśmiechnął się Tomek. – Ale, ale, drogie panie, dość tego bezproduktywnego gapienia się. Podano do stołu!
Młodzi ludzie wygodnie rozsiedli się na szerokich siedziskach. Tomek wyjął czarki i dzbany z winem.
- Niby się grzebiesz w tych kultach prekolumbijskich, ale zachcianki masz jak rzymski patrycjusz – roześmiała się Ela.
- Cóż – uśmiechnął się Tomek – czasem mam dość krwiożerczości swojego konika. Komu nalać?
Napełnił wszystkie puchary i wzniósł toast za zebranych tu ludzi. Słodkie wino rozeszło się po ciałach łagodnym ciepłem.
Nagły podmuch wiatru zgasił kaganki. Zapadły egipskie ciemności. Jak na komendę wyjęli komórki i przy ich świetle zaczęli zapalać knoty. Po chwili wszystko wróciło do normy.
- Proponuję napić się za udane połączenie rzymskiego luksusu z nowoczesnymi technologiami – roześmiał się Marcin. – Zdrówko!
Spełnili toast. Ania jako ostatnia. Ledwie poczuła smak napoju, już widziała, że coś jest nie tak. To nie było to samo wino. Napój, który wypiła czuć było alkoholem, ale miał dziwnie mdły smak. Mdły jak, jak krew! Poczuła przejmujące palenie w żołądku. Przed oczyma latały mroczki, a wszystko dookoła wirowało. Zacisnęła zęby by nie krzyczeć z bólu, jaki nagle poczuła w brzuchu. W głowie miała diabelski młyn. Neonowe barwy i groteskowe kształty tańczyły pod powiekami. Słyszała, przerażający w swej prostocie, rytm wybijany na bębnach. Ból przenikał każdą tkankę jej ciała. Pod zębami poczuła krew z rozciętej wargi. Jej ciało zaczęło konwulsyjnie się wyginać, a oczy zapadły się w głąb. Nagle wszystko ustało. Popadła w odrętwienie.
Nie wiedziała ile trwał ten stan. Otworzyła oczy gdy usłyszała przerażające wrzaski. Poczuła na szyi chłód ciężkiego naszyjnika. Zobaczyła, że nad nagą Aśką pochyla się jakiś smagły, czarnowłosy mężczyzna. Skupiła wzrok. On ją gwałcił! A ona nawet nie krzyknęła, tylko poddawała się mu z wyrazem ekstazy na twarzy. Poruszyła się. Odwróciła głowę, chcąc zobaczyć Tomka. Krzyk przerażenia wzbił się w powietrze. Chłopak leżał obok niej. Miał na twarzy przerażającą maskę i wąską przepaską na biodrach. Żył jeszcze. Pozbawiony skóry. Krew tryskała z każdego centymetra jego ciała, obryzgując podłogę i wszystko dookoła. To z jego ust wydobywał się ten przeraźliwy skowyt, który ją ocucił. Chciała wstać, odsunąć się, cokolwiek. Nie mogła się poruszyć. Spojrzała na mężczyznę. Teraz stał nad Elą. Aśka się nie poruszała. Zastygła w bezruchu z grymasem rozkoszy na twarzy, a z jej przedramion spływały purpurowe wstęgi krwi. Po chwili ten sam los spotkał Elkę. Przerażona Ania spostrzegła, że oprawca zbliża się do niej. Już się nad nią pochylał. Dostrzegła ogromne, czarne jak węgiel oczy i w następnej sekundzie czuła jak wchodzi w nią mocnym, szybkim ruchem....
*
- Co o tym myślisz?
- Dziwna sprawa. Ten napój, którego resztki przyniosłeś wygląda mi na azteckie octli.
- Czyli?
- Octli to napój produkowany ze sfermentowanego soku agawy amerykańskiej. Kapłani azteccy doprawiali go krwią swoich ofiar. Wierzono, że pomaga w skontaktowaniu się z bogami. Podobnie zresztą jak tytoń.
- No dobra, ale im musieli dosypać do tego jakichś prochów, bo inaczej nie dałoby rady tak ich urządzić.
- Nie sądzę. Kontaktowanie się z bogami właśnie na tym polegało. Octli „bez domieszki” jest wystarczająco halucynogenne.
- Ktoś to jednak musiał zrobić...
- Właśnie. Ktoś... Nie było żadnych odcisków?
- Nie.
- Śladów spermy?
- Zero. Za to sporo krwi. Ale należącej do tych dzieciaków.
- Hmm, siedmioro studentów włamało się na teren prac archeologicznych uniwersytetu, popili się, okay, to jeszcze rozumiem. Ale obdzieranie ze skóry, gwałt, morderstwo, brak śladów... Dziwna sprawa.
- Dziwna... – jak echo powtórzył Piotrek
*
Do ciemnego pawilonu, obstawionego przez radiowozy, wślizgnął się smagły, czarnowłosy mężczyzna. Szybkim krokiem podszedł do ołtarza i zabrał wielobarwną maskę z pióropuszem, którą zostawiła policja.
- Huitzilopochtli – wyszeptał i rozpłynął się w ciemności.
Magdalena Wosiek - Pochodzę z Lubelszczyzny, a konkretnie z okolic granicy polsko-ukraińskiej. Mam prawie 21 lat. Studiuję filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje mnie historia, literatura i antropologia (to ostatnie dopiero u mnie raczkuje). Uwielbiam pisać i słuchać przy tym muzyki.