1. Unoszę się w niebycie – pomyślał S., kiedy samolot zaczął wzlatywać ku niebu. Spojrzał przez bulaj i, widząc szybko oddalającą się taflę lotniska, odetchnął z ulgą. Nie potrafił wykrzesać z siebie nawet odrobiny nostalgii. Dwadzieścia lat życia pozostawił za sobą z takim spokojem, jakby nic nie znaczyły. Ludzie, miejsca, przedmioty. Przekroczone granice, zdobyte szczyty i zaliczone upadki. Sukcesy i upokorzenia. Wszystko to zamknął w znoszonym harcerskim plecaku i wyrzucił do śmietnika pod blokiem, w którym mieszkał. Nie pofatygował się nawet, aby skreślić kilka słów dla tych, którzy zostali. Uznał, że w swoim życiu napisał zdecydowanie zbyt dużo. Pozostawił wiele śladów. Jeśli w przyszłości ktoś zechce zrekonstruować jego pogmatwany życiorys, będzie miał stanowczo za proste zadanie. Przynajmniej do dzisiejszego dnia.
Z podręcznej torby wyjął książkę. Nie wiedzieć dlaczego, wychodząc z domu sięgnął z półki właśnie po tę – „Sztukę wojenną” Sun Zi. Nie wybierał się przecież na wojnę. Wręcz przeciwnie, dopiero co przestał walczyć. Poddał się. Jakby na potwierdzenie, zanucił po cichu śpiewaną kiedyś przez Nataszę Czarmińską „Prośbę” Herberta. Gdy doszedł do: „A potem po skończonej walce pozwól nam rozprostować palce…”, instynktownie poczuł, że ktoś mu się intensywnie przygląda. To była kobieta siedząca na fotelu od razu przy przejściu. W zasadzie mógłby ją nazwać swoją sąsiadką, gdyż miejsce między nimi było puste. Uśmiechnął się do niej machinalnie i zamilkł. Nie umiał śpiewać, bał się, że nucąc jakąś melodię także fałszuje. Gdyby się więc okazało, że kobieta ma słuch, ośmieszyłby się jedynie. Zaszył się w lekturze. Chiński mistrz strategii wojennej radził, jak postępować, by wygrać każdą wojnę. Nie napisał tylko, co zrobić, aby wyjść zwycięsko z pojedynku z własnym losem. Życie w jego czasach musiało być znacznie prostsze, skoro pominął tak istotny wątek.
Stewardessa przyniosła kawę. Na pytanie, czy chce śmietankę i cukier, przytaknął ruchem głowy, tymczasem jego sąsiadka odparła krótko: „Proszu”, po czym dodała od razu: „Spasibo”. Głos miała lekko zachrypnięty. Nie był w stanie orzec, czy to jej naturalna chrypka, czy też jakieś pozostałości po przeziębieniu. W każdym razie ten dyszkant dodawał jej tylko uroku, kontrastując z wysublimowanymi rysami twarzy. Jedyne, co mu w niej przeszkadzało, to wyzywający makijaż i wrzosowe tipsy z niebieskimi gwiazdkami. Ale skoro to Rosjanka, nie powinien się dziwić. Bezwiednie gapił się w jej podkreślone ciemną konturówką oczy tak długo, aż kobieta znacząco chrząknęła.
– Przepraszam – wymruczał, spuszczając wzrok, po czym wrócił do przerwanej lektury.
– Nie musi pan przepraszać – odparła po polsku.
Sun Zi napisał: „Aby uniknąć tego, co silne, uderzaj w to, co słabe”. Co mogła mieć w sobie słabego taka kobieta? Jaki był jej czuły punkt? Pięta Achillesa? Spojrzał na zgrabne stopy, przystrojone wyjątkowo niepraktycznymi w takim miejscu butami na szpilkach.
– Myślałem, że jest pani Rosjanką – stwierdził.
– Bo jestem. Ale od wielu lat mieszkam w Polsce i mówię tym językiem jak rodowita Polka.
Przytaknął. Nie usłyszał w jej głosie nawet cienia obcego akcentu. Chciałby mówić po rosyjsku tak płynnie i czysto, jak ona po polsku.
– Jekatierina – przedstawiła się, wyciągając do niego dłoń. – A prościej: Katia.
– Jak Katarzyna Wielka, wasza caryca – zauważył z ironicznym uśmiechem.
– Ona nie była nasza – zaprotestowała kobieta. – Była Niemką.
Roześmieli się oboje. Tak głośno, że aż siedząca rząd przed nimi starsza pani podskoczyła na swoim fotelu, a następnie prychnęła niezadowolona. Katia speszyła się nieco, ale już po chwili na jej twarzy gościł szczery, słowiański uśmiech. S. tymczasem kątem oka dostrzegł, że na palcu kobiety nie ma obrączki. Mimo to mało prawdopodobne wydało mu się, żeby atrakcyjna trzydziestokilkuletnia Rosjanka wciąż była panienką. Prędzej obstawiłby, że już zdążyła się rozwieść.
– Leci pani do Rzymu służbowo? – zapytał starając się nadać swojemu głosowi jak najbardziej oficjalny i nijaki ton.
