|
Przed każdą falą pochylam głowę Sebastian Chosiński Część I 1. Burzowe chmury zasnuwały jeszcze niebo, kiedy zaczęło świtać. Padało nieprzerwanie od kilkunastu godzin. Gdzieniegdzie w oddali groźnie wyglądające błyskawice rozrywały w pół postrzępione sukno horyzontu. Na dodatek samolot co rusz wpadał w turbulencje, co jego pasażerowie przypłacali chronicznym podenerwowaniem. Nikt, choć całe towarzystwo nie spało, nie miał ochoty na rozmowę. Może w milczeniu słali błagania do Stwórcy, aby pozwolił im szczęśliwie osiąść na ziemi. Dzień zapowiadał się niezwykle pracowicie. Rozsądne byłoby, korzystając z ostatnich kilkudziesięciu minut lotu, oddać się w objęcia Morfeusza. Cóż z tego jednak, skoro sen nie chciał nadejść? Karl przybliżył twarz do okienka i spojrzał w dół. W ciemności niewiele mógł dostrzec. Gdy jednak zauważył falujące odbicie księżycowego rogalika, domyślił się, że samolot przemierza właśnie przestrzeń powietrzną nad Bałtykiem. Jaką pogodą przywita nas Smoleńsk? – zastanawiał się. Tyle słyszał o srogich rosyjskich zimach, których ofiarą padł nawet niepokonany, tak się przynajmniej bardzo długo Europejczykom zdawało, Napoleon Bonaparte. Dla pewności, wsiadając do samolotu w Lizbonie, Karl zabrał z sobą, z trudem upchnięte przez Gerdę w walizce, ciepłe zimowe futro. Zwykł je nosić, gdy jeszcze nie tak dawno z lubością oddawał się jeździe na nartach w swoich ukochanych Alpach. Niewiele brakowało, aby zabrał z sobą również Gerdę. Gotów był postawić wszystko na jedną szalę; ostatecznie zrezygnował jednak, gdy stanął przed pochmurnym obliczem swego bezpośredniego przełożonego. – Czy pan zwariował? – spytał Karla krótko i dosadnie zaawansowany już wiekiem, ale wciąż jeszcze znajdujący się w doskonałej kondycji fizycznej, oficer ze starej pruskiej arystokratycznej rodziny. Wysłano go na placówkę do Lizbony niejako za karę, czym on jednak wcale się nie przejmował. Choć głośno tego nie mówił, w duchu cieszył się, że – jak wielu innych z jego sfery – nie został wplątany w wojenną aferę, za którą, był tego pewien, kiedyś przyjdzie Niemcom słono zapłacić. Lubił Karla i lubił także Gerdę. Traktował dziewczynę po trochu jak własną córkę, której nigdy się nie doczekał. Nie chciał więc nawet przyjąć do wiadomości myśli, że ów uroczy, ale i lekkomyślny młodzian mógłby dobrowolnie ciągnąć swoją piękną żonę w same odmęty piekła. To, że kobieta sama wyraziła taką chęć, poczytywał jedynie jako fanaberię młodej mężatki. Karl wyprężył się przed pułkownikiem i odparł: – Gerda uznała, że jej miejsce jest… Ale nie było mu dane dokończyć. Starzec machnął ze złością ręką, przerywając jego odpowiedź. – Wykluczone! – mruknął autorytatywnie pod nosem i zmęczony opadł na obity czarną skórą drewniany fotel. Dyskusję uznał za skończoną. O dziwo, Karl nie opuszczał jednak gabinetu pułkownika ze złością. Owszem, wolałby mieć Gerdę przy sobie – tym bardziej że od dnia, kiedy przed obliczem katolickiego księdza, Portugalczyka zresztą, wypowiedzieli sakramentalne "tak" nie minęły jeszcze nawet trzy miesiące – ale z drugiej strony zdawał sobie przecież doskonale sprawę, że nie wybiera się do Rosji z kurtuazyjną wizytą ani na zimowe wakacje. Kiedy powtórzył żonie polecenie zwierzchnika, kobieta zrobiła się purpurowa. – Co on sobie myśli? Ten wstrętny staruch! – Karl po raz pierwszy widział taki wybuch złości u Gerdy. – Chciałabyś z nim o tym porozmawiać? – zapytał, podnosząc z widełek słuchawkę telefonu. Dopiero wtedy Gerda dała za wygraną. Ale wieczorem, gdy położyli się do łóżka, przypuściła kolejny atak. Nie pomagało żadne tłumaczenie, powoływanie się na służbowy nakaz, sugerowanie, jaka kara mogłaby spotkać go na miejscu za taką niesubordynację. Ustąpiła wreszcie, gdy zalał ją strumieniem najbardziej wyrafinowanych pieszczot, solennie przy tym obiecując, że