Zygmunt
Michał Prochownik

Odkąd pamiętam - ubrany w sweter koloru musztardy, młody wąsacz z długimi włosami na czeskiego piłkarza. Pod wąsem ukrywał brak zębów. Młodszy, nieożeniony brat wziętego kamieniarza, palący papierosy na nagrobkach przed finalną obróbką. Klął w ramach przerywników krótkich zdań, także pomiędzy jednym a drugim łykiem piwa z granatowego dzbanka z drucianą rączką z drewienkiem. Ono zawsze opadało i uderzało w dzbanek, wydając za każdym razem inny dźwięk. Zygmunt pił dużymi łykami, choć lubiłem sobie wyobrażać, że część płynu błyskawicznie wsiąka mu w wąsy. Wiedząc o jego brakach w uzębieniu tłumaczyłem sobie szybkie picie piwa tym, że ma mniejszy opór przy przelewaniu się przez usta i Zygmunt odkładał hałaśliwie dzbanek i mówił zadowolony "O kurrrwa, a mi się pić chciało".

Nie, nigdy nie bekał hałaśliwie. Klął.

- Dziadzieje, może się jeszcze pozbiera, bo inaczej nic z niego - mówiła sucha żona kamieniarza, a ja wyobrażałem sobie to "nic z niego" w postaci podartych dżinsów marmurkowych marki Pyramid, powieszonych za tylną szlufkę na prowizorycznym haku z gwoździa w pomieszczeniu gospodarczym, obok sztychówki ubabranej zaprawą. Ciągnąłem to nic w wyobraźni przewlekając przez sceny jak przez szlufki tych spodni. Scena jak wyrzucają mu buty do śmietnika. Podarte mokasyny, które piegowaty syn kamieniarza, w okresie trzeciej klasy szkoły zawodowej wyrzuca fantazyjnie - lewy do worka na odpady plastikowe, a prawy do worka na odpady stalowe, i patrzy na mnie i mówi, że odpadła mu od lewego klamerka, bo to takie z klamerkami były, a ja mu mówię: wrzuć oba do plastikowego, bo ta klamerka jest z plastiku, ona tylko taka niby metalowa jest. A on, że nie.

Inne "nic" w postaci przerzedzonego pędzla do golenia na popękanym lustrze w łazience, a ściślej na półeczce przytwierdzonej do tego lustra, pomalowanej białą farbą olejną (której zapach...) Pędzel podwójny - pędzel lustrzanka. Włosie przechylone na jedną stronę. Pędzel wierzba płacząca, upaprany, w którym resztki kremu do golenia Wars zamieniły się w tę samą zaprawę, która z betoniarki wlewa się do nagrobkowych szachunków tuż obok jego żonatego brata, który oparty o obudowę pali papierosa.

Czasem patrzyłem na ten jego proces, na to jak robi się z niego stary, wyliniały kocur. Lokalna wersja kota z Cheshire, z bezzębnym uśmiechem pod mokrym od piwa wąsem. Widziałem jak z każdym nowym rokiem chodzi bardziej schylony - nie zgarbiony jak dziadyga - bardziej tak jakby całe jego chodzenie ciągnęła głowa, chcąca uporczywie w coś zanurkować, albo przywalić komuś "z baśki" - jego jedynej kobiety. Kiedy go tak widziałem miałem ochotę ubrać na głowę czapkę homoseksualnego stylisty z modnego programu dla kobiet i powiedzieć lansersko "ej kolego... zgól wąsy, zrób zęby, z włosami też coś zrób, nie jesteś do wpuszczenia do modnego klubu, ej kolego. Nie jesteś nawet ubrany, ej kolego, po prostu włożyłeś coś na siebie, a to nie to samo", ale moja czapka poleciałaby wtedy daleko, wiem o tym, dostałbym "z baśki" i koniec.