– Powiedzmy, że sprawy służbowe będę załatwiała przy okazji – odparła.
– Więc dla przyjemności? – dopytywał.
– Podróż do Rzymu, nawet służbowa, zawsze jest przyjemnością. – Katia wyraźnie się z nim przekomarzała.
Tak się zaczynają w romantycznych komediach flirty, które później przeradzają się w ogniste romanse, pomyślał. Jeszcze raz zlustrował wzrokiem Rosjankę i doszedł do wniosku, że nawet gdyby miała okazać się seryjną morderczynią, która właśnie uciekła z więzienia, warto zaryzykować bliższą znajomość. Bez wątpienia była kilka dobrych lat młodsza od niego, miała już jednak w rysach twarzy tę szlachetność, która cechuje dojrzałe kobiety na stanowisku. Bez wyzywającego makijażu wyglądałaby jeszcze lepiej. A gdyby przebrać ją w wytarte dżinsy i t-shirt, S. mógłby zakochać się w niej od pierwszego wejrzenia.
– A pan? – dotarło do niego ciche pytanie.
– Tak? – Ocknął się dopiero po chwili. – Ja? – Domyślił się, że kobieta spytała go właśnie o cel podróży. – Chcę się pokłonić Juliuszowi Cezarowi – dodał z uśmiechem.
– I oznajmić zdumionemu Rzymowi: „Veni, vidi, vici”?
Raczej: „Przegrałem, zrozumiałem, uciekłem” – pomyślał, ale przecież nie mógł powiedzieć tego głośno.
Samolot mijał właśnie pułap chmur i S. skorzystał z tego, by odwrócić uwagę Katii od niewdzięcznego tematu. Wskazał jej palcem bulaj, za którym rozciągał się niecodzienny widok.
– Przyznam się panu, że nie przepadam za lataniem samolotami – wyznała Rosjanka, wbijając wzrok w mlecznobiałe obłoczki. – Wciąż wydaje mi się, że to nienaturalne dla człowieka… – Zamilkła na moment, jakby ugryzła się w język. – Jestem chyba trochę staromodna – dodała, a na jej twarzy pojawił się delikatny rumieniec. Nawet jeśli to wyznanie było trochę na pokaz, wypadło niezwykle przekonująco. Tak mu się zrobiło Katii żal, że najchętniej przytuliłby ją do swojej piersi. A może o to właśnie jej chodziło?
– Czym się pani zajmuje? – spytał, aby przerwać nieznośne milczenie, które między nimi zapanowało.
– Tłumaczę.
– Sny?
– Jak już, to książki o snach.
– Beletrystyka? – Zadał to pytanie takim tonem, że kobieta nieco się zmieszała.
– Czyżbym nie wyglądała?
– Zastanawiam się po prostu, do jakiej literatury panią przypisać – odparł, próbując za wszelką cenę zatrzeć złe wrażenie. – Jakoś nie pasuje mi pani do Strugackich albo Łukjanienki. Prędzej już… – podrapał się po głowie – Marinina albo Poliakowa.
– Blisko, blisko.
– Starobiniec?
– Pan zna Annę? – zdziwiła się Katia.
– Nie znam – odparł S. – Czytałem tylko jej książki.
– I podobały się panu?
– Nie bardzo.
– Chyba trudno pana zadowolić – zauważyła Rosjanka.
– Wręcz przeciwnie, bardzo łatwo. Wystarczy napisać coś, co będzie mi się dobrze czytało.
– Tylko tyle?
– Dobrze by było, gdyby książka nie kończyła się happy endem, a bohater, obowiązkowo pozytywny, na końcu umierał.
– Moralny niepokój? Tak to się u was nazywało? – Kobieta klasnęła w dłonie, ciesząc się z trafionego porównania.
– Powiedziałbym raczej, że tylko niepokój. Z moralnością moje postępowanie niewiele ma wspólnego.
– A pan szuka w literaturze odzwierciedlenia własnej rzeczywistości?
– O nie! Gdybym jej szukał, sam bym pisał takie rzeczy.
– To przyznanie się do tego, że pan także pisze?
S. machnął od niechcenia ręką.
– Więcej czytam, niż piszę – przyznał. – Nie mówmy o tym.
Nie mówmy o tym – powtórzył w myśli. Po co w takim razie zaczynał w ogóle tę dyskusję? Chciał przecież zostawić za sobą całą przeszłość, a nie ciągnąć ją jak ogon, który w każdej chwili ktoś mógłby mu przytrzasnąć.
– Może napijemy się drinka? – zaproponował, szukając wyjścia z sytuacji, w którą sam się zapędził.
– Chętnie. Byle nie za mocnego.
– Ma pani słabą głowę? – spytał z uśmiechem.
– Powiedziałabym raczej, że wątrobę i żołądek.
– W takim razie proponuję amaretto. – A kiedy kobieta przytaknęła ruchem głowy, przywołał stewardessę. Dla siebie zamówił lampkę koniaku. – A może jednak ma pani ochotę na to? – spytał Katię, trzymając w dłoni kieliszek ze złocistym płynem.
