Poemat grozy anime
Sebastian Chosiński "Nie jesteśmy ludźmi przebranymi za psy. Jesteśmy wilkami przebranymi za ludzi. (…) Nawet ubrany w ludzką skórę i żyjący pomiędzy ludźmi, wilk pozostanie wilkiem." ("Wilcza Brygada") Japońskie filmy anime cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Trafiają już nie tylko do komercyjnych stacji telewizyjnych, ale także coraz chętniej dystrybutorzy decydują się na wprowadzanie ich do kin. Niestety, nie ma chyba już większych szans na to, aby tą drogą pokazana została polskiej widowni "Wilcza brygada" Hiroyukiego Okiury. Od jej powstania minęło już bowiem dziewięć lat. A szkoda, ponieważ to pod wieloma względami film wybitny. "Sekta" rewolucyjna Akcja obrazu Okiury rozgrywa się… w dziesięć lat po Wielkiej Przegranej. Nawet gdybyśmy uznali, że owa Wielka Przegrana ma symbolizować klęskę Japonii w II wojnie światowej ("wymuszoną" jedynie użyciem przez Amerykanów broni jądrowej - w przeciwnym wypadku Japończycy mogliby utrzymywać swój stan posiadania na Dalekim Wschodzie i w Azji południowo-wschodniej jeszcze przez kilka dobrych lat, skutecznie przeciwstawiając się militarnej potędze Jankesów i ich sojuszników) - to Kraj Kwitnącej Wiśni przedstawiony w "Wilczej Brygadzie" trudno uznać za jego odwzorowanie anno domini 1955. Stwierdzić zatem należy, że nawiązanie do czasów herbertowskiej "Drugiej Apokalipsy" jest rzeczywiście czysto symboliczne i ma jedynie za zadanie psychiczne oddziaływanie na japońskich widzów. Mamy w filmie bowiem do czynienia ze światem przyszłości - to przynajmniej sugerowałyby nowinki techniczne, aczkolwiek, uczciwie przyznać trzeba, ich rola sprowadzona została do niezbędnego minimum. Kraj, izolowany na arenie międzynarodowej (dla Japończyków to chyba nie nowość?), popada w gospodarczą degradację. Przeludnione miasta, kryzys, rosnące bezrobocie prowadzą do niepokojów społecznych. Coraz większą popularność zdobywają w społeczeństwie partie ekstremistyczne, które - do walki z rządem - tworzą nawet własne oddziały zbrojne. Opozycyjny Front Demokratyczny okazuje się mało skuteczny w swym działaniu, dlatego też jego miejsce szybko zajmuje na poły terrorystyczna grupa rewolucjonistów, zwana przez władze "Sektą". "Czerwony Kapturek" - samobójca Rząd stara się przeciwdziałać niezadowoleniu społecznemu, które może doprowadzić państwo na skraj wojny domowej. Ale nie za wszelką cenę: dlatego też nie odwołuje się do pomocy wojska ani nie przekazuje specjalnych prerogatyw policji. Wybiera trzecią opcję: tworzy nową zmotoryzowaną, pancerną jednostkę, Policję Bezpieczeństwa Miejskiego (MSP od The Metropolitan Security Police) - stacjonujące wyłącznie w Tokio, wyposażone w nadzwyczajne uprawnienia, oddziały zbrojne, odpowiedzialne za zachowanie porządku publicznego. Pojawienie się MSP na ulicach miasta zamiast uspokoić sytuację, doprowadza do frontalnego starcia z "Sektą". Rewolucjoniści posługują się odwieczną bronią terrorystów: "koktajlami Mołotowa" i bombami własnej roboty. Walczącym dostarczają je młode, nie wzbudzające większych podejrzeń, kilkunastoletnie dziewczynki, nazywane "Czerwonymi Kapturkami". "Czerwony Kapturek", od którego zaczyna się właściwa akcja filmu, to Nanami Agawa. Dziewczyna, dostawszy się niechcący pomiędzy dwie walczące strony, szuka ratunku, kryjąc się w kanałach ściekowych. Ale nie tylko ona - tam również uciekają przed