|
Stanisław Michał Prochownik To był głód wódki - tak to określił lekarz w rozmowie z rodziną i najbliższymi. O nieboszczyku. Stanisław nie mógł pić, choć robił to pasjami, z przerwą na szpital, gdzie raz za razem, z coraz większym trudem przywracali go do rzeczywistości i przekazywali na drogę swoje "Panie Staszku, pan nie może pić" Ale jak trumniarz ma nie pić? Może nie tak jak grabarz. Przede wszystkim lepsze trunki w pomieszczeniach o wyższym komforcie, ale coś złego w końcu musiało się stać, kiedy młody czeladnik odciął sobie obydwa przedramiona na pile tarczowej - bo się założył. Obraz czterech kikutów: dwa odcięte dwa nie, razem z krwią na blacie pilarki zastyga w rysowany obrazek - jak szkic z sali sądowej. Czytelnik przenosi wzrok na kolejną ramkę komiksu. Ramka przedstawia kanapę, telewizor, stolik okolicznościowy i butelkę koniaku. Stanisław znów zaczyna pić, dopisane w prostokącie, w lewym górnym rogu ramki. Możemy dokładnie się przyjrzeć każdemu szczegółowi i zatrzymać wzrok na wąsie Stanisława, na jego bokobrodach. Możemy w zapachu papieru poczuć nowość mebli i dywanu. Bo zaczynał zawsze z nowym wyposażeniem. I nową kobietą, która z reguły znajdowała się gdzieś, w drugim dniu balangi, zjawiona w niewytłumaczalny sposób w pijanym widzie. W motion blur. Stanisław zaczynał z nowym wyposażeniem, bo poprzednie nigdy już się nie nadawało. Wsiąknięte w kanapę posiłki i napoje, które nie dotarły do żołądka, albo opuściły go na urwanym filmie, tworząc rozlewiska, w których tonął wąsami, spływając strużkami do jeziorek pod kurczowymi dłońmi naciskającymi na zmęczone poduchy, niedopałki gaszone całym ciałem, charkotem ciała. Mokro. Potem ciemność. - Pan nie może pić (jasne), bo następnym razem to może być koniec. Wtedy się budził, procentowo chudszy. Kroplówka i biel i rozmowy o tym samym. Rutyna, którą przepuszczał przez palce jak kranówkę nad ranem, przed każdą nową rundą, przed klinem, przed pierwszym papierosem. W końcu go puszczali. Stawał w progu i zaczynał nowe życie. Wołał czeladników, żeby wynieśli mu wszystko z pokoju. Kanapy, fotele, dywan. Otwierał okno balkonowe i rzucał to na kupę, gdzie już od kilku lat nasiąkały kolejnymi porami roku warstwy poprzednich mebli tapicerowanych i dywanów. Sterta chwiała się i skrzypiała, ale zawsze po kolejnym zrzucie, odnajdowała nową równowagę. Niszczejący pomnik kolejnych powrotów do życia, obchodzony przez kobiety z pijanego widu jak totem. Snuły się tam z potarganymi włosami, z mentolowymi papierochami przyklejonymi do spierzchniętych warg. Każda z nich miała swoją trajektorię, swoje przystanki i momenty, w których jakby znikała gdzieś wewnątrz sterty. Schodziły się w jeden punkt tylko wtedy, kiedy przybywała nowa, wyrzucana na stertę podobnie jak reszta szpargałów, odbijająca się od kolejnych pięter jak piłka, zanim z jękliwym westchnieniem opadła na dno, do stóp (o popękanych…) swoim poprzedniczkom. Milczenie. Ale tym razem musiało się coś stać. Czeladnik obciął sobie dwie ręce. Cztery dni później karetka na sygnale nie zdążyła dowieźć Stanisława. Pochowany we własnej trumnie przestał pić. |