Romantyk nieromantycznych czasów, czyli co nowego w prozie
Edyta Antoniak


Debiutancka książka Piotra Czerwieńskiego "Pokalanie", wydana przez Świat Książki w serii Nowa Proza Polska, wciąga czytelnika niczym wartki nurt górskiego strumyka. Choć pojawiające się w tekście około czterdziestu razy "jedziemy dalej" sugeruje, że czytelnik wsiada raczej do pociągu. Ten zaś zatrzymuje się na różnych stacjach, jakby dojeżdżając do kolejnych wymiarów, oznaczonych przynajmniej rocznymi datami, gdzie stale "rozgrywa się" ta sama scena. Można zawsze wrócić do konkretnych wydarzeń, wystarczy sięgnąć do nich pamięcią.

Głównego bohatera poznajemy w czasie, gdy świat obiega wiadomość o runięciu wież World Trade Center. Jest to jeden ze stałych motywów przewijających się przez powieść, sytuujący dramat jednostki - głównego bohatera - na tle ważnych wydarzeń, które są mu kompletnie obojętne. Siebie ustawia w centrum świata, a swą wyjątkowość zaznacza chociażby tym, że idzie do kina aż trzydzieści razy na "Podwójne życie Weroniki" Krzysztofa Kieślowskiego. "Wskoczył", by użyć sformułowania z książki, w ten film do tego stopnia, że sam spotyka uderzająco podobnego do siebie mężczyznę. Ów jest jednak tym lepszym "ja", ma lepszy samochód, lepszą kobietę (bohater ma wtedy tylko marzenia o Tofi), więcej pieniędzy i odnosi szeroko rozumiany sukces. Dopiero, gdy widzi śmierć "lepszego", czuje się dowartościowany.

Człowiek taki jak on nie może i nie potrafi być tylko trybikiem w społecznej maszynie. Jak całe pokolenie, ludzi urodzonych w okolicach roku 1970 w "Bulanda Country", jest wyłącznie błędem w matriksie. Zdaniem autora, czy raczej narratora powieści, generacja ta nie zdążyła na komunizm, choć wychowała się w nim, a jednocześnie nie nabrała rozpędu, by na równych zasadach walczyć o swoje w kapitalizmie.

W tym też miejscu, idąc za wydawcą, który reklamuje młodego pisarza jako "nowego Hłaskę", można zderzyć jego pisarstwo z twórczością autora "Pierwszego kroku w chmurach". Obaj wyrażają nieprzystosowanie do otaczającej ich rzeczywistość, są dziećmi komunizmu, pracę traktują jako samotną udrękę ("wstaję / tyram/ i tak dalej" - by zacytować Czerwińskiego). Obaj pisząc sięgają do języka potocznego, języka ulicy, wulgaryzmów, emocjonalnych podtekstów i pokładów zwykłego chamstwa. Czy jednak nie popycha się w ten sposób początkującego twórcy na drogę poprzednika, który zdaniem Gombrowicza był "synem tandety i jej częścią składową"? Mam nadzieję, że nie. "Obleśni trzydziestoletni" to jednak mniej lub bardziej zakamuflowana gra z "pięknymi dwudziestoletnimi".

Rodzi się przy okazji niepokój, co do zasobu słów recenzowanej książki, pełnej slangu, a zdradzającej patriotyzm językowy autora. Mam obawy, że stale powtarzane przymiotniki "lajfstajlowy" i "trendowy" oraz inne zapożyczone słowa i zwroty, za kilka lat nie tylko zanikną, ale czytane wtedy - będą niezrozumiałe, staną się przykładem "majstersztyku grafomanii".

Największym życiowym rozczarowaniem, największym dramatem bohatera "Pokalania" jest brak realnego przeciwnika, konkretnego wyzwania, stąd jego bunt, potrzeba walki stają się nieuzasadnionymi. Przecież spełniają się sny i marzenia o Ameryce, kraj przeistacza się w nią. Teraz, jak ludzie Zachodu, możemy mieć wszystko, czego dusza zapragnie, oprócz duszy. Tę, jak twierdzi pierwszoosobowy narrator, zatraca się w przepychu.