– Zostanę przy likierze – odpowiedziała.
– W takim razie… za znajomość – nie podnosząc się z miejsca, wzniósł toast.
– A czego by pan oczekiwał w związku z nią? – Tym pytaniem Rosjanka kompletnie go zaskoczyła. Jak miał je odebrać? Jako zachętę do flirtu, a może nawet romansu? Jeśli tak, to czy tego właśnie oczekiwał? Od przelotnej miłostki miał zaczynać swoje nowe życie?
– Powiedzmy, że… – wziął łyk alkoholu, aby dać sobie więcej czasu na przemyślenie odpowiedzi – że piłeczka jest po pani stronie.
– To wybieg.
– A może efekt zaskoczenia – odparł.
– Polki nie są takie bezpośrednie?
– Często znacznie bardziej, ale…
Twarz Katii nagle spoważniała. Kobieta w ciągu ułamka sekundy postarzała się o kilka lat, nic jednak nie tracąc ze swego uroku i klasy.
– Niech pan w takim razie zapomni o moim pytaniu. Wcale go nie zadałam.
– Chyba źle się zrozumieliśmy – wycedził przez zęby. Strasznie głupio musiało to zabrzmieć. Najchętniej zapadłby się teraz pod ziemię. Ostatnim razem czuł się tak chyba w szkole średniej, gdy dziewczyna zarzuciła mu niewierność, a on, wbrew oczywistym faktom, starał się wytłumaczyć jej wszystko w możliwie najgłupszy sposób – że to nie jest tak, jak ona myśli.
Samolot wpadł w turbulencje. Pilot poprosił o zapięcie pasów. Lekko przygasło światło. S. wbił się ciałem w fotel i zamknął oczy. Gdy wrócił myślami do wydarzeń ostatnich dni, poczuł ogarniającą go senność. Sięgnął po empetrójkę i odszukał na niej nagrania z płyty Stevena Wilsona „Insurgentes”. Miał szczególną słabość do tego artysty. Pewnie dlatego, że muzyka Wilsona wpływała na niego wyjątkowo kojąco.
Obudził go czyjś dotyk. To była delikatna dłoń Katii.
– Przepraszam, że budzę – powiedziała niemal szeptem. – Zaraz będziemy lądować.
– Dziękuję pani. – Przetarł zaspane oczy. Wyłączył odtwarzacz, z którego i tak nie płynęła już żadna muzyka. – Chyba długo spałem.
– To był dość niespokojny sen – stwierdziła, a on próbował odczytać, co miało się kryć za tą konstatacją. Musiała go przez cały czas obserwować. Może nawet mówił coś przez sen.
Nie mógłbym być szpiegiem – roześmiał się w myśli. Za to ona… Spojrzał na Katię, która właśnie wyciągnęła z torebki krwistoczerwoną szminkę i poprawiła sobie nią usta. I bez tej czynności wyglądałaby pięknie. Zauważywszy jego wzrok, zrobiła minę dziewczynki przyłapanej na nieobyczajnej czynności. Była w tym momencie tak słodka, że najchętniej przytuliłby ją mocno do siebie.
– Patrzy pan na mnie tak, jakby… – zamilkła, nie mogąc znaleźć właściwego określenia.
– Jakbym co?
– Chciał mnie pan zjeść. Tak się w Polsce mówi, prawda?
Miała rację, dokładnie tak się na nią gapił i, co gorsza, nie potrafił tego ukryć. Znowu wylazł z niego uczniak zafascynowany dojrzałym kobiecym pięknem.
Samolot zniżał się do lądowania, więc ponownie musiał zanurkować w fotel. Pilot gładko posadził maszynę i już po kilku minutach tłum pasażerów poderwał się z miejsc. S. nigdzie się nie spieszył, jego towarzyszka, jak dostrzegł kątem oka, również nie miała zamiaru wziąć udziału w wyścigu do wyjścia na trap. Wstali z miejsc dopiero, gdy wnętrze samolotu niemal całkowicie opustoszało. Katia miała ze sobą jedynie podręczną torebkę, S. plecak. Bez słowa opuścili maszynę; nie odezwali się nawet do siebie, stojąc w kolejce do odprawy. Dopiero kiedy odebrali swoje bagaże, Rosjanka stanęła przed nim w wyzywającej pozie i seksownie wydymając usta, spytała tak, jakby znali się co najmniej od kilku lat:
– Co robimy dalej?
– Długo będzie pani w Rzymie?
– Myślę, że około tygodnia. A pan?
– Jeszcze nie wiem. – Bardzo mu zależało, aby nie zabrzmiało to jak wykręt. I chyba się udało, gdyż na twarzy Katii nie pojawił się powątpiewający uśmieszek, którego najbardziej się obawiał.
Kobieta otworzyła torebkę, pogrzebała w niej i po chwili podała mu wizytówkę.
– Tam jest adres i numer telefonu. Jeśli zechce się pan ze mną spotkać, proszę zadzwonić. Albo po prostu przyjść.
– Bez uprzedzenia?
