4.
Przydzielono im kwaterę w jednej z willi na przedmieściu Smoleńska. Przed wojną należała ona do majora NKWD, który wraz z całą rodziną uciekł na wschód, gdy tylko usłyszał niesprawdzone jeszcze pogłoski o zbliżającej się wielkimi krokami armii niemieckiej. W przestronnym piętrowym domu pozostawił jedynie starą i nieco przygłuchą gospodynię. Miała dopilnować majątku do czasu jego powrotu.
Nic więc dziwnego, że widok niemieckich żołnierzy, którzy przyszli doń z informacją, że rekwirują willę, wzbudził w staruszce mieszane uczucia. Rozpłakała się przed nimi i na kolanach zaczęła błagać, by już teraz strzelili jej w głowę, bo jeśli jej pan wróci i nie zastanie wszystkiego tak, jak pozostawił, to czeka ją jeszcze gorsza mordęga. Żołnierze roześmieli się, ale też, nie chcąc stracić prestiżu, poturbowali trochę kobiecinę, zapowiadając na odchodne, że następnego dnia rano może spodziewać się nowych lokatorów.
Na razie było ich dwóch - kapitan Abwehry Karl Frölich i były doktor psychologii uniwersytetu w Lipsku Damian Fras. Niebawem spodziewano się następnych osób, między innymi esesmanów, którzy służyć im mieli za ochronę.
- Czy to konieczne? - spytał Fras, kiedy dowiedział się o tych planach od von Herzoga.
- Jesteście od dzisiaj pod szczególną ochroną - wyjaśnił mu pułkownik.
- To może niech chociaż po domu chodzą w cywilnych łachach - mruknął pod nosem psycholog, ale von Herzog uwagi tej już nie dosłyszał. Pewnie to i lepiej, bo chyba by mu się nie spodobała.
Gdy przemierzali starym wysłużonym volkswagenem centrum Smoleńska, siedzący na tylnym siedzeniu, obok Karla, Fras powiedział cicho:
- Do tej pory nie poinformował mnie pan, jakie nas czeka zadanie.
- Do tej pory czekam na oficjalne rozkazy - odpowiedział służbowo kapitan.
- I niczego się pan nie domyśla? - podpuszczał go Fras. - Taki rozgarnięty oficer. I to w dodatku Abwehry.
Frölich posłał mu obojętne spojrzenie, po czym przeniósł wzrok na kierowcę, jakby chciał dać znać swemu towarzyszowi, że nie powinni podejmować tego tematu w obecności osób trzecich, w dodatku niewtajemniczonych w zadanie. Fras zrozumiał i zamilkł aż do chwili, gdy dotarli na miejsce.
Staruszka gospodyni powitała ich w progu, mrucząc coś po białorusku albo rosyjsku.
- Czy pan zna ten język? - Karl zwrócił się do Frasa.
- Skąd? - odparł naukowiec. - Moi przodkowie podobno pochodzili z Polski - wytłumaczył. - Z Otwocka - dodał, jakby to miało jakieś znaczenie. - Wie pan, gdzie to jest?
- Nigdy nie byłem w Polsce - odpowiedział Frölich.
- Ja też - dokończył Fras.
Minęli skrzeczącą kobiecinę i weszli do przestronnego holu. Kierowca, który był jednocześnie żołnierzem SS, bawił się teraz w bagażowego, co rusz rzucając złowrogie spojrzenie na naukowca. Może ktoś mu powiedział, że Fras jest Żydem, a może z założenia nie lubił nikomu służyć i z równą niechęcią spoglądał nawet na von Herzoga.
Karl zajrzał do salonu, skąd krzyknął do Frasa:
- Proszę pójść na górę i wybrać sobie pokój.
- Mam spać na górze? - Nie wiedzieć dlaczego, polecenie to przywiodło mu na myśl obozowe prycze.
- Ze względów bezpieczeństwa - wyjaśnił kapitan. - Niech pan nie zapomina, że w tym kraju otaczają nas sami wrogowie.
- Ta starucha też? - Fras wskazał palcem gospodynię, która zaczęła właśnie pomagać esesmanowi wnosić ich bagaże do domu.
Frölich pojawił się ponownie w korytarzu i przyłapał naukowca na kontemplowaniu nieco jaśniejszego miejsca na ścianie, gdzie zapewne jeszcze do niedawna wisiał portret Stalina.
- Ciekawe, co z nim zrobili? - spytał, zauważywszy kapitana.
- Albo zabrali z sobą, albo to, co się zazwyczaj robi z relikwiami - pogrzebali w ogrodzie.