wróci jak najszybciej, od razu następnego dnia po wykonaniu powierzonego mu zadania. Otóż to, zadanie! Pułkownik nie miał pojęcia, po co wzywają Karla do Smoleńska. Był jednak pewien, że wezwanie to nie wróży nic dobrego. Dzień przed podróżą zaprosił go do siebie i poczęstował kieliszkiem markowego francuskiego koniaku. – Powinieneś spodziewać się najgorszego – powiedział tajemniczym głosem, gdy tylko zamknął za swym gościem drzwi gabinetu w ambasadzie. Karl znieruchomiał; oczekiwać mógł wszystkiego, ale na pewno nie takiego właśnie początku rozmowy. – Co pan ma na myśli, pułkowniku? – odparł pytaniem. – Różne informacje do nas stamtąd docierają. Ciekawość Karla została połechtana. Widział jednak na twarzy staruszka poważne wahanie, co jasno dowodziło, że wie on dużo, ale tak naprawdę nic nie może powiedzieć. – W każdym razie – kontynuował pułkownik – nie dziw się tam niczemu. – Nadal nie rozumiem. – Zrozumiesz, gdy tylko wylądujesz w Smoleńsku. Tym razem koniak mu nie smakował. Ani kolacja, na którą pół godziny później zaprosiła obu panów gospodyni pułkownika. Przez ciemne chmury powoli zaczęły przebijać pierwsze promienie słońca. Świtało. Karl z ciekawością przyglądał się rozległym równinom, upstrzonym gdzieniegdzie niewielkimi wiejskimi osadami, w których wciąż jeszcze królowały drewniane domy. Nie dziw się niczemu – pobrzmiewało mu w uszach zdanie wypowiedziane przez pułkownika. I nie dziwił się. O nic nie pytał, a jedynie kodował sobie w głowie wszystko, co mogło, jego zdaniem, odbiegać od przyjętych w jego sferze norm. Z zamyślenia wyrwał go ruch na pokładzie. Jeden z pilotów wyszedł ze swojej kabiny i mówiąc bardzo głośno, aby przekrzyczeć szum silników, poprosił wszystkich pasażerów o zapięcie pasów. Podchodzili do lądowania. Karl spojrzał na zegarek. Mniej więcej za godzinę będę wiedział już wszystko – podsumował w myśli, po czym, wykonawszy polecenie pilota, zapiął pasy i zamknął oczy. W tych ostatnich minutach chciał pobyć jeszcze sam na sam z Gerdą. 2. Od pół godziny Karl z niecierpliwością oczekiwał na audiencję u pułkownika Wilfrieda von Herzoga. Chodził nerwowo po korytarzu i niemal co minutę pytającym wzrokiem spoglądał na dyżurującego przed gabinetem dowódcy oddziałów specjalnych w rejonie smoleńskim sierżanta. Staruszek gapił się jednak na niego z całkowitą obojętnością. Do niedawna zapewne jeszcze, jako rezerwista, spokojnie grywał w szachy z podobnymi jak on weteranami poprzedniej wojny w swoim ulubionym barze gdzieś w Schwarzwaldzie. W niczym nie był w stanie Karlowi pomóc. Wzruszał jedynie ramionami i kręcił głową, wskazując w ten sposób na stopień swojej bezradności. Jego wzrok zdawał się mówić: "Przecież jest wojna, wszyscy musimy uzbroić się w cierpliwość". Karl, nie mogąc doczekać się spotkania z wysokim stopniem oficerem SS, postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza. Przemierzył pewnym siebie krokiem korytarz i wyszedł na dziedziniec budynku, w którym przed wojną – jak mu zdążono powiedzieć – mieściła się siedziba osławionej sowieckiej tajnej policji. Teraz całość zabudowań przejęli podwładni Heinricha Himmlera. Znając doskonale cele i metody działania esesmanów, Karl był pewien, że przeznaczenie więziennych cel, które musiały mieścić się w piwnicach, pozostało dokładnie takie samo. Wolałby nigdy tam nie trafić, nawet w roli zwiedzającego. Chociaż był dopiero początek grudnia, temperatura sięgała już minus dwudziestu stopni Celsjusza. A więc to jest ta słynna rosyjska zima – pomyślał od razu po opuszczeniu pasażerskiej kabiny samolotu. Na szczęście natychmiast zabrano go ogrzewanym mercedesem na spotkanie z pułkownikiem. Wyciągnął z kieszeni paczkę portugalskich papierosów i zgrabiałymi od mrozu dłońmi z trudem wygrzebał jednego. Przypomniał sobie jednak, że nie ma przy sobie