|
I chociaż "Przed każdą falą pochylam głowę" nie jest powieścią stricte historyczną, to jednak historia odgrywa w niej niezwykle istotną rolę. Akcja umieszczona została w latach II wojny światowej. Na różnych jej frontach - począwszy od neutralnej Portugalii, przez bezdroża Związku Radzieckiego, aż po okupowaną Polskę. Bohaterami są obdarzeni ponadnaturalnymi zdolnościami członkowie grupy specjalnej GEIST, których Niemcy chcą wykorzystać do ostatecznego pokonania bolszewików. Ich losy ściśle sprzęgnięte są z historycznymi wydarzeniami: walkami na froncie wschodnim, powstaniem w getcie warszawskim, jak również powstaniem warszawskim. Na "kartach" powieści pojawiają się także postaci mniej i bardziej znane z najnowszych dziejów: od słynnego polskiego aktora okresu międzywojennego pochodzenia żydowskiego Michała Znicza po kolaborującego z Niemcami Brigadefuehrera SS Mieczysława Kamińskiego. Przed każdą falą pochylam głowę Sebastian Chosiński Prolog Nieznośną ciszę panującą w pokoju przerwał dźwięk telefonu. Trzech mężczyzn poderwało się z miejsc, w których dotychczas spokojnie - przynajmniej tak można było wnioskować po zachowywanym przez nich uporczywym milczeniu - siedzieli, czekając na sygnał od czwartego. Najbliżej telefonu był najstarszy z nich. Podniósł słuchawkę i przez dłuższy czas wsłuchiwał się w to, co ma mu do powiedzenia rozmówca. Kiwał przy tym potakująco głową, wreszcie przerwawszy potok słów osoby znajdującej się po drugiej stronie linii telefonicznej odpowiedział: - A więc wszystko w porządku. Rób, co do ciebie należy i - pamiętaj - jeżeli nie będzie to absolutnie konieczne, nie ryzykuj. Skończywszy rozmowę, bez słowa wyjaśnienia, wykręcił na cyferblacie numer i po chwili oznajmił do słuchawki: - Chciałbym rozmawiać z inspektorem Strasserem. Prawie minutę czekał na połączenie, a kiedy już je otrzymał, wypowiedział jedynie dwa słowa: - Zaczęło się. Po zakończeniu rozmowy w pokoju ponownie zaległa cisza. - Udało się Herbertowi? - przerwał wreszcie milczenie jeden z mężczyzn. Był młody i miał jasną pogodną twarz. Mógł podobać się kobietom, chociaż trudno byłoby uznać go za przystojnego, z delikatnymi rysami twarzy kontrastował bowiem wydatny orli nos. - To nam się udało - odparł, wzruszając ramionami najstarszy z całej trójki. - Trop okazał się prawdziwy. Teraz najważniejsze, aby Herbert nie zgubił faceta, a Strasser zdążył na czas. - A my? - wtrącił się trzeci, brodaty, o szczerym, wiecznie uśmiechniętym słowiańskim obliczu. - Będziemy tu nadal tak bezczynnie siedzieć? - I czekać - wszedł mu w słowo najstarszy. - Aż Strasser albo Herbert dadzą znać, że wszystko poszło zgodnie z planem. Zrobiliśmy już swoje. Pół godziny później ktoś energicznie zastukał do drzwi, które po chwili uchyliły się i w progu stanął wysoki mężczyzna w mundurze Kripo. Policjant starł z twarzy krople potu, mimo że wrzesień był tego roku wyjątkowo chłodny i pochmurny. Może była to kwestia jego tuszy, a może nerwów, nad którymi nie potrafił zapanować. Zza jego pleców wyłonił się, w przeciwieństwie do funkcjonariusza Kriminal Polizei, uśmiechnięty młodzieniec. Z zadowolenia aż zacierał ręce. - Udało się! - krzyknął tak głośno, że aż stojący obok niego grubas zatrząsł się, spoglądając nań z niemym wyrzutem. - Więc to był on? - On, panie doktorze - odparł policjant, wyciągając dłoń ni to w geście powitania, ni podziękowania. Chwilę później przywitał się z pozostałymi. Gdy zbliżył się do mężczyzny z orlim nosem przez ułamek sekundy jakby zawahał się, ale w końcu i jemu mocno i serdecznie uścisnął dłoń. - Niech pan siądzie, inspektorze. - Mężczyzna tytułowany doktorem wykonał zapraszający gest ręką. Gdy Strasser spoczął na krześle, jego oparcie niepokojąco zatrzeszczało, jakby w ten sposób chciało wyrazić swój sprzeciw. - Gdyby nie wy… gdyby nie pan, doktorze… Doktor usiadł na sofie. Młodzieniec, który przyszedł wraz z inspektorem, wyszedł tymczasem z pokoju, by wrócić po minucie z butelką koniaku w ręku. - Gdzie są kieliszki? - spytał mężczyznę z orlim nosem. - Powinny być w barku. - To na co czekasz? Chwilę później wznosili już toast za udaną akcję. W pokoju zrobił się taki gwar, że nie zauważyli nawet, gdy pojawiła się