„Siedzimy na dywanie, u mnie. R., D. i ja. Chyba wino, jeśli dobrze pamiętam, normalnie: ze szklanek, światełko przygaszone. Wiesz, dobrze po robocie i tak dalej. Nawet nie posprzątane, chociaż wiedziałem, że przyjdą. Dużo psiej sierści, tak że gdy oglądasz wewnętrzną część dłoni, która dopiero co podpierała odchylone do tyłu ciało, wydaje się, że to krótkie nacięcia. Jak po nawlekaniu szorstkich liści tytoniu na skłębione druty, albo po przypadkowym dotknięciu kaktusa.
R. ćmi jednego za drugim. Utył ostatnio, może niezbyt wiele, ale z pięć kilo na pewno. Dziwne, bo przy czterdziestu papierosach dziennie powinien raczej chudnąć, a tu prawie bez konsekwencji. Chociaż ja nie wierzę w „bez konsekwencji”. Napełnia swoją szklankę. Każdy sam sobie nalewa to czerwone, i za każdym razem gdy kieruje je do ust, podnosi naczynie mniej więcej na wysokość czoła, pozdrawiając pozostałych. I tak sobie pijemy po cichu, muzyczka, kiwanie. Zima, a u mnie w domu suche gorąco. Powiedzmy, że następnego dnia będziemy się pocić.
Pytania od czasu do czasu: jak robota i tym podobne. Krótka historyjka z bieżącego dnia, lub coś nie bardziej prowokującego koncentrację.
R. coś sobie przypomniał z braku bieżących. Wiesz, jak to jest, też bardzo chcesz coś powiedzieć, ale za cholerę nic się nie zdarzyło, a pytania - po pierwsze są nie na miejscu, bo po co kogoś zmuszać do pogłębiania jego opowieści, a po drugie i tak nie ma konkretnych spraw, o które można by zapytać. Więc R. coś sobie przypomniał z przeszłych.
- Siedziałem w Paryżu parę tygodni i spałem w tych krzakach pod Wieżą. I był tam jeden Walijczyk, Douglas, taki śmieszny koleżka, czterdziestoletni, może starszy. Profesor z uniwersytetu. Z piecykiem turystycznym. Zimą jeździł do Maroka, latem do Paryża i kawałek na północ.
Zwykle jest tak, że gdy jeden coś sobie przypomina, i, powiedzmy, że zaczął całkiem nieźle, zaraz pozostali uchwyciwszy określony, brzmiący znajomo układ słów, albo nawet i przecinek, podnoszą palec w górę, natomiast aktualny gawędziarz staje przed ambitniejszym niż na początku wyzwaniem: musi dokończyć, nieustannie starając się poskromić ich skojarzenia, bo rwą się do gadki. Ale dobra, niech będzie tym razem, że chcą jak dżentelmeni i żaden ze słuchaczy nie przerwał.
- I siedziało tam też piętnastu może kryminałów, głównie od nas, ale i jeden ruski. Każdy kryminał miał nóż o cienkim długim ostrzu, a każdy nóż miał imię. Pamiętam, że nóż ich nieformalnego przywódcy, Jachu, miał na imię Halina.
W dzień spali, wieczorem się bawili, jak to ująć: hucznie, a nocą lub wczesnym porankiem obrabiali sklepy i knajpy. Zresztą, to tylko umysł żąda konstrukcji, tak naprawdę nie przywiązywali programowego znaczenia do pór dnia i nocy.
Noże o kobiecych imionach rzadko były używane, a jeśli już, to zwykle przeciw Arabom, którzy kiedy gasła Wieża nachodzili nas, koczujących w krzakach, próbując ograbić z resztek pieniędzy, ubrań i pożywienia. I (śmiech) jeśli można tak powiedzieć: to były ostre kobiety.
- Pamiętaj o Douglasie. - zwraca uwagę D., mam nadzieję, że nie przez wzgląd na zbieżność inicjałów.
- Douglas w wieku czterdziestu lat porzucił żonę i dorastającego syna, choć jeśli można mu wierzyć, bądź też jeśli dobrze zrozumiałem, odpowiednio zabezpieczył ich finansowo. A teraz sam poza ubraniem, śpiworem i łbem pełnym wierszy angielskich poetów nie miał nic. Wypiliśmy kilka win, krążyła też jakaś fajka.
I którejś nocy nasze kryminały wybuchły. Poszło prawdopodobnie o jakąś Senegalkę. Tłukli się niemiłosiernie, podzieleni na dwie grupy. Szpicle z krzaków wezwali żandarmów, którzy rozpoczęli polowanie.
Zaciąga się dymem, głęboko, zawiesza historię.
- Bo o co chodziło, żeby źródło dla konsekwencji określić? Chodziło o to, że trzech kopało jednego, może pięciu, pieprzona jatka zanim wdali się żandarmi, skuli i wpakowali do pierdla na cztery osiem. Psy wyłapały co agresywniejszych, nieszczęśliwie tylko z jednej strony frontu. I następnego dnia okazuje się, że jedna załoga niemal w komplecie, a druga przetrzebiona prawie do zera, bo z tych drugich został jeden.