– Bez. Na pewno będzie panu sprzyjać szczęście i zastanie mnie w… – nie dokończyła, jakby krępowała się podać miejsce, w którym miała zamiar się zatrzymać. S. spojrzał na wizytówkę i od razu zrozumiał jej zakłopotanie.
– Ambasada rosyjska? – odczytał głośno, jakby chciał się upewnić.
– Z powodu takiej wizyty mogłyby spotkać pana w kraju jakieś nieprzyjemności? – spytała najzupełniej poważnie, a ton jej głosu wydał mu się nagle zaskakująco rzeczowy.
– Jeżeli nie będzie mnie pani ani pani koledzy próbowali zwerbować do pracy w rosyjskim wywiadzie, to chyba po powrocie do Polski nie będę się musiał niczego obawiać ani z niczego tłumaczyć – odpowiedział S., próbując całą sytuację obrócić w żart. Nie był jednak pewien, czy mu się udało, gdyż na twarzy Katii nie drgnął nawet najmniejszy mięsień. Dlatego natychmiast pospieszył z wyjaśnieniem: – Nie mam żadnych uprzedzeń. Wręcz przeciwnie.
– Wspaniale! – odparła, podając mu na pożegnanie delikatną dłoń, do której zdecydowanie nie pasowały tipsy. – A jednak mimo tak przyjemnie rozpoczętej znajomości, nie zaproponuję panu podwiezienia do miasta. Powinien wprawdzie czekać na mnie samochód z ambasady…
S. uśmiechnął się.
– Widzę, że cieszy się pani szczególnymi względami ambasadora.
– O, tak. Od wielu już lat. – W tej samej chwili zabrała swoją dłoń i chwyciła walizkę. – Wiem, że Polacy są bardzo szarmanccy wobec kobiet, ale nie poproszę pana o pomoc w zaniesieniu bagaży.
– Nie musiałaby pani wcale prosić.
– W takim razie poproszę, by mi pan nie pomagał.
– Domyślam się, że ktoś, albo pani, albo kierowca, musiałby później złożyć raport ambasadorowi – stwierdził uszczypliwie, na co Katia zareagowała nieprzyjemnym prychnięciem.
– Zimna wojna już się skończyła, ale trudno powiedzieć, by nasze rządy się kochały.
– Rządy nie muszą, wystarczy, że my będziemy.
Tym stwierdzeniem rozładował całe napięcie. Kobieta zaśmiała się głośno. Na moment postawiła nawet walizkę na podłodze.
– Przyznam, że lecąc do Rzymu liczyłam raczej na ognisty romans z jakimś namiętnym Włochem.
– Szybko się pani rozczaruje Włochami – zripostował S. – Większość z nich to korpulentne kurduple.
– W przeciwieństwie do pana?
– W przeciwieństwie do mnie.
– W takim razie nie będę mogła się doczekać pańskiej wizyty – powiedziała na odchodne.
– Proszę sobie jednak zbyt dużo po niej nie obiecywać – zawołał już do jej pleców. Nie był nawet pewien, czy usłyszała te słowa.
Odczekał kilkadziesiąt sekund i ruszył ku głównemu wyjściu, gdzie miał zamiar złapać taksówkę. W oddali na parkingu zobaczył Katię wsiadającą do stalowego forda. Samochód miał włoskie rejestracje i żadnego oznaczenia, że należy do ambasady rosyjskiej. Nie sądził jednak, by go okłamała. Zresztą za parę dni będzie miał zapewne okazję się przekonać.
Podszedł do pierwszej wolnej taksówki i poprosił po angielsku, by kierowca zawiózł go do względnie taniego hotelu nieopodal Kapitolu. Starszy już mężczyzna, mocno siwiejący Turek albo Arab, zaśmiał się złośliwie i odparł łamaną angielszczyzną:
– Tu nie mieć tanie hotele.
– To może jakiś pensjonat? – zaproponował S.
Odpowiedź była bliźniaczo podobna:
– Tu nie mieć tanie pensjonat.
– A co jest tanie? – spytał zrezygnowany.
– Moja ciotka mieć tanie wygodne pokoje – poinformował, spoglądając z szerokim uśmiechem na swojego pasażera. – Ja u niej mieszkać.
– Więc jedźmy do tej ciotki. Daleko to?
– W sam raz – odparł Turek albo Arab.
Cokolwiek to miało znaczyć, wiązało się z całkiem przyjemną wycieczką przez centrum Rzymu. S. przypominał sobie miejsca, które widział już przed laty. Nawet jeśli kierowca wiózł go, naddając nieco drogi, nie miał o to do niego żalu. Tak stęsknił się za widokiem rzymskich uliczek i placów, że był w stanie wybaczyć mu tę drobną nieuczciwość. Tym bardziej że przygotowywał się do poważnej batalii z jego ciotką o cenę pokoju, a w potyczce tej kierowcę wolał mieć po swojej stronie.