Kiedy już wszystkie bagaże znalazły się w korytarzu, kierowca odmeldował się i odjechał. Znikła też gdzieś staruszka. Nie szukali jej jednak, nie była im teraz do niczego potrzebna.
Zajęli dwa niewielkie, sąsiadujące ze sobą, pokoje na piętrze. Niemal całkowicie ogołocone z mebli i rzeczy, sprawiały przygnębiające wrażenie. Podobnie zresztą jak znajdujący się na tyłach willi, wyjątkowo nieprzyjaźnie o tej porze roku wyglądający ogród. Kikuty drzew przypominały szubienice. Fras długo gapił się na zmarznięte, pozbawione liści jabłonie.
- Coś panu ten widok przypomina, doktorze? - spytał Karl, kładąc Frasowi dłoń na ramieniu.
- Owszem. Ale niech mnie pan nie prosi o to, bym opowiedział tę historię. - Odwrócił twarz od okna, a Frölich kątem oka dostrzegł spływające po policzkach naukowca łzy. - Może kiedyś, gdy się już to wszystko skończy…
Karl zostawił go samego i zszedł na dół. W kuchni znalazł staruszkę, która właśnie zabrała się za przygotowanie obiadu.
Mam nadzieję, że nie zechce nas otruć - pomyślał i uśmiechnął się do swoich myśli.
- Jak się pani nazywa? - spytał po niemiecku. Kobieta jednak nic nie zrozumiała. Odpowiedziała coś wprawdzie, ale Karl był pewien, że nie jest to odpowiedź na jego pytanie.
- Ja jestem Karl - powiedział, celując wskazującym palcem we własną pierś. - Karl! - powtórzył z naciskiem. - A pani?
- Jelizawieta - odparła.
- Miło mi - mruknął i wyszedł, nie pytając już o nic więcej.
W salonie znalazł telefon, podniósł słuchawkę i, o dziwo, usłyszał w niej ciągły sygnał. Powinien sprawdzić połączenie z von Herzogiem, ale nie wpadł wcześniej na to, aby dowiedzieć się o numer telefonu do pułkownika. Umówili się jednak na wieczór, a sprawa, którą do niego miał, nie była aż tak pilna.
Po sytym i nadspodziewanie smacznym obiedzie gospodyni przytachała skądś, zapewne głęboko ukryty przed takimi jak oni, niepożądanymi gośćmi samowar i zaczęła parzyć herbatę. Śpiewała przy tym, skrzecząc niemiłosiernie, jakieś rosyjskie ludowe pieśni. Równie dobrze mogłaby śpiewać nawet piosenki rewolucyjne, bo poza "Międzynarodówką" i tak żadnej nie znali.
Fras krążył zniecierpliwiony po pokoju, ale nie miał sumienia, by kazać się jej zamknąć. Karl poczęstował go cygarem, ale ten odmówił, usprawiedliwiając się nabytą w obozie chorobą płuc.
- Co pan tam właściwie robił? - spytał w pewnym momencie kapitan, przerywając psychologowi marsz donikąd.
- Łupałem kamienie, nosiłem ciężary i trupy swoich towarzyszy niedoli.
- Trupy - powtórzył bezwiednie Frölich. - Więc to wszystko, co mówią, jest prawdą.
- Nic nie jest prawdą - odparł Fras, na co Karl zareagował szeroko otwierając ze zdumienia oczy. - Gwarantuję panu, że nie mówią nawet ćwierci prawdy z tego, co tam się dzieje naprawdę. - Wreszcie przystanął. Może się zmęczył, a może nie potrafił mówić o obozie inaczej, niż z należnym temu tematowi szacunkiem, niemal na baczność. - Podobno takie same obozy wybudowano w Polsce.
- Co to ma do rzeczy? - spytał kapitan.
- Ciekawe co tam robią?
- Nie rozumiem.
- Skoro nas, Niemców, mordowali z zimną krwią, to co robią z Polakami, z Żydami, z Cyganami?
- Zapewne także, jak i pana, zmuszają do niewolniczej pracy na rzecz Tysiącletniej Rzeszy - wyjaśnił, choć bez przekonania, Frölich. Pytanie Frasa zasiało w nim już bowiem ziarno niepewności.
Dopiero w ciągu ostatnich tygodni, odwiedzając Smoleńsk, a następnie obóz koncentracyjny w Dachau, zdał sobie sprawę, czym naprawdę jest ta wojna. Siedząc w Lizbonie, nie wiedział o niczym. Losy świata toczyły się obok niego. Grywał w tenisa, brał udział w organizowanych przez ambasadę rautach, kąpał się w morzu, podczas gdy w tym samym czasie jego rodacy parli daleko na wschód, walcząc z bolszewikami. Ci sami, choć inni, rodacy umierali w obozach tylko dlatego, że w ich żyłach dopatrzono się domieszki żydowskiej krwi.