- Zaczynam rozumieć. - mówię. - Ten jeden nie dożyje następnego poranka.
I proszę! Teraz przychodzi moment zastanowienia, czy R. powinien ciągnąć tę historię. Na przykład D. mówi, że w tej chwili to tak, jakby oglądać remake jakiegoś filmu. Albo czytać kryminał od końca. Uzasadniona jest za to pauza, która właśnie wpycha się między zdania, wino z następnej butelki przenosimy do szklanek z grubego szkła. R. skubie brodę.
- Dobra, co dalej? - pytanie, które pada po milczącym toaście.
- Rozmawiałem z Douglasem i jeszcze z takim jednym o ksywce Wrzeszczuch, z Gdańska. Leżymy na trawniku, skwar, co jeden obrót pryskają na nas polewaczki. Douglas złapał klimat na wykład o Hughesie, podgrywa sobie do tego na bongosie, przysiadła się jakaś amerykańska turystka, też słucha i wtedy pojawia się ten kryminał z przetrzebionej załogi. Pyta, czy może się dosiąść. Siadaj, mówimy, dostał jointa od Douglasa, od nas trochę wina w plastiku.
Zawinął się w koc, nawet nie miał śpiwora i zasnął, powoli zresztą się chłodniej robi, coraz większe cienie. Pewnie się gdzieś błąkał przez całą noc po tej ucieczce przed żandarmami, bo miał cholernie twardy sen. A my tam leniwie, zupełnie jak dziś tu.
Faktycznie jest leniwie, kładę się na dywanie, wcześniej wyjmuję moje wielkie klucze z kieszeni i rzucam przed siebie, żeby nie uwierały. Moim zdaniem R. opowiada już zbyt długo, ale w porządku, skoro D. chce go słuchać (dostrzegam, że D. ma już gotową własną opowieść i słucha przez grzeczność, a być może dlatego, by jemu później nie przeszkadzano). Ale D. nie zadaje pytań, jak to ma w zwyczaju, tak jakby nie chciał, by historia rozwinęła się ponad jej fabularny przebieg.
- Przychodzi druga załoga kryminałów, a właściwie jej przedstawiciel w osobie Jachu i coś tam szepczą z Wrzeszczuchem. Wrzeszczucha szanują. Gdy chcą nam przekazać informacje, zawsze idą do niego. Wrzeszczuch wstaje i oddalają się na parę metrów, na parę sekund. Nie słychać, co Jachu mówi, ale szaleńczo gestykuluje i w końcu odchodzi. Wrzeszczuch wraca i krótko informuje:
- Zwijamy się do Czechów.
Nic więcej. I tak wszyscy doskonale rozumiemy, a wy też już zdążyliście pojąć. Czesi siedzą dwieście metrów dalej, w okolicy innych krzaków. Zabieramy swoje bagaże, toboły, znika obozowisko. Tylko Douglas zostaje, bo chyba przysnął, no i ten biedny kryminalista cały czas chrapie zawinięty w koc obok niego.
No i dalej wino, tam i tu. I patrzymy tylko, jak ruski pokazuje kumplom sposób w jaki będzie dusił tamtego gitarową struną. Wrzeszczuch mówi, że chodzi o zasady.
D. i ja zgadzamy się. Chodzi o zasady. Skoro tamten z paroma innymi mógł kopać w nierównej walce, to teraz oni mają prawo zastosować podobny układ sił. Nic więcej nie dostanie od nich ponad to, co sam dawał. No, może z małą nawiązką.
- Wiecie, jak jest po czesku żyrafa?
- Nie.
- Afrikancka koza. Do dziś nie wiem, czy to prawda, czy robili sobie jaja.
Siedzimy z Czechami, pijemy, palimy, nawet postanowiłem zostać Czechem, choć to nie należy już do opowieści. W tym czasie tamci obywatele nie próżnują. W koc biedaka zawinęli i w krzaki zanieśli, tłukąc po drodze pięściami, a ruski podbiegał i kopał tę mumię z wyskoku. Siedzieli z nim w tych krzakach jakieś pół godziny, a potem poszli bawić się z innymi przy gitarze i czarnulkach.
- Cała historia. - mówi R.
D. nie zadaje pytań, więc ja pytam o Douglasa.
- Aaa. Jeszcze ten. W nocy skopali go Arabowie. Zabrali mu wszystko i cała historia.
- A skąd wiesz, że tamtego kryminała zabili?
- Jakieś dwie godziny później przyjechała karetka, szpicle znaleźli ciało w krzakach. Przyjechała na sygnale, zapakowali go do środka, natomiast odjechała już bez sygnału. Cała historia.
- W porządku. – mówi D.
- W porządku. – potwierdzam. - Chcecie coś jeść?