zapalniczki. Zaczepił więc przechodzącego obok podoficera. Żołnierz ten mógł mieć około trzydziestu lat, był zatem w wieku Karla. Jego twarz zdradzała irytację i niezadowolenie. Może spieszył się na obiad, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym pomieszczeniu. Tak bardzo, że zapomniał nawet oddać honory starszemu stopniem. Dziwne obyczaje – stwierdził w myśli Karl, ale od razu też przypomniał sobie dobrą radę swego przyjaciela z Lizbony: "Nie dziw się niczemu". Ogień podał mu wartownik, rytmicznie przemierzający w tę i z powrotem krótki odcinek wzdłuż bramy odgradzającej siedzibę SS od ulicy. Wypaliwszy papierosa do końca, Karl wrócił do budynku. Z daleka dostrzegł uśmiechniętą twarz sierżanta, który, gdy tylko podszedł bliżej, poinformował go, że pułkownik „już czeka". Von Herzog był niezbyt groźnie wyglądającym, postawnym mężczyzną pod sześćdziesiątkę. Jego dobrotliwa twarz jawnie kontrastowała ze złowrogą czernią esesmańskiego munduru. Bez słowa powitania wskazał Karlowi fotel, na którym ten po zdjęciu wierzchniego okrycia zasiadł. Pułkownik nie poszedł jednak w jego ślady; stał po drugiej stronie biurka, górując nad Karlem i mówiąc doń z wysokości swego autorytetu. – Zastanawia się pan zapewne, kapitanie, dlaczego ściągnęliśmy pana tutaj aż z dalekiej Portugalii. – Początek przemówienia wydał się Karlowi nad wyraz szablonowy. – Proszę mi jednak uwierzyć, że powód, dla którego to zrobiliśmy, nie należy do błahych. – Nie wątpię – odpowiedział, zgodnie zresztą z prawdą, Karl. Nie spodziewał się przy tym, że za ten niewinny wtręt zostanie zgromiony wzrokiem przez von Herzoga. Staruszek widocznie bardzo nie lubił, gdy mu ktoś przerywał. Karl przepraszająco kiwnął głową, przybierając przy okazji nader niewinną minę. – Rosja to wielki i wspaniały kraj – podjął pułkownik po chwili przerwy. Przypominało to wstęp do bardzo długiego wykładu, Karl postanowił zatem uzbroić się w cierpliwość. Zgodnie z przewidywaniami, przez następny kwadrans von Herzog przybliżał swojemu gościowi zawiłe koleje rosyjskiej historii, począwszy od wyprawy Igora, aż po objęcie władzy przez Stalina. Nie ukrywał przy tym swego bałwochwalczego stosunku do niektórych z carów, między innymi Iwana Groźnego, Borysa Godunowa i Piotra Wielkiego, z drugiej zaś strony – odrazy do czerwonych władców Kremla, Lenina i Stalina. Potok słów, wylewający się z ust pułkownika, brzmiał niewiarygodnie u człowieka, który nosił na sobie mundur oficera SS. Karl postanowił być czujny. Może to tylko rodzaj prowokacji? – zastanawiał się. – Ale co miałaby ona udowodnić? Nigdy nie byłem rusofilem, w przeciwieństwie do… – z coraz większym zainteresowaniem przyglądał się von Herzogowi. Zapewne i on dostrzegł zdziwienie na twarzy niemal o połowę od siebie młodszego żołnierza, skoro w pewnym momencie przerwał, chrząknął znacząco i stwierdził: – Zaraz odpowiem na nurtujące pana pytania. Jeśli się nie mylę, ma pan dwa takie. – Dwa? – zdziwił się Karl. – Pierwsze brzmi: "Skąd moje tak wielkie zamiłowanie do Rosji?", prawda? – A drugie? – Wpaść na nie jest chyba jeszcze prościej – zripostował von Herzog. – Próbuje pan dociec przyczyn swojej tu obecności. – Owszem. Pułkownik dostojnym krokiem przemierzył gabinet. Karl starał się nie wodzić za nim wzrokiem. Utkwił swe spojrzenie w widok za oknem, które całkowicie przesłonięte zostało gęstymi, sypiącymi się z nieba, białymi płatkami. – Jeżeli pan pozwoli, zacznę od siebie – kontynuował oficer SS. – Urodziłem się w 1886 roku na terenie jednego z państw bałtyckich. Moi rodzice byli Niemcami. Postanowili zadbać o moje wykształcenie, więc wysłali mnie do elitarnej szkoły wojskowej w Sankt Petersburgu. W czasie poprzedniej wojny służyłem w carskim wojsku, zostałem kapitanem. Kiedy wybuchła rewolucja, opuściłem szeregi białej armii i udałem