Świat zwariował - skonstatował, gapiąc się na Frasa, który wrócił do przerwanego przed chwilą marszu. Znieruchomiał ponownie dopiero, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
- To pewnie von Herzog - uspokoił go Karl.
Pułkownik, zapewne przez wzgląd na niedawnego jeszcze więźnia, przyjechał w marynarce, na którą zarzucił ciepłe rosyjskie futro. Towarzyszył mu kierowca, ten sam, który kilka godzin temu przywiózł w to miejsce Karla i Damiana. Nie wszedł on jednak z von Herzogiem do środka. Pożegnali się na progu, po czym tamten odjechał.
Gdy pułkownik, oswobodziwszy się w korytarzu z futra, wszedł do pokoju, od razu za jego plecami, jak cień, wyrosła gospodyni. Spytała o coś, nie licząc zapewne na to, że otrzyma jakąkolwiek odpowiedź. Tym większe było więc jej zdziwienie, kiedy von Herzog zwrócił się do niej płynnie po rosyjsku. Rozmawiali potem przez kilka minut, zupełnie nie zwracając uwagi na zdezorientowanych kapitana i Frasa.
- Powiedziała, że to bezpieczna okolica - wyjaśnił pułkownik, kiedy już gospodyni rozlała do trzech filiżanek gorącą i niezwykle mocną gruzińską herbatę, po czym, ukłoniwszy się z szacunkiem, wyszła z salonu. - I że będzie wam służyć, jeśli wyrazicie na to zgodę.
- Ja nie mam nic przeciwko - odparł Fras. - Udowodniła już, że umie gotować.
- Ani ja - dodał Karl.
- No to jedna sprawa załatwiona. - Pułkownik z zadowolenia klasnął w dłonie. W cywilnych rzeczach w niczym nie przypominał zawodowego żołnierza, a już na pewno wysokiego oficera SS.
Fras doskonale jednak wiedział, że pozory potrafią bardzo mylić. Podczas trzyletniego pobytu w obozie widział takie rzeczy i takie zachowania ludzi, których wcześniej nie potrafiłby nawet przewidzieć. On - medium, główny bohater hobbystycznej, choć znanej w środowisku, broszury opublikowanej w drugiej połowie lat trzydziestych przez jednego z jego licznych studentów, Karla Frölicha. Sam fakt, że trafił do obozu był jaskrawym dowodem jego zawodowej porażki.
Dobrze, że Karl nie doszedł do takiego samego wniosku, bo w przeciwnym razie na pewno nie zadałby sobie trudu odszukania mnie w Dachau i zgniłbym tam jak wielu innych - stwierdził w myśli.
Von Herzog, delektując się herbatą z samowara, przybrał na twarz uśmiech typowy dla statecznych mężczyzn w jego wieku. Fras przyłapał się na myśli, że pułkownik przypomina mu kogoś z zamierzchłych uniwersyteckich czasów, kogoś, kogo lubił i szanował. Tyle że tamten człowiek na pewno nie pozwoliłby wpakować się w esesmański mundur. Chociażby dlatego, że był Żydem.
Wielu nas było w Niemczech - pomyślał Damian. - A ilu przetrwa tę wojnę?
Kiedy już von Herzog uporał się z filiżanką herbaty, przeszedł do spraw zawodowych. Wyjął z walizeczki, którą przywiózł z sobą i postawił obok fotela, wypchaną plikiem papierów papierową teczkę. Na ten moment z niecierpliwością czekał również Frölich.
Pułkownik uważnie prześledził treść dokumentu, wziął głęboki oddech i powiedział z troską:
- Niestety, pięciu osób z podanych przez pana nazwisk, kapitanie, nie udało się naszym ludziom zlokalizować.
- To znaczy, że… - chciał zadać pytanie Karl, ale ostro przerwał mu Fras:
- To znaczy, że ci rzeźnicy byli tym razem szybsi od pana, Frölich.
Powiedziawszy to, psycholog ugryzł się w język, ale było już za późno. Natychmiast oblał się rumieńcem i nerwowo czekał na reakcję pułkownika.