MSP bojownicy "Sekty". Ich ściganiem zajmuje się, wydzielony z Policji Bezpieczeństwa Miejskiego, Korpus Pancerny. Wyposażeni w specjalne kombinezony z kamizelkami kuloodpornymi, noktowizory, przypominają nie zwykłych żołnierzy czy policjantów, ale sforę wilków tropiących bezbronne ofiary - nikt nie jest w stanie przed nimi uciec ani się schować. Jednym z "pancernych" jest oficer Fuse Kazuki. I to właśnie on odnajduje w kanale Nanami; wie, że dziewczyna ma w torbie bombę, widzi, jak wyrywa zeń zawleczkę, a jednak nie strzela do niej - nie zabija jej, aby zapobiec eksplozji. Ów moment wahania, jak się później okazuje, ma dla Kazukiego daleko idące konsekwencje. Stephen Rea - gwiazdor anime? Zwolnionemu z Korpusu, Fusemu udaje się nielegalnie ustalić imię i nazwisko "Czerwonego Kapturka". Gdy odwiedza miejsce, w którym złożono prochy Nanami, spotyka inną dziewczynę - ta podaje się za starszą siostrę samobójczyni. Od tej chwili oboje nawiązują grę - "grę pozorów", albowiem żadne z nich nie okazuje się tym, za kogo się podaje. Powołanie się na film Neila Jordana też nie jest przypadkowe; scenarzysta "Wilczej Brygady" musi bowiem być ogromnym wielbicielem obrazu Irlandczyka. Nawiązania do tego dzieła są aż nazbyt widoczne (inna sprawa, że w połowie lat 80-tych Jordan zaproponował własną, na wskroś oryginalną, adaptację bajki o… Czerwonym Kapturku, zatytułowaną "The Company Of Wolves"). Postać Kazukiego - to nie może być przypadek - pod wieloma względami przypomina kreację Stephena Rea w "Grze pozorów"; jest Fuse, jak Rea, oszczędny w gestach, małomówny, wiecznie zamyślony, a jego twarz wyraża niekończący się ból istnienia. Fabuła rozwija się bardzo wolno, ale mimo to ani przez moment nie odczuwamy dłużyzn; więcej nawet: pozwala nam to na chłonięcie niezwykle plastycznych, wysmakowanych obrazów, z których składa się cały film! Pod tym względem "Wilcza Brygada" posiada wszystkie pozytywne i ani jednej negatywnej cechy anime. Animacja jest niemal klasyczna, bardzo realistyczna, zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że - w najlepszym europejskim stylu. Wiele kadrów swą symboliką powala wręcz na kolana i wgniata w fotel, olśniewając artystycznym wizjonerstwem. Umiejętna, wysmakowana gra światłocieniami (podziemna sieć kanałów, ulice Tokio, niemal bez przerwy padający deszcz i ciemne chmury zasnuwające niebo nad miastem) tworzy niepowtarzalny klimat filmu, czyniąc zeń wspaniały poemat grozy. I co najważniejsze: obeszło się bez happy endu. Więcej nawet: do samego końca nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, jak potoczą się losy głównych bohaterów. Podświadomie mamy nadzieję, że nie stanie im się krzywda. Ale… - zakończenia jednak nie mam najmniejszego zamiaru zdradzać, aby nie psuć wam przyjemności oglądania filmu. Jest "Wilcza Brygada" bez wątpienia dziełem wybitnym. Gdyby oderwać się - chociaż zdaję sobie sprawę, że nie będzie to łatwe - od związków z anime, należałoby uznać ów obraz za nadzwyczaj udane połączenie japońskiej klasyki (najlepszych samurajskich eposów Kurosawy) i współczesnego kina europejskiego (vidé wspomniany już Jordan, ale także Bernardo Bertolucci i Wim Wenders). Tytuł: Wilcza brygada (Jin-Roh: The Wolf Brigade) Reżyseria: Hiroyuki Okiura Scenariusz: Mamoru Oshii Zdjęcia: Hisao Shirai Muzyka: Hajime Mizoguchi Produkcja: Japonia (1998) Czas trwania: 102 min. |