się na Łotwę, która właśnie podjęła walkę o niepodległość. Wygraliśmy dzięki brytyjskiej pomocy. Dwa lata temu przeniosłem się do Niemiec i wstąpiłem do SS, gdzie uznano mnie za specjalistę od spraw wschodu. Awansowano mnie nawet na Oberführera, ale jak sam może się pan przekonać większą wagę przywiązuję do stopnia, jakim obdarzono mnie w armii łotewskiej. Opowieść ta, choć krótka i na pewno nie zdradzająca wielu ciekawych kolei losu von Herzoga, wywarła na Karlu ogromne wrażenie. Od tej pory patrzył on na pułkownika z dużo większym szacunkiem niż zasługiwałaby na to osoba w esesmańskim mundurze. Dlaczego właśnie SS? – zastanawiał się, ale nie miał odwagi zadać tego pytania na głos. – Teraz przejdźmy do pana. – Powiedziawszy to, pułkownik usiadł wreszcie na fotelu za biurkiem. Zamaszystym gestem otworzył jedną z szuflad i wyciągnął stamtąd nieco już pożółkłą i mocno pomiętą broszurę. Bez większych oznak szacunku rzucił ją na blat biurka. Karl nie musiał przyglądać się bliżej okładce. Był pewien, że widnieje na niej jego nazwisko. Von Herzog najpierw zmierzył go znanym już Karlowi srogim spojrzeniem, by po chwili rozjaśnić twarz prawie niedostrzegalnym delikatnym uśmiechem. – Gdybym powiedział któremuś ze swoich przełożonych, że właśnie z uwagi na to pisemko ściągnąłem pana tutaj aż z Lizbony, zapewne wszyscy zgodnie popukaliby się w głowę – oznajmił. – A jednak. – To stare dzieje – wtrącił Karl, niepomny niepisanych, ale wciąż obowiązujących, zakazów przerywania pułkownikowi. – Czytałem kiedyś książkę pewnego polskiego pisarza, noblisty, i to właśnie ona zainspirowała mnie do stworzenia cyklu artykułów o… Pułkownik nie dał mu dokończyć. – Ja pana o nic nie oskarżam – wtrącił. – Przeczytałem tę broszurę jeszcze przed wojną, znam też Reymonta. – Karl ponownie posłał von Herzogowi pełne zaskoczenia spojrzenie. – Wtedy traktowałem to jako czystą rozrywkę, dzisiaj… – przerwał, jakby nagle zabrakło mu słów, którymi mógłby wyrazić skomplikowaną myśl. – Dzisiaj – podjął wątek po kilkunastu sekundach milczenia – mam wrażenie, że może jednak nie wszystkie zawarte w pana książeczce idee można by włożyć między bajki. Bardzo delikatnie to ujął – stwierdził w myśli młody oficer. Gdyby taką opinię pułkownik wyraził przed kilkoma laty, tuż po wydaniu broszury, byłaby to jedna z najłagodniejszych recenzji, jakie Karl czytał na temat swego "dzieła". A teraz – jakie to ma znaczenie? Widocznie jednak ma, skoro z powodu tej zapomnianej przez świat broszury przerywano jego spokojny pobyt na placówce w neutralnej Portugalii. – Bawił się pan kiedyś w medium? – spytał von Herzog, za wszelką cenę starając się nadać swemu głosowi ton powagi. – Nigdy – odparł zgodnie z prawdą Karl. – Skąd zatem czerpał pan informacje, które potem tak zgrabnie i przystępnie opisał? – Zawsze interesowała mnie parapsychologia. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, specjalistami w tej dziedzinie. – Także z osobami, które moglibyśmy określić jako medium? – Także – potwierdził kapitan. Na twarzy von Herzoga zagościła ulga. Jakby bardzo ciężki kamień spadł z serca doświadczonego wojaka. Pułkownik pochylił się nad biurkiem i sięgnął po broszurę, przekartkował ją, po czym wbił wzrok w jedną z gęsto zadrukowanych niewielką czcionką stron. – Jakim mianem określiłby pan Damiana Frasa? Fras? To nazwisko przywołało w Karlu stare wspomnienia. Magister, a niebawem nawet doktor Fras. Jeden z najbardziej lubianych przez studentów wykładowców uniwersytetu w Lipsku. W roku 1938 zniknął nagle z uczelni. Podobno dopatrzono się wśród jego przodków Żyda. A może nawet samemu doktorowi udowodniono, że jest Żydem? – Co może pan o nim powiedzieć? – pytanie zadane przez pułkownika wyrwało Karla z zamyślenia. – Damian Fras był jednym z najlepszych medium, z jakimi miałem do czynienia – odparł krótko. – Podobno potrafił przewidywać przyszłość. – Gdzie jest teraz? – spytał krótko von Herzog głosem twardym jak hartowana stal. Karl długo zastanawiał się nad odpowiedzią, wreszcie wydukał to, co pierwsze przyszło mu na myśl: – To akurat pan i pańscy koledzy powinni wiedzieć najlepiej. W pułkownika jakby piorun strzelił. – Nie chce pan chyba powiedzieć, że jest komunistą… Karl pokręcił przecząco głową. – …albo Żydem? Młody oficer w milczeniu spuścił głowę, zawieszając wzrok na czubkach swoich wojskowych butów, do noszenia których nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić. – Żyje jeszcze? – przytomnie spytał von Herzog, w odpowiedzi na co Karl mógł jedynie wzruszyć ramionami. – Straciłem z nim kontakt przed trzema laty. Nie wiem nawet, co się z nim później stało. – Cóż – odparł pułkownik, z powrotem rzucając broszurę na biurko. – Spróbujemy go odszukać. Jeżeli jest jeszcze kogo szukać… Jeżeli – dopowiedział w myśli Karl. – Tylko po co? 3. Spacery brzegami Renu należały do jego ulubionych rozrywek. Inni wprawdzie w ogóle nie nazywali tego rozrywką, ale akurat dla niego był to najlepszy sposób na wypoczynek. Zdarzało się, że łowił ryby, innym znów razem, przebrany w sportowy dres, przemierzał truchtem kilkanaście kilometrów, wsłuchany w cichy, uspokajający szum leniwie płynących wód rzeki. Obojętnie na co się decydował, wstawał zawsze o tej samej godzinie – szóstej rano. Obojętnie czy chodził do pracy, czy też miał właśnie krótki, ale za to bardzo zasłużony urlop. Nigdy nie narzekał. Nie miał powodów. Bóg, w którego istnienie wierzył, bo był zaprzysiężonym deistą, postarał się, aby wiodło mu się zarówno w życiu prywatnym, jak i służbowym. Wcześnie się ożenił i szybko doczekał dwójki dzieci. Kariera naukowa również rozwijała się bez zastrzeżeń. Profesor Marcus Wolff uczynił go adiunktem w swoim zakładzie. Od tamtej pory to właśnie w nim upatrywano przyszłego dziekana uniwersyteckiego Wydziału Psychologii. Aż pewnego dnia po przyjściu do pracy zastał profesora w swoim gabinecie. Mina Wolffa zdradzała duże napięcie. – Ma pan gości – wyjaśnił profesor. – Gości? – zdziwił się. – Czekają na pana u mnie. – Kto to? Wolff wzruszył jedynie ramionami. – Podobno to jedynie formalność. Niech pan idzie, ja poczekam tutaj. Gdy wolno przemierzał uczelniany korytarz, serce podchodziło mu do gardła. Obawiał się najgorszego i, jak się okazało, czekało go najgorsze. Ilsa, sekretarka profesora, nie odpowiedziała nawet na jego przywitanie. Wskazała jedynie palcem zamknięte drzwi gabinetu. Oficer, który na niego czekał, miał twarz cherubinka. Ale mundur, który miał na sobie, zdecydowanie nie nastrajał optymistycznie. Po kilku minutach jałowej dyskusji na tematy zawodowe, esesman przeszedł do sedna. – Ukrył pan dane o swoim pochodzeniu – stwierdził beznamiętnym tonem. – Prawdziwym pochodzeniu. Na potwierdzenie swoich słów wyjął z teczki plik dokumentów. Odpiął od pozostałych jeden z nich i przeczytał: – Pański pradziad ze strony matki nazywał się Goldstein, prawda? Naukowiec potwierdził ruchem głowy. – Przybył do Niemiec w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku z… – esesman szukał przez chwilę odpowiedniego akapitu, wreszcie znalazł i dokończył: – Z Otwocka. To miasto nieopodal Warszawy – dodał gwoli jasności. – Jak długo pańska rodzina tam mieszkała? – spytał, podnosząc wzrok znad dokumentu. Damian zastanawiał się kilka sekund, po czym odparł: – Nie mam pojęcia. Matka nigdy nic na ten temat nie mówiła. – Nie mówiła – powtórzył jak echo esesman. – Wcale mnie to nie dziwi. Dane, jakie udało nam się zebrać, panie Fras, są bowiem bezlitosne. Ojciec Samuela Goldsteina był… – oficer zawiesił głos dla dodania efektu – rabinem w Otwocku. Nogi pod Damianem ugięły się. Z trudem zrobił kilka kroków, aby wreszcie paść na