2. Ciotka taksówkarza liczyła sobie już ponad osiemdziesiąt lat. Miała na imię Fidan i była zaprzysięgłą apologetką Atatürka. Na ścianach pokojów, które wynajmowała zresztą turystom z biedniejszych krajów Europy na czarno, wisiały portrety Mustafy Kemala. S., leżąc na wygodnej kozetce, miał na wprost siebie majestatyczną postać pierwszego prezydenta Turcji, do dzisiaj otoczonego w swoim kraju niemal religijnym kultem. Nie przeszkadzało mu jednak takie towarzystwo. Tym bardziej że stara Fidan za każdym razem, gdy podawała mu w jadalni posiłek, powtarzała, że kocha Polskę i ceni Piłsudskiego. Zaskakujące wyznanie w ustach potomkini narodu, który pod Wiedniem dostał lanie właśnie od polskiego króla. Turgut, taksówkarz, który był synem zmarłej przed kilku laty siostry staruszki, odnosił się do ciotki z dziwną mieszaniną bałwochwalstwa i irytacji. Nawet kiedy zwracał się do niej z wielką atencją, na jego twarzy malował się ironiczny uśmieszek. Tłumaczył to najczęściej w ten sposób: – Żydzi mówić o takich ciotkach „meszuge”. Ty wiedzieć, co to „meszuge”?
– Wiedzieć, wiedzieć – odpowiadał S.
Stara Fidan próbowała go czasami podpytać o cel jego wizyty w Rzymie. Mówiła dziwną mieszanką włoskiego, niemieckiego i angielskiego, od czasu do czasu włączając jeszcze, jak można się było domyślić, tureckie słowa. Kiedy S. miał już dosyć tej niekończącej się indoktrynacji, brał plecak, pakował do niego aparat fotograficzny i uciekał z domu. Staruszka krzyczała coś za nim, ale nie sposób było zrozumieć, o co jej chodzi.
Przez kilka dni chodził starymi ścieżkami. Odwiedził Bazylikę świętego Piotra, Panteon, Forum Romanum, Koloseum, Castel Sant’Angelo. Wracał dopiero na kolację, po której miał już siłę tylko na to, by wypić kilka piw i zasnąć. Dopiero piątego dnia po kolacji, widząc, że taksówka Turguta stoi pod domem, zszedł ze swego pokoju i odszukał go w kuchni.
– Głodny? – spytał Turek, szczerząc zęby.
S. zaprzeczył ruchem głowy.
– Mam prośbę.
– Do ciotki? – upewnił się Turgut.
– Do ciebie.
– Ja słuchać.
– Zawieź mnie w to miejsce – poprosił, podając mu wizytówkę, którą otrzymał od Katii na lotnisku.
Mężczyzna przez dobrą minutę wpatrywał się w nią, jakby nie dowierzając temu, co było napisane. Wreszcie S., trochę już zniecierpliwiony, zapytał:
– Zawieziesz?
– Teraz?
– Najlepiej.
– Muszę się ubrać – odparł Turgut.
S. poczekał na niego w samochodzie. Kiedy ruszyli, Turek ni to stwierdził, ni spytał:
– Ty nie jesteś Rusek.
– Nie jestem.
– I ty jechać do ich ambasada?
– Mam tam znajomą – odparł S. – Z Polski.
– Ty mieć w Rzymie znajomą Rusek z Polski? – Turgutowi wyraźnie coś w tej kombinacji nie pasowało.
– Co chcesz? Nie prowadzimy z nimi wojny. Ani my, ani wy, ani Włosi – odparował po polsku, na co taksówkarz, nic nie rozumiejąc, zareagował nerwowym kręceniem głowy.
Podwiózł go pod samą ambasadę. Kiedy się żegnali, Turek zapytał:
– Jak ty wrócić?
– Poradzę sobie – odpowiedział S. po angielsku.
– Będę jeździć w nocy. Możesz zadzwonić.
– Dziękuję. Jeśli będziesz mi potrzebny, zadzwonię.
Dopiero gdy S. podszedł do drzwi ambasady i został zatrzymany przez żołnierza pilnującego wejścia, Turgut zapalił silnik i powoli odjechał. Może bał się, że Rosjanie porwą jego znajomego albo pobiją go na ulicy i dlatego wolał poczekać na rozwój sytuacji. Dopiero kiedy przekonał się, że raczej nic mu nie grozi, postanowił wrócić do pracy.
S. wytłumaczył żołnierzowi, w jakim celu przybył. Ten nie wdawał się jednak, zapewne z braku wiedzy, w dyskusję i kazał mu wejść dalej. W korytarzu trafił na gustownie ubraną urzędniczkę. Z identyfikatora, który miała przyczepiony do białej bluzki, dowiedział się, że miała na imię Ksenia. Wytłumaczył jej, że przybył w odwiedziny do swojej znajomej. By uwiarygodnić swoje przybycie, podał kobiecie wizytówkę.
– Pan mówi po rosyjsku? – spytała urzędniczka.
– Rozumiem.
– Woli pan po angielsku?
– Wolę po polsku.
– Niestety, ja nie znam polskiego – odparła po angielsku Rosjanka.
– Nie będzie prościej, jeśli poprosi pani tutaj Katię? – spytał nieco rozdrażnionym tonem.