- Wnioskuję z pańskich słów, że nie darzy pan sympatią formacji, w której służę mojej ojczyźnie - ton głosu von Herzoga mógłby zmrozić najbardziej nawet rozgrzaną i podnieconą niewiastę. - Proszę się jednak, przynajmniej w mojej obecności, powstrzymać od tego typu uwag. Jeśli oczywiście nie ma pan zamiaru wrócić tam, skąd niedawno wyszedł…
Fras przepraszająco spuścił głowę i wyszeptał pod nosem słowa przeprosin. Pułkownik musiał je usłyszeć, ale nie dał po sobie znać, czy przeprosiny zostały przyjęte. Dla świętego spokoju psycholog zabrał swoje krzesło i siadł na nim w kącie pokoju w takiej pozycji, by von Herzog nie był zmuszony do patrzenia na niego.
Karl tymczasem z trudem przełknął ślinę, po czym ostrożnie zapytał:
- Kogo nie udało się namierzyć, panie pułkowniku?
Esesman ponownie spojrzał na listę i odczytał:
- Estera Kroft, prawdopodobnie tuż przed wybuchem wojny z Polską wyjechała do Paryża. Co potem się z nią stało, nie wiemy. Günther Schultz został przed rokiem aresztowany, oskarżony o sprzyjanie bolszewikom i rozstrzelany. Wasyl Stroikow, emigrant z Rosji, zginął w Norwegii, walcząc w naszej armii z Anglikami. Herbert Franke zmarł na gruźlicę w jednym z sanatoriów w szwajcarskich Alpach. Nie udało nam się ustalić miejsca pobytu Abrahama Löwitscha. Biorąc jednak pod uwagę jego pochodzenie… - tu zrobił przerwę dla zaczerpnięcia oddechu - myślę, że można przyjąć założenie, iż nie żyje.
Nazwiska odczytane przez von Herzoga wzbudziły w Karlu wspomnienia dawnych czasów. Poznał każdego z nich, z każdym rozmawiał, zbierając materiały do swojej broszury, każdego na swój sposób polubił. Znał ich także Fras, ocierający teraz w kącie pokoju łzy płynące wartkim strumieniem z jego oczu.
Nieznośną, pełną napięcia ciszę przerwał Frölich:
- Prosiłem pana, pułkowniku, o ustalenie miejsca pobytu ośmiu osób. Czy to oznacza, że pozostała trójka może do nas niebawem dołączyć?
Nim von Herzog odpowiedział, nalał sobie jeszcze z samowara herbaty. Chciał również obsłużyć Karla i Damiana, ale obaj podziękowali. Znacznie bardziej interesował ich los pozostałych znajomych.
- Franz Strickfeldt służy w Grecji, ściągnięcie go tutaj jest zatem kwestią zaledwie kilku dni. Większych kłopotów nie powinno być również z zaproszeniem do Smoleńska Artura Gottberga, który jest oficerem łącznikowym przy dowództwie Grupy Armii "A" feldmarszałka Lista. Natomiast trzeci z nich…
- Katz, Natan Katz - dopowiedział Karl. - Żyje?
- Owszem - potwierdził pułkownik. - Wiem nawet, gdzie jest. Ale myślę, że jego kandydaturę należałoby skreślić.
- Dlaczego?
- Ponieważ jest w Polsce.
- W Polsce? - zainteresował się, przerywając milczenie, Fras.
- Katz to żydowskie nazwisko, prawda? - upewnił się von Herzog.
- Tak, Natan jest Żydem!
- Więc to nie przypadek - wyjaśnił pułkownik - że trafił do getta w Warszawie.
- Getta? - powtórzył z niedowierzaniem Fras. - Pozamykaliście Żydów w gettach?
Frölich, obawiając się kolejnego starcia, zgromił psychologa wzrokiem. Ten natychmiast wybiegł z salonu, chwilę później von Herzog i Karl usłyszeli jego kroki na schodach.
- Ta misja robi się bardzo ryzykowna - stwierdził pułkownik, kiedy zostali sami. Frölich nie skomentował tych słów. Zdawał sobie jednak doskonale sprawę, że domaganie się ściągnięcia Katza z Warszawy postawiłoby powodzenie całej akcji pod wielkim znakiem zapytania.
Postawa Frasa wciąż była bardzo niepewna, a gdyby jeszcze dostał do towarzystwa, nie mniej odeń doświadczonego przez Niemców, Natana - wszystko mogłoby stanąć na głowie i w efekcie obrócić się przeciwko Karlowi.

5.
To była niespokojna noc. Karl długo wiercił się w pościeli, nim wreszcie udało mu się zasnąć. Ale nawet sen nie przyniósł ukojenia. Jak zły los powracały do niego bowiem wspomnienia obozu w Dachau i to wszystko, co między wierszami opowiedział mu doktor Fras. Znów miał przed oczyma ciągnący się w nieskończoność, aż po horyzont, równiutki rząd ledwo trzymających się na nogach z wycieńczenia mężczyzn, kobiety i dzieci. Wszyscy ubrani byli w nędzne stroje, obozowe pasiaki. Takie widoki pozostają w sercu i umyśle już na zawsze.