w nim jeszcze jedna osoba. - Ładnie się bawicie. I nawet nie poczekaliście na mnie - zebrani usłyszeli pełen wyrzutu głos. Wzrok wszystkich mężczyzn powędrował w stronę drzwi, gdzie oparta o framugę stała kobieta. - Estero! - wykrzyknął doktor. - Czy ja nie zasłużyłam na koniak? - Ależ proszę bardzo. - Mężczyzna majestatycznie przedefilował przez cały pokój, aby oddać jej swój kieliszek. Estera miała nie więcej niż dwadzieścia pięć lat i pewną cechę charakterystyczną przyciągającą uwagę wszystkich, którzy się z nią stykali - ogniście rude włosy! I, podobno, takiż sam temperament. - Za co pijemy? - spytała, umoczywszy już usta w trunku. - Za nas - odparł Herbert, mrugając znacząco okiem do policjanta. - Za waszą grupę - dodał Strasser. - Ten trunek jest właśnie podarunkiem od inspektora. Kupiliśmy go po drodze, dlatego nie schłodzony… - Tylko tak mogę wam podziękować - wyjaśnił, zniżając głos do szeptu policjant. - Oficjalnie o waszym udziale w śledztwie nie dowie się nikt. Choć zdawali sobie z tego sprawę od samego początku, słowa Strassera mimo wszystko podziałały na nich przygnębiająco. Inspektor kolejno studiował ich twarze, wreszcie spytał: - Będziecie mieć o to do mnie żal? Milczała Estera, milczał Herbert, milczeli towarzysze doktora; wszyscy czekali na to, co on powie. - To nie ma znaczenia, inspektorze. Nie zrobiliśmy tego ani dla pieniędzy, ani dla sławy. To zabrzmi patetycznie i banalnie, ale chcieliśmy, aby nasze zdolności zostały wykorzystanie dla dobra ogółu. - I zostały - potwierdził kiwając przy tym znacząco głową policjant. - Łapanie przestępców to jest dobro ogółu. - I sprawy polityczne nie mają tu żadnego znaczenia - wtrącił nieśmiało mężczyzna o orlim nosie. Strasser spojrzał na niego niepewnie, nie wiedząc, czy w jego słowach nie krył się jakiś przytyk albo głęboko ukryta ironia. Na szczęście sytuację rozładowała Estera, na nią zawsze można było w takich chwilach liczyć. - Wie pan, inspektorze - zwróciła się do Strassera - jak lubię tańczyć i dobrze zjeść. Mam więc nadzieję, że w ramach rewanżu zaprosi mnie pan na kolację. Na twarzy policjanta natychmiast pojawiły się nowe kropelki potu. Wszyscy z zebranych doskonale wiedzieli, jak potwornie zazdrosną kobietą jest żona inspektora. Prośba Estery kryła więc w sobie element kobiecej, a więc niezwykle subtelnej, zemsty. - Dla pa-pani - zająknął się Strasser - zrobię wszystko. - Wszystko? - słowo to kobieta wypowiedziała takim tonem, że inspektor o mało co zjechał z krzesła na podłogę. Szybko opróżnił kieliszek i pożegnawszy się opuścił mieszkanie. Po jego wyjściu Herbert zwrócił się do Estery: - Nie musiałaś tego robić. - Ale ja naprawdę lubię się bawić. - W takim razie ja zabiorę cię na potańcówkę. Znam nawet w Berlinie odpowiedni lokal. - To na pewno jakaś spelunka - wtrącił doktor. - Nic z tych rzeczy - zaprotestował Herbert. - Znasz mnie przecież, Estero! Spór między mężczyznami przerwał sygnał telefonu. - Ja odbiorę - oznajmił stojący tuż obok szafki, na której stał aparat telefoniczny, mężczyzna o orlim nosie. Rozmawiał krótko, a kiedy skończył, na jego twarzy trudno byłoby się dopatrzyć choćby cienia radości. - Coś się stało? - spytał doktor. - Abraham zniknął. - Jak to, zniknął? - chciała upewnić się Estera. - Dzwoniła jego żona. - Co powiedziała? - nie dawał za wygraną Herbert. - Zadzwonili do niej z sądu. Abraham miał spotkać się z kimś w godzinach pracy, wyszedł z samego rana i już nie wrócił. Podejrzewają, że… - zamilkł, jakby bał się, iż to, co chce powiedzieć, okaże się prawdą. - Mógł zostać aresztowany - dokończył za niego doktor, a Herbert jedynie pokiwał potakująco głową. - Abraham? Za co? - spytała z niedowierzaniem Estera. - A za co ludzie znikają teraz z ulic i przepadają jak kamień w wodę? -dopowiedział mężczyzna o semickim wyglądzie. W pokoju zapadła nieznośna cisza. Jakież myśli musiały się teraz kotłować w ich głowach! - Zadzwońcie do Strassera - zaproponowała Estera. Herbert sięgał już po słuchawkę telefonu, ale doktor energicznym gestem powstrzymał jego rękę. - Inspektor nam nie pomoże, jeżeli Abrahamem zajęło się Gestapo. - Więc kto? Odpowiedzią było milczenie. Wstrętne, nie dające żadnej nadziei milczenie. |