Chyba poczuła się urażona, ale stanowcza prośba odniosła pożądany skutek. Urzędniczka ambasady odeszła na bok, sięgnęła po telefon komórkowy i zadzwoniła. Mówiła tak cicho, że nie mógł usłyszeć ani słowa. Kiedy skończyła, wzrokiem przywołała go do siebie.
– Proszę chwilę poczekać.
– Na korytarzu?
– To nie potrwa długo.
S. posłał kobiecie dziękczynny uśmiech, bardzo się starając, aby nie wykrzywił go żaden grymas. Mimo że nie zamienili ze sobą już ani słowa, Rosjanka nie opuściła go aż do przyjścia Katii. Znajoma z samolotu nie zdziwiła się jego obecnością. Przywitała jednak sucho, służbowym uściskiem dłoni.
Dzisiaj wyglądała normalnie – bez wyzywającego makijażu i tych cholernych tipsów. Miała na sobie dżinsy i modne adidasy. Wyglądała dzięki temu na kilka lat młodszą, niż była w rzeczywistości.
– Proszę za mną – powiedziała oschle.
Zaprowadziła go do wielkiego holu, stamtąd drewnianymi schodami na drugie piętro do pokoju, który zajmowała. Pomieszczenie było przestronne i wygodne, ale na pewno nie można było stwierdzić, że luksusowo urządzone. Bez zaproszenia usiadł na jednym z dwóch potężnych foteli.
– Rosjanie są cholernie drażliwi na swoim punkcie – powiedział po polsku.
– Nie wiedział pan? To nasza cecha narodowa. Nie lubimy, kiedy inni zwracają uwagę na błędy, które popełniamy.
– Przecież wy nie popełniacie żadnych błędów – odparł sardonicznie.
Spojrzała na niego z politowaniem.
– Ksenia pana ugryzła?
– Spodziewałem się trochę innego powitania – wypalił bez ogródek.
– Miałam się panu rzucić na szyję i zacząć całować z języczkiem?
– Coś w tym stylu – mruknął pod nosem.
Wymieniając zdania, zrobili tak naburmuszone miny, że w którymś momencie już nie wytrzymali i oboje wybuchnęli śmiechem.
– Wstał pan lewą nogą?
– W Rosji też się używa takiego określenia?
– Nie, nauczyłam się go w Polsce.
S. podniósł się z fotela i podszedł do Katii, która stała przy oknie, oparta o parapet. Wziął jej dłoń i mocno uścisnął. Był jednak na tyle delikatny, by nie sprawić jej bólu.
– Polacy już nie całują kobiet w dłonie? – spytała ze zdziwieniem.
– Wolą całować w co innego.
Stał obok Katii, patrząc przez okno. Mimo że na dworze było już ciemno, miał wrażenie, że widzi po drugiej stronie ulicy samochód Turguta.
– Jak pan tu trafił? – spytała Katia.
– Przywiózł mnie znajomy Turek.
– Szybko zawarł pan nowe przyjaźnie.
– Nawet nie ma pani pojęcia jak szybko. Od razu po wyjściu z lotniska.
Widząc, że S. przez dłuższy czas wpatruje się w coś za oknem, kobieta spytała:
– Widzi pan tam coś ciekawszego ode mnie?
– W pewnym sensie. Mój turecki znajomy stoi cały czas niedaleko ambasady.
– Dlaczego?
– Żebym to ja wiedział – odparł, odchodząc do okna. – Myślę, że boi się o mnie.
– Co takiego mu pan naopowiadał?
– Ja? Nic. Musi mieć wrodzoną nieufność.
– Do Rosjan?
– W ogóle do ludzi.
Wrócił na fotel. Stamtąd mógł objąć wzrokiem prawie cały pokój i Katię.
– Tutaj pani pracuje?
Zaprzeczyła.
– Tutaj tylko śpię. Pracuję w bibliotece.
– A jeśli chce się pani czegoś napić, dokąd wówczas idzie?
Katia natychmiast zrozumiała aluzję. Podeszła do barku i wyjęła stamtąd koniak.
– Dobrze pamiętam? – spytała, prezentując S. butelkę. A gdy ten przytaknął, wyjęła jeszcze dwie koniakówki. Mężczyzna natychmiast podniósł się z fotela, by pomóc jej rozlać alkohol. Nim wziął pierwszy łyk, powąchał płyn. – I jak? – zainteresowała się Rosjanka.
– Wyśmienicie. Pachnie jak… gruziński.
– Nie pijemy już w Rosji gruzińskich koniaków – zauważyła kobieta.
– I nie żal wam?
– Żal nam wszystkiego, co kojarzy się z imperialną przeszłością, która już dawno odeszła w niepamięć.
– Takie słowa? – zdziwił się. – W takim miejscu?
Nie odpowiedziała. Usiadła na kozetce, naprzeciwko fotela, który ponownie zajął S. Zrzuciła ze stóp buty i podwinęła nogi. Dopiero teraz tak naprawdę mógł zobaczyć, jakie są zgrabne. Zawsze zwracał uwagę na kobiece stopy. Może nawet był fetyszystą, choć pewnie nigdy publicznie by się do tego nie przyznał.
Siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu, którą przerwała Katia, pytając:
– Czym się pan zajmował przez te kilka dni?
– Poszukiwałem straconego czasu.
– I jak się udały poszukiwania?
– Pozbyłem się złudzeń.
– Co do czego?
– Co do sensu istnienia.
– Nie wygląda pan na nastolatka, któremu nagle odechciało się żyć – stwierdziła kobieta z lekkim przekąsem.
– Bo to nie stało się nagle.
Katia nerwowym ruchem odstawiła pusty już kieliszek na stolik.
– To gra, prawda? – spytała, patrząc S. wyzywająco prosto w oczy.
– Gra – potwierdził. Natychmiast jednak dodał: – W której zwycięstwo bądź klęska mogą być bardzo realne.
– Co jest nagrodą?
– Przejście do kolejnego etapu – odparł z uśmiechem.
– Czy ja mogę być tym „kolejnym etapem”? – Pytanie Katii zawisło w powietrzu. S. w milczeniu podszedł do stoliczka, by uzupełnić puste kieliszki. Podając jeden z nich kobiecie, zapytał filozoficznie:
– Coś się między nami rodzi?
Na twarzy kobiety pojawił się dziwny grymas – ni to zaskoczenie, ni niesmak. Szybko jednak ukryła go pod sztucznym, przyklejonym uśmiechem.
– Chyba pan żartuje – odparła twardo. – Proszę sobie nie robić żadnych nadziei.
Niewiele brakowało, aby S. wybuchnął śmiechem.
– Nasze drogi dawno się już rozeszły – stwierdził.
– Nasze? – w jej głosie usłyszeć można było zaintrygowanie.
– Moje i nadziei – skonkretyzował. Zajął z powrotem miejsce na fotelu i zaczął cedzić alkohol przez zęby. – Naprawdę dobry. Nie wiem, czy będę miał okazję zrewanżować się czymś równie wybornym – dodał po chwili.
– Nie oczekuję rewanżu – poinformowała Katia.
– A czego pani oczekuje?
– Od pana? – Zastanawiała się kilka sekund, po czym odparła: – Żeby nie był pan taki impertynencki.
– To uboczny efekt pewności siebie – wyjaśnił.
– Więc niech się pan postara być trochę mniej pewnym siebie.
– To nie leży w mojej… naszej – poprawił się – naturze.
– W Rosjanach pokory jest znacznie więcej – zauważyła kobieta.
– I dlatego co rusz ktoś was bierze za mordę i wali w nią na odlew. Jak nie car, to bolszewicy… Albo Putin – dodał po chwili z ironicznym uśmiechem.
– Funduje mi pan skrócony kurs historii Rosji?
Nie odpowiedział na tę jawną zaczepkę. Zerknął dyskretnie na zegarek. Katia dostrzegła jednak ten gest i spytała:
– Nudzi się pan w moim towarzystwie?
– Obawiam się, że to ja jestem zbyt nudnym towarzystwem dla pani.
– Ma pan coś lepszego do robienia? – Katia nie dawała za wygraną.
– W Rzymie nocą nie sposób się nudzić.
– Rzeczywiście – prychnęła. – Prostytutek są tu całe tabuny. Od koloru do wyboru.
– Rosjanek też pewnie nie brakuje – zauważył kąśliwie. – Nie zdziwiłbym się, gdyby Turgut znał jakieś.
– Turgut?
– Mój turecki znajomy – wyjaśnił. – A propos. – Podszedł do okna i lekko uchylił firankę. – Naprawdę musi się o mnie martwić – stwierdził z uśmiechem.
Kiedy się odwrócił, Katia stała tuż obok. Zbyt blisko, aby był to przypadek. Czuł zapach jej perfum i była to woń niezwykle przyjemna. Wyciągnął ku niej ręce, a ona subtelnie wsunęła się w jego ramiona. Stali tak przez kilka minut w całkowitym milczeniu i niemal bez ruchu.
– Mówmy sobie po imieniu – zaproponowała szeptem wprost do jego ucha.
– Ja nie mam imienia – odparł.
Roześmiała się.
– Mogłabym wezwać ochronę i kazać cię wylegitymować – stwierdziła.
– Nic by nie znaleźli. Nie mam przy sobie żadnych dokumentów. – Mówiąc to, puścił ją. Boso przeszła przez pokój, by wrócić po chwili z koniakiem i kieliszkami. – Upijesz się, Katiu.
– Jestem już dużą dziewczynką, jakbyś nie zauważył.
Wziął od kobiety butelkę i nalał alkohol do trzymanego przez nią szkła. Zaledwie kilka kropel.
– Zostawiłam w Petersburgu kogoś podobnego do ciebie – powiedziała nagle, wprawiając S. w osłupienie. Nie nagłym przejściem na bardziej poufałą formę rozmowy, ale szczerością wyznania.
– Męża?
Zaprzeczyła.
– Nie zdążył zostać moim mężem, choć bardzo chciał nim być.
– Od niego uciekłaś do Polski?