W pewnym momencie Karl przebudził się. Otarł pot z czoła i odszukał leżący na taborecie przy łóżku zegarek - wskazywał drugą w nocy. Wiercił się jeszcze jakiś czas, po czym, stwierdziwszy, że i tak już nie zaśnie, wstał. Postanowił zejść do salonu i przejrzeć jeszcze raz w spokoju dokumenty przywiezione przez von Herzoga. Założył na piżamę bluzę i wyszedł na korytarz. Gdy doszedł do schodów, uwagę jego przykuł dziwny dźwięk dobiegający najprawdopodobniej z pokoju Frasa. Jakby ktoś szeptem odmawiał, w nieznanym Karlowi języku, jakąś monotonną modlitwę.
Frölich przyłożył ucho do drzwi i nadsłuchiwał. Głos stał się wyraźniejszy, nadal jednak Karl nie mógł zrozumieć ani słowa. Dopiero po chwili skonstatował, że w rzeczywistości słyszy nie jeden, ale dwa głosy.
Czyżby Fras z kimś rozmawiał?
Zapukał do drzwi, lecz nikt mu nie odpowiedział. Zapukał więc powtórnie, nieco głośniej, ale ponownie nie doczekał się niczyjej reakcji z tamtej strony. Niepokój, który wtargnął w jego umysł, nie pozwolił mu pozostawić tej sprawy bez wyjaśnienia, nacisnął zatem leciutko klamkę - Fras na szczęście nie wpadł na to, aby wieczorem zamknąć na klucz drzwi - i przez niewielką szparę zajrzał do środka pokoju.
Psycholog rzeczywiście nie był sam. Pod ścianą bokiem do Karla stał - częściowo oświetlony drgającym promieniem świeczki ustawionej na stoliku - wysoki, ale bardzo wychudzony mężczyzna. Jego profil, a zwłaszcza długi orli nos, wydał się kapitanowi znajomy. Także ton głosu przywodził na myśl wspomnienia sprzed kilku lat.
Czyżby to był naprawdę on? Ale skąd by się tutaj wziął?
Frölich czuł się fatalnie w roli osoby podsłuchującej czyjąś rozmowę, postanowił więc wycofać się dyskretnie i dopiero rano porozmawiać z obydwoma mężczyznami - zdradziło go jednak skrzypnięcie zamykanych drzwi. Fras i jego gość, jak jeden mąż, powiedli wzrokiem w jego stronę. Teraz już nie musiał się ukrywać. Otworzył szeroko drzwi i wszedł do pokoju. Światło świeczki padło na twarz nieznajomego, który natychmiast odzyskał swoje imię i nazwisko.
Karl stał sparaliżowany, sam nie wiedział - z powodu strachu czy zaskoczenia.
- Skąd on się tu wziął? - spytał Frasa, kiedy już odzyskał mowę.
- Zaprosiłem go - odparł obojętnie psycholog, jakby wspominał o wizycie swojej siostry czy brata.
- Ależ on jest… - Nie dokończył, bo mężczyzna zrobił kilka kroków w jego kierunku i stali teraz na wprost siebie.
Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni? - zastanawiał się Frölich. - To musiało być przed trzema laty, jeszcze przed "Kryształową Nocą". Natan wspominał coś o wyjeździe z Niemiec, ale nie wspomniał ani słowem o Polsce.
- Przepraszam, że nie podam ci ręki na powitanie, ale… sam rozumiesz, moje ciało jest tam… - Zgodnie z informacjami posiadanymi przez von Herzoga owo "tam" oznaczało warszawskie getto.
Karl nie potrafił oderwać oczu od przyjaciela. Nie potrafił też nie rzucić mu się w objęcia. Jakież jednak było zdziwienie kapitana, kiedy jego dłonie przeszły przez Natana na wylot. Katz roześmiał się.
- Nie uwierzyłeś?
- J-j-ja - zająknął się Frölich. - To wszystko jest takie niewiarygodne.
Dopiero teraz do rozmowy włączył się, siedzący przez cały w milczeniu na łóżku, Fras.
- Mam nadzieję, że nie wydasz mnie przed pułkownikiem - zwrócił się do Karla. Na jego twarzy gościł drwiący uśmieszek.
- Dlaczego pan to zrobił? - spytał kapitan.
- Musiałem poznać prawdę.
- Jaką prawdę?