krzesło. – Ale ja… ja jestem Niemcem – wyjaśnił. – Pański ojciec, owszem, był Niemcem, ale pańska matka jest z pochodzenia Żydówką. I co z tego? – chciał zapytać. – Jakie to ma znaczenie, co robił jej dziad? – Wiedział jednak doskonale, że żadna dyskusja nie ma najmniejszego sensu. Że to, co starał się tak skrupulatnie przez ostatnich pięć lat ukrywać, przestało być tajemnicą. Podniósł głowę i wbił wzrok w dziecięcą twarz esesmana. Miał teraz ochotę rzucić się na niego i zadusić własnymi rękoma. Ten widocznie właściwie odczytał spojrzenie Frasa, bowiem dyskretnie cofnął się o dwa kroki i prawie niedostrzegalnym ruchem położył prawą dłoń na kaburze. – Pan wie, co to oznacza? – spytał oficer, przerywając ciężką, nieznośną ciszę, jaka zapadła w tym niewielkim, po spartańsku urządzonym pomieszczeniu. Damian zaprzeczył. Grał na zwłokę, chociaż wiedział doskonale, że nie przyniesie to żadnego pozytywnego dlań efektu. Jeśli przysłali oficera na uczelnię, to jednocześnie wyposażyli go w konkretne instrukcje. – Co ze mną zrobicie? – spytał zrezygnowanym głosem Fras. – Pojedzie pan ze mną – odparł oficer. – Samochód czeka przed budynkiem. – A potem? – To już nie ode mnie zależy. – Zostanę oskarżony? – dopytywał się. Esesman nic jednak nie odpowiedział. Podszedł do drzwi, otworzył je szeroko i wykonał zapraszający gest ręką. Tydzień po opuszczeniu uczelni otworzyły się przed Frasem inne wrota – brama obozu koncentracyjnego w Dachau. Wcześniej słyszał co nieco o tym miejscu, ale nigdy nie przypuszczał, że przyjdzie mu je poznawać od środka. Doktor psychologii nie był wcale ewenementem w baraku, w którym umieszczono Frasa. Roiło się tu od wykładowców szkół wyższych. Wszystkich łączyło jedno – byli Żydami. I Fras szybko przywykł do tej myśli. Od momentu gdy po raz pierwszy, drugiego dnia pobytu w obozie, wyszedł na poranny apel, nie mówił już i nie myślał o sobie inaczej. – Jestem Żydem – powtarzał, leżąc na pryczy, wycieńczony niewolniczą pracą od rana do zmierzchu. – Co ty tam mruczysz? – spytał go towarzysz niedoli, zajmujący sąsiednią pryczę, jeden z najwybitniejszych badaczy Pisma świętego. Przechrzta, wżeniony w stary niemiecki ród z tradycjami, co jednak nie uratowało go przed prześladowaniami hitlerowców. – Jestem Żydem – powtórzył z naciskiem Fras. Sąsiad spojrzał mu prosto w oczy, jakby podejrzewał w Damianie pierwsze oznaki choroby psychicznej. Ale ten przewrócił się natychmiast na drugi bok i zapadł w sen. Śnił mu się błękitny brzeg Renu. Znów łowił ryby jak za dawnych lat. Znów spacerował z żoną, a przed nimi wesoło biegały dzieci. Znów… ciszę nocy przerwał ryk strażnika, oznajmiający wyjście na apel. Była piąta rano. Grudzień. Wciąż panowały ciemności, więc z baszt musiano skierować na tłum trzęsących się z zimna więźniów oślepiające reflektory. Fras stał w trzecim szeregu. Zaspany jeszcze przymykał oczy, co mogło się dlań skończyć fatalnie, gdyby został na tym przyłapany przez strażnika. Sprawdzano obecność. Kiedy doszło do niego, usłyszał krótki, brzmiący jak warknięcie psa rozkaz: – Wystąp! Nie dowierzał własnym uszom i pewny, że to jedynie złudzenie, dalej stał w miejscu. Zreflektował się jednak inny więzień, który pchnął go mocno do przodu. Fras stracił równowagę i przewrócił się na zmarzniętą ziemię. Kiedy się już podniósł, dostrzegł przed sobą nieznanego mu dotąd oficera. O dziwo, nie był on w mundurze SS. – To on? – nieznajomy zwrócił się do stojącego tuż za jego plecami, prowadzącego apel, esesmana. Ten podszedł do Frasa i zdzielił go pięścią w twarz. – Mów! – Damian Fras, więzień numer… Ale kapitan Abwehry już go nie słuchał. Tak, to był człowiek, po którego tu przyjechał. Człowiek, którego dobrze znał, lecz teraz – z uwagi na jego fatalny stan fizyczny – nie był w stanie rozpoznać. Może gdy się umyje, naje, przebierze