Robimy żarcie, dużo przypraw w mięsie, smażonym na czarno na patelni. Żujemy, żujemy, patrzymy jak D. szykuje się do opowieści, ale jeszcze jeden kęs i jeszcze. Wreszcie popija jedzenie szybką szklanką (uprzednio unosząc ją na wysokość czoła w pozdrowieniu) i zaczyna:
- Jeździłem kiedyś trochę stopem i w jednym mieście widziałem bardzo dziwnego gościa: miał koło sześćdziesiątki, był całkiem porządnie zniszczony i żebrał przy jednej z uliczek tamtejszej starówki. Ale jak żebrał! Grał na dziecięcej plastikowej gitarce i zbierał pieniądze w kapelusz. I nawet nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie brak palców u lewej dłoni, czyli u tej dłoni, która spoczywała na gryfie. Z drugą ręką wszystko miał w porządku, po prostu szarpał struny. Czyli jeszcze raz: dziwne było to, że nie zmienił kierunku gryfu, wiesz, tak jak grają leworęczni, weź Hendrixa.
- Może wcale nie umiał grać? – podsuwa R.
- Pewnie, że nie umiał. Ale zrobił na mnie wrażenie. I później łapię stopa na wylotówce, deszcz, ale jakieś urwanie chmury, i nikt się nie chce zatrzymać, ludzie bardziej dbają o tapicerkę w samochodzie niż o swoją pieprzoną duszę. Stoję tak pięć godzin i mógłbym spokojnie szczać w gacie, nie robiłoby mi to różnicy, nawet płuca już miałem mokre.
- Ja kiedyś tak stałem pod Gandawą, ale później dostałem w nagrodę, właśnie w nagrodę, tak czułem, zajebiście wspaniałą tęczę, podwójną i przez całe niebo, od lewej do prawej na równinie. – przypominam sobie, ale nie pamiętam, czy wypowiedziałem. – Drinka? Wino?
- Jasne. Dobra, wreszcie zatrzymuje się furgonetka. W środku trzech koleżkowców. Zabierzecie mnie tam i tam, pytam, a w zasadzie wszystko mi jedno, byle ruszyć z miejsca. Pakuję się do środka, oni od razu z jakimś winem do mnie, super, fajna podróż, myślę, i tak dalej. I zaczynamy gadać, o głupotach, kawały, duperele, sto kilometrów, dwieście. Potem przypominam sobie żebraka bez palców i opowiadam im tę historię, i staram się w nich wzbudzić to samo zadziwienie, oni nic, więc ja męczę tę historię, i kolejny raz pytam, czy to nie dziwne.
Oni nic. My zresztą też nic, ale już zaczynamy wątpić, by szykowała się rewelacja. Z drugiej strony trzeba przyznać, że nie ma ciśnienia na rewelacje, po prostu siedzimy na dywanie, spijamy następną butelkę i opowiadanie toczy się leniwie. Przy krawędzi popielniczki obracam palącego się papierosa, to co już nie płonie opada, patrzę w jasnoczerwony stożek żaru.
- Nagle słyszę, jak siedzący z tyłu pyta kierowcę: „Wpierdolić mu?” I, kurczę, naprawdę nie wiem o co chodzi. A kierowca mówi, bardzo dobrze mówi: „Daj spokój, on nie wie o co chodzi.”
- Ale teraz wiesz już? – pyta R., upewniając się, czy opowieść będzie miała jakieś rozwiązanie.
- Tak, ale wczujcie się w moją sytuację. Sto tysięcy pomysłów przychodzi mi do głowy, zaczynam się zastanawiać, kim są ci ludzie, czy wyskakiwać w biegu i tym podobne. I przychodzi wreszcie moment, że łapię jak objawienie. Siedziałem obok kierowcy przynajmniej dwie godziny, gapiłem się w deszcz tłukący o szyby, w zapracowane wycieraczki, a nawet nie przyjrzałem się tym ludziom. Więc patrzę na nich i wreszcie dostrzegam prawą rękę kierowcy, a jego, kurwa, dłoń nie ma palców. I myślę, właściwie nic nie myślę, bo tu już nie ma co myśleć, mogę tylko przeklinać w myślach. Naprawdę miałem szczęście, że nie było młócki. Mówię w końcu: „sorry, nie miałem pojęcia”, czy coś w tym stylu, i proszę, żeby mnie wysadzili, więc zatrzymują się w najbliższym miasteczku. Wysiadam i myślę o tej historii, a w końcu zaczynam się zastanawiać, dlaczego nie zmienił sobie umiejscowienia drążka do zmiany biegów, nie wiem, na przykład mógłby go mieć przy kierownicy po lewej stronie, albo gdzieś gdzie byłoby mu łatwiej, nie? Cała historia...
- Niezła. – mówię.
- W porządku. – mówi R.
I właściwie to cała już historia.”
- W porządku. – mówi R.
- W porządku. – potwierdza D.