- O Niemcach - odparł krótko. - Skoro mam im służyć…
Na ostatnie słowa psychologa zareagował Katz. Odwrócił się w stronę Frasa, a jego twarz, wąska i pociągła, wydłużyła się jeszcze bardziej ze zdziwienia.
- Ty o niczym nie wiesz, ale… - Psycholog wstał z łóżka i podszedł do Natana. - Zostałem, można to chyba tak określić, wynajęty.
- Wynajęty? - powtórzył bezwiednie Katz, spoglądając na przemian to na Frasa, to na Karla.
- Przez naszego starego przyjaciela - głową wskazał Frölicha. - A za nim stoi… SS. - Oblicze Natana wyrażało bezgraniczne zdumienie. - Nasz stary przyjaciel - podjął przerwany wątek Fras - zbiera po całej Europie pozostałości naszego zespołu. Nie najlepiej mu to wychodzi, bo - jak do tej pory - udało mu się wygrzebać z lamusa tylko mnie…
- Niebawem powinni dołączyć jeszcze Strickfeldt i Gottberg - wtrącił Karl.
Nie zwracając na niego uwagi Fras kontynuował:
- I jesteś jeszcze ty. Udało mu się nawet dowiedzieć, gdzie cię szukać, ale czy zechce…
- Fras! - krzyknął Frölich. - Nie masz prawa tak mówić. Nie masz prawa mnie osądzać.
- A to dlaczego? - odparował natychmiast psycholog. - Ponieważ byłem więźniem pozbawionym wszelkich praw, włącznie z tym najważniejszym, czyli prawem do życia? Ponieważ w moich żyłach jacyś, pożal się Boże, pseudospecjaliści od czystości rasy odkryli domieszkę złej krwi? Ponieważ nie mam zamiaru paść na kolana i bić pokłony przed waszym Führerem?
- Przestań - Karl podniósł głos, ale Fras nie reagował. Zachowywał się jak w transie, jak człowiek, którego po przekroczeniu pewnej granicy nic nie jest już w stanie powstrzymać.
- Byłem takim samym Niemcem, jak ty, przyjacielu. Uczyłem innych Niemców, wbijając w ich, niekiedy cholernie tępe łby, wielce przydatną wiedzę. I, jak ty, płaciłem podatki, za które uzbroiliście armię i wybudowaliście obozy koncentracyjne dla takich jak ja. I też nienawidzę bolszewików, bo wiem, co niesie ze sobą ich ideologia. Nadal więc uważasz, że nie mam prawa oceniać - ani ciebie, ani żadnego innego Niemca? - Dopiero wyrzuciwszy z siebie ostatnie zdanie wyciszył się, spokorniał, zmalał, jakby się wystraszył, że powiedział za dużo. Zdawało się teraz, że gotów jest dobrowolnie ponieść karę za swój niewyparzony język.
Ale Karl wcale nie miał zamiaru go karać. W ciszy, jaka zaległa w pokoju, słyszeli chrobotanie myszy i odległe szczekanie psów. Frölich chciał już zrobić w tył zwrot i wyjść, kiedy Fras cicho, niemal szeptem, ale tak, aby Karl usłyszał, spytał Natana:
- Mógłbyś Katz?
Kapitan spojrzał na wychudzonego Żyda, któremu ostre rysy twarzy i wydatne kości policzkowe nadawały złowrogiego, nierealnego wyrazu. Zresztą, jakże miałby być realny, skoro go tutaj… w ogóle nie było?
- Opowiedz mu to, co mnie opowiedziałeś - ponaglił Fras.
- A jakie to ma znaczenie? - odparł Katz. - Równie dobrze mógłby przeczytać "Boską komedię" Dantego.
- O czym wy mówicie? - wtrącił się Karl.
- Nieważne - Natan machnął ręką.
- Ważne - przeciwstawił mu się Fras. - Cholernie ważne! - Butnym wzrokiem omiótł Frölicha, któremu po chwili oznajmił: - Wiem, że nie byłeś w stanie zorganizować mojego spotkania z żoną. Zresztą, nawet gdybyś bardzo chciał, to pewnie Margaret i tak by nie wyraziła na nie zgody…
- Do czego pan zmierza, doktorze?
- Do niego - odparł Damian, wskazując palcem Katza. - Musisz go uratować.
- Jak?
- Wyciągnij go stamtąd.
- Ale pułkownik…
- Wyciągnij go! Albo od razu zapomnij o jakiejkolwiek współpracy. - Fras nie żartował ani nie blefował. Jego twarz wyrażała ogromną pewność siebie. Postawił warunek, który Karl będzie musiał spełnić, albo…
- Co się stanie, jeżeli odmówię? Jeśli mi się nie uda?
- Von Herzog odeśle pana do Dachau - powiedział Frölich łamiącym się głosem.