w cywilne rzeczy… – pomyślał, po czym zwrócił się do esesmana: – Proszę go zaprowadzić do łaźni, nakarmić i wydać ubranie. Będę czekać na niego w komendanturze za – kątem oka zerknął na zegarek – pół godziny. Kiedy czterdzieści minut później Fras przekroczył próg gabinetu komendanta obozu, wcale nie wyglądał lepiej. Jego stara marynarka, w której przywieziono go do obozu trzy lata wcześniej, wisiała teraz na nim jak na strachu na wróble. Miał zmęczoną, poszarzałą twarz, nie wyrażającą żadnej nadziei. Przywykł już do obozowego życia i pogodził się z myślą, nieobcą żadnemu z więźniów, że to miejsce będzie jego ostatnim przystankiem na ziemskim padole. – Najadł się pan? – spytał oficer Abwehry. – Tak, dziękuję – odparł Fras. Uważnie i z zaciekawieniem rozglądał się po gabinecie. Przez moment jego wzrok zatrzymał się na zawieszonych na ścianie za biurkiem komendanta portretach Hitlera i Himmlera i przez tę chwilę zagościła na jego twarzy czysta nienawiść. Szybko jednak zreflektował się, w czyim jest towarzystwie i pokornie spuścił głowę. – Proszę usiąść – usłyszał po chwili. Odzwyczaił się już od takiego traktowania, dlatego też trwało kilka sekund, nim zdecydował się wreszcie wykonać prośbę czy też polecenie nieznajomego. Oficer tymczasem otworzył drzwi gabinetu i przywołał do siebie sekretarkę komendanta. – Dzbanek gorącej kawy – zakomenderował. – I proszę nie zapomnieć o cukrze i śmietance, jeśli macie tu w ogóle takie rzeczy. – Mamy – odparła zdezorientowana kobieta, której po chwili drzwi zatrzasnęły się tuż przed nosem. Oficer wywiadu, stojąc za plecami więźnia, wyciągnął z zewnętrznej kieszeni munduru złożoną na cztery kartkę i podał ją Frasowi. Były to referencje od samego Himmlera, nakazujące udzielenie wszelkiej możliwej pomocy osobie, która legitymuje się tym dokumentem. Wystawiono go na nazwisko Karla Frölicha. Kapitan czekał na reakcję Frasa. Więzień, doczytawszy dokument do końca, podniósł się z krzesła, odwrócił i tępy wzrok wbił w twarz oficera. Przeróżne, niekiedy dość skrajne, odczucia malowały się na jego obliczu. – To pan? – wydusił wreszcie z siebie. Karl nic nie odpowiedział. Podszedł do więźnia i podał mu dłoń. Chwilę później, nie mogąc powstrzymać wzruszenia, Fras rzucił mu się w objęcia. Niecodzienny musi to być widok – pomyślał Frölich, mając jednocześnie nadzieję, że nie zastanie ich w tej dwuznacznej sytuacji sekretarka, która lada chwila powinna przynieść gorącą kawę. – Usiądźmy – zaproponował Karl. – Tak będzie bezpieczniej. Gdy tylko usiedli, usłyszeli ciche pukanie do drzwi. Po chwili nieśmiałym krokiem weszła do gabinetu kobieta. Bez słowa postawiła na biurku tacę z kawą i filiżankami, po czym ulotniła się jak kamfora. – Co pan tu robi? – spytał Fras, kiedy już doszedł nieco do siebie. – Przyjechałem po pana. – Po mnie? – Jest mi pan potrzebny, panie doktorze. Fras niewiele rozumiał, ale nie pozbawiony jeszcze zupełnie instynktu samozachowawczego doszedł do zaskakującego wniosku, że oto właśnie otwiera się przed nim olbrzymia szansa – szansa na przeżycie. – SS mnie potrzebuje? – spytał ze zdziwieniem. – Powiedziałbym raczej, że Niemcy. – Te same Niemcy, które wsadziły mnie tutaj? – Te same – odparł z drżeniem w głosie Karl. – Ale i nie te same – dodał po chwili. Zdawał sobie sprawę z relatywizmu wygłoszonej właśnie teorii, ale jak inaczej mógł sformułować myśli zalegające teraz jego umysł. – W czym mogę pomóc ja, skromny żydowski naukowiec… wielkim Niemcom? – Frölich łatwo odczytał w słowach Frasa ironię. Ale nie zareagował. W momentach największego upadku często trzyma ludzi przy życiu wcale nie nadzieja, ale nienawiść do tych, którzy upadek ten spowodowali. – Wyciągnę pana stąd. – To już wiem – odparł Fras. – Proszę o więcej informacji. – Na razie nie mogę ich panu udzielić. Nie tutaj – poprawił się Karl. – Dokąd pan mnie zabierze? Chyba że to także jest tajemnica. Wówczas nie musi pan mówić. – Przyjechałem z Rosji i tam jeszcze dzisiaj wracam. A pan – ze mną. Fras długo mełł w myśli propozycję kapitana Abwehry. Karl wiedział, że się zgodzi, ale – aby utrzymać chociażby pozory wolnej woli więźnia – nie naciskał na niego. Każdy z nich odgrywał swoją rolę. Tyle że tylko jeden z nich nie miał nic do stracenia. – Dobrze – stwierdził wreszcie, po nieznośnie długim milczeniu, psycholog. – Ale jeśli mam jechać z panem… do Rosji, prawda?