Stąd też, niczym dziewiętnastowieczny romantyk, główny bohater toczy w sobie walkę między chęcią poznania życia we wszystkich jego aspektach, a melancholią i pustką, które powstają z chronicznego braku miłości i seksu. Pech czy zwykła nieudolność przybierają w licznych romansowych porażkach znamiona groteski. Zaczynając od kolejnych afektów do B.C.Woman, na Tofi kończąc, bohatera prześladuje "syndrom Wereszczakówny". Zakochany w jednej, nie może nawet spróbować poznać innej. Musi cierpieć, zmarnować kilka miesięcy albo lat przez tę fantazmatyczną piękność. Aktualny obiekt westchnień staje się obsesją. I choć ujmujące są popisowe, wręcz rycerskie gesty dla udowodnienia wielkości uczuć, to już obrazy codziennego upijania się z kolegami w knajpie albo nudzą, albo wzbudzają politowanie. Kolejne wieczory przy barze to nic innego jak odreagowanie beznadziei otaczającego świata. Opisane z nazbyt fotograficzną dokładnością przypominają sceny z niewiele wcześniejszej książki Sławomira Shutego "Zwał". Nie dziwi to jednak, bo przecież "wszystko już było". Innych - utrzymanych w podobnym stylu - powieści "o piciu i wymiotach", powstałych w ciągu ostatnich kilku lat, nie ma potrzeby wymieniać, bo to materiał bardziej dla gastrologa niż recenzenta. Coś opętało współczesnych pisarzy, jakby knajpa była kółkiem Towiańskiego, a alkohol eliksirem zapomnienia.

Dlatego też bohater jak Kordian pada omdlały, tyle że nie przed komnatą cara, a pod płotem, przez który kompletnie pijany uciekał stróżom prawa. Zamiast kibitki odwozi go radiowóz. Historia zaś kończy się nie w Cytadeli czy na Łubiankach, ale banalnie - w izbie wytrzeźwień, a później w szpitalu. Cud się wreszcie staje - rzecz niemożliwa nad The Vistula River, piękność "o złotych lokach" pokochała "bestię", a właściwie "ciula" jak o sobie "pieszczotliwie" mówi bohater. W końcu znalazł cel, sens i ocalenie. "Chcę być taki jak wy", bo ze szkła mojej potłuczonej młodości, ktoś wreszcie chce ułożyć witraż - można poetycko podsumować za "pokalanym".

Czy więc świat ostatecznie "pierdyknie jak mydlana bańka"? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Książka zawiera trywialne przesłanie, że każdy może ocalić swój mały świat, nawet jeśli na początku stawia tak gorzką diagnozę jak ta ze "zbyt długiego prologu". Czerwiński nie czyni aluzji do konkretnych osób, nie mówi o współczesnym Skrzyneckim czy Chłopickim, jak robił to niegdyś Słowacki w "Przygotowaniu", ale kłuje swym paszkwilem, zarówno elity jak i zwykłych, szarych, a może raczej kolorowych, bo "trendowych" Polaków. Konstruując postać romantyka w nieromantycznych czasach, Czerwiński złości - bo kpi. Tylko w informacji, iż wszelkie analogie między książką, a rzeczywiście zaistniałymi sytuacjami są przypadkowe, kryje się kokieteria, bo przecież podobieństwa są ewidentne.

Nie zmienia to jednak faktu, że "biurwy"- czytelniczki i niejeden szef "fjuczer perfekt" jeszcze raz zgodnie powtórzą "pisz, pisz, bo ty fajnie piszesz", a ja dodam "pisz, pisz, bo to się fajnie czyta". I tu niestety muszę zmartwić autora, jego książka o pokalanym pokoleniu (taka interpretacja tytułu wydaje się najtrafniejsza) nie jest bynajmniej "sztandarowym dziełem wielkiego kultu debilizmu" i myślę, że nie znajdzie się ignorant, który by temu zaprzeczył. Choć może powinnam sparafrazować Piotra Czerwińskiego i napisać, że jestem absurdalnym durniem, który w absurdalnych czasach, pisze absurdalną recenzję.


Tytuł: Pokalanie
Autor: Piotr Czerwiński
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2005