- O, nie - zaprzeczył Fras. - Tam już na pewno nie wrócę. Prędzej sobie w łeb strzelę lub powieszę się na którymś z drzew w tym ogrodzie. I co wtedy stanie się z tobą?
Pytanie było z gatunku retorycznych. Pułkownik by mu nie wybaczył spaprania tak ważnego zadania. Zadania, które zgodnie z oczekiwaniami samego Führera, miało zdecydować o losach wojny na wschodzie.
- On i ja - oznajmił twardo psycholog. - Albo nie będziesz miał żadnego z nas…
Kapitan długo bił się w milczeniu z myślami. Wreszcie, zerkając kątem oka na Katza, powiedział:
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Natan kiwnął w podzięce głową.
- Gdzie cię szukać? - spytał Frölich.
- Miła 15 - pospieszył z odpowiedzią Fras, po czym, ni to usprawiedliwiającym się, ni to proszącym tonem dodał: - Pojadę tam z tobą, jeśli pozwolisz… Podobno Otwock leży zaledwie kilkanaście kilometrów od Warszawy.
- Czekaj więc na nas, Katz - rzucił, wychodząc już z pokoju, Karl. - I nie daj sobie zrobić krzywdy.
Teraz pozostało kapitanowi jedynie wybłagać zgodę na wyjazd do Generalnej Guberni u pułkownika, na co ten - choć z dużymi oporami - powinien mimo wszystko przystać.

6.
Kiedy tydzień później kapitan Abwehry Karl Frölich zameldował się w gabinecie pułkownika von Herzoga, wraz z Frasem i przywiezionym z warszawskiego getta Natanem Katzem, czekała nań informacja, że dwaj pozostali członkowie grupy - którą w międzyczasie ochrzczono kryptonimem "Geist" - czyli Strickfeldt i Gottberg, od trzech dni przebywają już w willi na przedmieściach Smoleńska.
Karlowi udawało się powoli zbierać wszystkie elementy układanki. Nie miał jednak żadnej pewności, że będą one do siebie pasowały. Owszem, kiedyś już współpracowali ze sobą. Ale było to dobrych kilka lat temu, w zupełnie innym, zdawałoby się dzisiaj, świecie.
Pułkownik długo przyglądał się Katzowi, który stał przed nim na baczność - nie tyle z szacunku, ile ze strachu przed osobą odzianą w esesmański mundur. Bardziej semickie rysy twarzy mógł mieć od Natana chyba tylko sam Mojżesz.
- Bezpieczniej byłoby dla niego - pułkownikowi nie mogło przejść przez gardło imię i nazwisko stojącego przed nim, wyprężonego jak struna, Żyda - gdyby nigdy sam nie opuszczał willi. Nasi żołnierze, a nawet rosyjscy policjanci nie będą się z nim patyczkować, jeżeli wpadnie w ich ręce.
- Tak jest, panie pułkowniku - odparł pokornie Karl.
- Dla pewności jednak przygotowaliśmy dla niego fałszywe papiery. - Von Herzog sięgnął do biurka, skąd wyjął nieco już podniszczony ausweiss. Podał dokumenty nie bezpośrednio Katzowi, ale kapitanowi. -Od dzisiaj nazywa się Marakjan i jest z pochodzenia Ormianinem.
Frölich zerknął w dowód. Papiery były prawdziwe, wystarczyło jeszcze tylko zrobić Natanowi zdjęcie, wkleić w odpowiednie miejsce i przybić pieczątkę.
- Pan zajmie się resztą - dopowiedział pułkownik i gestem dłoni odprawił kapitana i jego towarzyszy.
Karl obawiał się spotkania ze Strickfeldtem i Gottbergiem. Przede wszystkim dlatego, że nie miał zielonego pojęcia, jak obaj żołnierze zareagują na obecność w grupie Frasa i Katza. Jeżeli jednak ktoś z nich miał rzeczywiste powody do żywienia uprzedzeń wobec pozostałych, to raczej Natan.
Niewiele w czasie podróży opowiadał o tym, co działo się w getcie. Karlowi udało się jedynie dowiedzieć - i to nawet nie od samego Katza, ale od przewodniczącego warszawskiego Judenratu Czerniakowa, do którego kapitan skierował pierwsze kroki po przyjeździe do dawnej stolicy Polski - że w "dzielnicy żydowskiej" w Warszawie mieszka siedmioosobowa rodzina Katzów. Zapewne byli to bliscy krewni, może kuzynostwo, Natana. On sam pracował w firmie Pinkerta, która zajmowała się zwożeniem zwłok zalegających ulice getta.