… – upewnił się – to nie dzisiaj, ale jutro. – Dlaczego jutro? – odparł pytaniem Karl. Niepotrzebnie jednak pytał. znał przecież odpowiedź. Przyjeżdżając tutaj, przygotowany był na każdą ewentualność. Miał tylko nadzieję, że tych informacji będzie mógł Frasowi zaoszczędzić. – Dzisiaj pojedziemy do Lipska – wyjaśnił naukowiec. – Jeśli mam panu pomóc, niech pan najpierw pomoże mnie. – Myśli pan o żonie? – wtrącił Karl i zamilkł. By zatuszować swoje podenerwowanie, sięgnął po dzbanek i nalał do filiżanek ciepły jeszcze, aromatyczny płyn. – Chciałbym się z nią zobaczyć – wyjaśnił Fras. Kapitan wsypał do każdej z filiżanek po dwie łyżeczki cukru i dolał śmietankę, później jedną z nich podał swemu dawnemu wykładowcy. – To mój warunek – dodał naukowiec. – Jedyny. – Pańska żona – zaczął ostrożnie Karl – nie mieszka już w Lipsku. Półtora roku temu przeprowadziła się na północ, do Rostocku. – Moja żona? – spytał Fras, jakby chciał się upewnić, że rozmawiają o tej samej kobiecie. – Dlaczego? – Więc pan o niczym nie wie? – A o czym to powinienem wiedzieć? Karl wziął łyk kawy, po czym odstawił filiżankę na biurko, wstał i podszedł do okna. Wychodziło ono na główny plac obozu. Wygnani z baraków więźniowie wciąż jeszcze stali na mrozie w równym szeregu, mimo że apel dawno się już skończył. Młody kapitan dopiero teraz zrozumiał, dlaczego w starożytności zabijano posłańców przynoszących złe wieści. Sam wolałby teraz zapaść się pod ziemię, aniżeli powiedzieć temu człowiekowi – człowiekowi, którego kiedyś tak bardzo szanował i podziwiał – prawdę. – Niech pan nie mówi mu wszystkiego – poradził Karlowi przed odlotem ze Smoleńska von Herzog. – W ten sposób pan go nie przekona. – Nie przekonam go tym bardziej, jeśli skłamię – odpowiedział wówczas Frölich. Teraz zaczerpnął tchu, odwrócił się do Frasa i na wydechu wyrecytował wyuczoną na pamięć formułkę: – Pan już nie ma żony, panie doktorze. Po tym jak pana aresztowano, złożyła ona w lipskim sądzie wniosek o uznanie małżeństwa za nieważne z powodu informacji, jakie pan zataił na temat swojego pochodzenia. Wyrok wydano zaocznie. Pół roku później wyszła ponownie za mąż, za pewnego przedsiębiorcę z Rostocku, członka NSDAP. – Margaret? – spytał z niedowierzaniem Fras. – A dzieci? Co z dziećmi? – Po uzyskaniu rozwodu zrzekła się praw rodzicielskich. Herman i Luiza zostali rozdzieleni i umieszczeni w domach dziecka. Niestety, nie wiem gdzie. Nienawidził się za to, nienawidził, że musiał takiego człowieka obarczyć tak ogromnym brzemieniem. Jakże teraz prosić go o pomoc? – Czy, wiedząc o tym wszystkim, nadal… – …chcę panu pomóc? – dokończył za niego Fras. – A jakie mam inne wyjście? Zamyślił się. Wstał, obszedł biurko i zatrzymał się przed portretami przywódców III Rzeszy. Karl wystraszył się, że za chwilę pozrywa je ze ścian, rozbije, podepcze. Ale Fras, zachowując nadzwyczajny spokój, stanął jedynie obok niego przy oknie i spojrzał na długi sznur współwięźniów, ludzi-widm, kołyszących się ospale w rytm powiewów lodowatego grudniowego wiatru. – Pan zna swoją przyszłość – raczej stwierdził, niż spytał, Karl. – Byłem tu wystarczająco długo, by ją przewidzieć – odparł Fras i jednym szarpnięciem wzorzystą kotarą, upstrzoną w czerwone hackenkreuze, zasłonił okno. następna strona » |