– I tak, i nie – odparła obojętnym tonem. – Uciekłam ogólnie od przeszłości, której on był istotnym elementem. – Dopiła alkohol do końca. – Myślę, że z tobą jest podobnie.
– Nie – zaoponował stanowczo. – Ze mną jest dokładnie na odwrót. Uciekłem przed tym, co dopiero ma nadejść. Przeszłość mnie nie przeraża. Jest trupem, który już nie zmartwychwstanie.
Katia, niezwykle poważna, przyglądała się teraz uważnie jego twarzy. Starała się wyczytać z niej to wszystko, czego on, tego była pewna, nie miał ochoty powiedzieć głośno.
– A wyglądałeś tak normalnie – westchnęła. S. trudno było orzec, co kryło się za tą konstatacją, zadowolenie czy rozczarowanie.
– Przepraszam, jeśli zawiodłem. – Odstawił pusty kieliszek na blat stolika. Zerknął na zegarek. – Chyba powinienem już pójść.
– Nikt cię stąd nie wyprasza – stwierdziła cicho Katia.
Kiedy wstał, niemal natychmiast znalazła się obok niego.
– Zaraz mi powiesz, że nie chcesz zostać tej nocy sama. Że zbyt dużo było już w twoim życiu samotnych nocy.
– Nic nie powiem. – I dotrzymała słowa. Objęła go za szyję i mocno przywarła ustami do jego ust. Była słodka. Zapomniał już, jak słodkie potrafią być kobiety. Kiedy przerwała, S. odsunął ją na bok. Odpowiedziała na to spojrzeniem pełnym niezrozumienia. – Naprawdę chcesz iść? – upewniła się.
– Myślę, że tak będzie lepiej – odparł.
– Pojutrze wyjeżdżam – powiedziała to obojętnym tonem, ale już kolejne zdanie udowodniło, że ta obojętność była udawana: – Mam propozycję. Leć ze mną.
Jej propozycja wcale nie wydała mu się taka niedorzeczna.
– Dokąd? – spytał szeptem.
– Dokądkolwiek zechcesz. Do Rosji, Hiszpanii, Turcji.
– Rosja odpada – stwierdził bez ogródek. Widząc zaś zaskoczoną minę Katii, wyjaśnił: – Nie mam wizy.
– Może to i lepiej – odparła kobieta. – W Rosji nie jest najprzyjemniej o tej porze roku. Lećmy więc do któregoś z cieplejszych krajów.
To jakieś szaleństwo – pomyślał S. A najbardziej szalone w tym wszystkim było to, że był bardzo bliski wyrażenia zgody.
– Zamieszkamy w jakimś malutkim hoteliku. Wyłączymy telefony i przez kilka dni będziemy tylko dla siebie. – Propozycja Katii była tak kusząca, że uśmiechnął się na samą myśl o niej. – Zamówię bilety przez ambasadę. Powiedz mi tylko, dokąd?
– Rzućmy monetą – poradził. I po chwili wysupłał z portfela polską pięciozłotówkę. – Hiszpania – powiedział, wskazując orzełka. – Turcja – dorzucił, odwracając pieniądz na drugą stronę. Katia zgarnęła monetę z jego dłoni.
– Pozwól, że ja to zrobię.
Wypadła Turcja.
Kiedy żegnał się z nią w drzwiach ambasady, spytała jeszcze raz, niepewnie:
– Nie wycofasz się?
– Będę czekał jutro na telefon od ciebie – odparł, delikatnie ściskając jej dłoń na pożegnanie.
Odszedł, nie odwracając się.
Żołnierz, który pilnował wejścia do budynku, posłał za nim obojętne spojrzenie. Zapewne nie uśmiechała mu się perspektywa spędzenia nocy na warcie i zazdrościł każdemu, kto mógł się udać do domu.
Samochód Turguta stał ciągle w tym samym miejscu, w którym S. widział go z okna pokoju Katii. Turek, zmęczony, przysnął oparty wygodnie o fotel.
S. zapukał mocno w boczną szybę. Kierowca poderwał się i nerwowo rozejrzał dokoła. Dopiero kiedy zobaczył znajomą twarz, machnął porozumiewawczo ręką i otworzył drzwi samochodu.
– Jak widzisz, nie porwali mnie i nie wywieźli do Moskwy – oznajmił S., siadając na fotelu obok kierowcy.
– Atatürk nigdy nie ufać komunistom – oświadczył Turgut i zapalił silnik. – Jechać spać?
– Jechać – zakomenderował S.
Nocny Rzym, w przeciwieństwie do kierowcy i jego pasażera, wcale nie wydawał się senny. S. gapił się przez szybę na ulice. Bezmyślnie śledził wzrokiem mijane zabytkowe kamienice. Był wdzięczny, że Turek tym razem nie miał ochoty na konwersację. Kiedy dojechali na miejsce, Turgut klepnął go w ramię, wyrywając z lekkiego snu.
– A na jutro jakieś plany mieć? – spytał, kiedy już S. delikatnie zamknął za sobą drzwi taksówki. Uśmiechał się przy tym znacząco, patrząc przez opuszczone okno.
S. w odpowiedzi wydął jedynie wargi i szeroko rozłożył ręce.