Nie mniej przejmujące wspomnienia pozostawiła po sobie u Karla "wycieczka" do uzdrowiska Otwock, na którą usilnie nalegał - i wreszcie wybłagał - Fras. Chociaż w tamtejszym getcie nie znalazł nikogo o nazwisku Goldstein, poczuł się usatysfakcjonowany, jakby wypełnił wreszcie stary rodzinny nakaz.
- Chciałbym tu kiedyś wrócić, po wojnie, latem - powiedział do ubranego po cywilnemu Frölicha, kiedy przechadzali się po ogrodzie otaczającym sąsiadujące ze sobą sanatorium dla gruźlików "Brijus" i zakład dla psychicznie chorych, popularniej zwany w Otwocku "Zofiówką". - Może mi pan to obiecać?
- Dobrze pan wie, doktorze, że każde z wypowiedzianych dzisiaj przeze mnie przyrzeczeń byłoby obietnicą bez pokrycia - odparł spokojnie Karl.
- Wiem, wiem. Ale czasami dobrze mieć chociaż złudzenia.
Obiad zjedli w "Zofiówce". Obsługiwała ich młoda dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Frölich nie miał wątpliwości, że i ona jest Żydówką. Uwagę kapitana i Frasa przykuła jednak inna osoba - niepozorny, siedzący w kącie pod oknem nisko pochylony nad talerzem ziemniaczanej zupy staruszek. Emanowała od niego niespotykana w tych czasach, a tym bardziej w tym miejscu siła woli.
- Przepraszam panią bardzo, ale… - Fras, skończywszy jeść, zaczepił sprzątającą naczynia ze stołu kelnerkę - kim jest tamten pan?
- To Michał Znicz - odpowiedziała kobieta ze zdziwieniem, spowodowanym niedorzeczną myślą, że ktoś z otwockich pensjonariuszy mógłby nie znać jednego z najbardziej popularnych polskich aktorów.
- Znicz? - upewnił się Fras, z trudem wymawiając polskie nazwisko.
- Pan raczy sobie ze mnie żartować? - spytała z uśmiechem i nie reagując na dalsze pytania schowała się w kuchni.
Psycholog zwrócił się tymczasem do Karla:
- Mówi coś panu to nazwisko?
- Skądże.
Nie wiadomo dlaczego właśnie teraz, gdy przemierzali zaśnieżone ulice Smoleńska, przyszedł Karlowi do głowy tamten mężczyzna. Długo mieszał łyżką zupę, jakby wcale nie był zainteresowany jej zjedzeniem. Może mu po prostu nie smakowała, a może już wcale nie potrzebował pożywienia do życia?
Gdy następnego dnia opowiedzieli o tym zdarzeniu wyciągniętemu z warszawskiego getta Katzowi, Natan uśmiechnął się pod nosem i rozrzewniony wspomniał:
- Ostatni raz byłem w kinie we wrześniu trzydziestego dziewiątego. W ciągu dnia leciały nam na głowę niemieckie bomby, a wieczorami, jak gdyby nigdy nic, warszawiacy odwiedzali teatry, kabarety i kina. W filmie, który wtedy widziałem, grał właśnie Znicz.
- Aktor w szpitalu dla umysłowo chorych - podsumował Karl. - Każdemu może się to przytrafić.
Gdy wóz zatrzymał się przed frontonem, z willi wyszli im na spotkanie Franz i Artur. Byli w mundurach. Widocznie nie dostarczano im jeszcze cywilnych ubrań. Zobaczywszy wysiadającego z samochodu Karla, wyprężyli się przed nim na baczność. Ten zaś odparł, z nieukrywanym uśmiechem radości na twarzy:
- Spocznij.
Teraz miał nadejść ten moment, którego tak bardzo się obawiał. Przez tylne drzwi wygramolił się wysoki i niezdarny Katz. Strickfeldt i Gottberg poznali go pierwsi, spojrzeli na siebie zdziwieni, ale nie powiedzieli głośno ani słowa. Po chwili także Natan rozpoznał dawnych przyjaciół. Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem, wreszcie Franz pierwszy wyciągnął dłoń i powiedział jak najbardziej szczerze, bez cienia kurtuazji:
- Cieszę się, że żyjesz.
- Wy też, jak widzę, na brak zdrowia narzekać nie możecie - odparował Katz, lekko, dla zabawy, uderzając Strickfeldta w brzuch. Chwilę później cała piątka śmiała się serdecznie, jakby spotkali się nie w ogarniętej wojną Rosji, ale w berlińskim kabarecie na długo przed dojściem Hitlera do władzy.


 « poprzednia strona | następna strona »