11.

W strugach deszczu, kompletnie przemoczeni dotarli do położonego na tyłach frontu Baranowa. Może to z powodu ciemnych chmur ciągnących się aż po horyzont miasteczko zrobiło na nich przygnębiające wrażenie.
- Będziemy tu mieli coś do roboty? - zapytał Gottberg, naciągając mocniej na ramiona kurtkę. Nie znosił, kiedy deszcz padał mu za kołnierz. Pytanie w zasadzie nie było skierowane do nikogo konkretnego, nikt też nie raczył odpowiedzieć na nie.
Na ulicach nie było żywego ducha. Mijali domy, sklepy, cerkiew - wszędzie panowała złowroga cisza.
- Co tu się mogło stać? - zastanawiał się Karl.
- Jesteś pewien, że nie przeszła tu przed nami żadna z "grup specjalnych"? - zapytał kapitana Fras.
- Nic takiego nie odbieram - odparł Frölich.
- Ja również - pospieszył z zapewnieniem Katz.
- Więc nic nie rozumiem - stwierdził psycholog.
W oddali w poprzek ulicy przebiegł pies. Zobaczywszy obcych, zatrzymał się na moment, nastroszył, chwilę poszczekał i zniknął w gruzach jakiejś budowli. Natan, przez nikogo nie zatrzymywany, instynktownie ruszył za nim. Karl dał Gottbergowi sygnał, by miał go na oku.
To musiał być potężny budynek. Sterta spalonych czerwonych cegieł sięgała kilku metrów. Katz obszedł gruzowisko dokoła. Niekiedy pochylał się, podnosił z ziemi nic nie znaczące drobiazgi i odrzucał je za siebie. W pewnej chwili zamarł jednak, widząc wystające spod gruzu ramię świecznika.
- Pomóż mi - poprosił Artura.
Razem odwalili kilkanaście cegieł, by uwolnić zabytkowy przedmiot. Natan oczyścił go z kurzu rękawem płaszcza i podał Gottbergowi.
- To menora - wyjaśnił. - A to… - głową wskazał pobojowisko - zapewne była kiedyś synagoga.
Ostatnie zdanie wypowiedział łamiącym się głosem. Z trudem powstrzymywał łzy. Nie chcąc płakać w obecności przyjaciela, odszedł kilkanaście metrów, w stronę wysokiego na metr, może półtora, mocno zniszczonego, najprawdopodobniej od wybuchu pocisków, murku. Artur minął go i przez wyłom w murze przeszedł na drugą stronę.
- Zobacz to - zawołał po krótkim czasie Katza.
Natan dołączył do niego. Widok, który ukazał mu się przed oczyma, przyprawił go o szybsze bicie, rozdzieranego w potwornym bólu, serca.
Tak musiał wyglądać armagedon.
Znajdowali się na kirkucie. Tyle że to święte dla Żydów miejsce zostało całkowicie zdewastowane. Ktoś powyrywał z ziemi, poprzewracał i połamał nagrobne płyty. Kilka grobów było rozkopanych, a w otwartych trumnach leżeli, z pełnym niezrozumienia zdziwieniem, zastygłym na martwych twarzach nieboszczycy. Zwłoki były zbezczeszczone. Złodziejom zależało przede wszystkim na kosztownościach i złotych zębach. Nożami bądź łopatami odcinali więc palce, łamali szczęki.
Katz, całkowicie załamany, przysiadł na rzuconym na ziemię wieku trumny. Obok leżała pęknięta w pół macewa. Gottberg próbował odczytać wyryty na niej napis, ale nie mogło mu się to udać - nie znał hebrajskiego.
- Co tu jest napisane? - spytał.
- "Tu spoczywa Aron Samuelson, rabin Baranowa w latach 1863-1899" - odczytał inskrypcję Katz.
Artur zamilkł. Nie znajdował słów pocieszenia dla przyjaciela. Zresztą, każde z tych, które znał, wydawało mu się w takiej chwili niestosowne. Podniósł głowę do góry i zamknąwszy oczy pozwolił strugom deszczu obmywać twarz.
- To niebo płacze - powiedział cicho Natan. - Niebo płacze nad nimi.
Parę minut później, zaniepokojeni długą nieobecnością Katza i Gottberga, dołączyli do nich pozostali. Przyprowadzili ze sobą mocno wystraszonego i chyba nie do końca trzeźwego chłopa.
Karl usiadł obok Natana.
- Tego nie zrobili Niemcy - powiedział.
- A kto? - spytał Katz.
- On ci powie - Frölich wskazał palcem Rosjanina. Ten zaś, dostrzegłszy semickie rysy Natana, pobladł jak nieboszczyk. Szarpnął się, jakby chciał uciec, ale mocne pięści Strickfeldta natychmiast przywołały go do porządku.
- Nie, panie, to nie ja. - Chłop padł na kolana i zaczął płakać. - To nie ja zrobiłem. Nie ja! - Jego niemiecki wiele pozostawiał do życzenia, ale przynajmniej można się było domyślić, co mówi.
Katz wstał i patrzył na Rosjanina z góry. Jego twarz, wykrzywiona nienawiścią, mogłaby teraz przestraszyć samego diabła.
- Gdzie są ci, co to zrobili?
- Nie wiem, ja nie wiem, panie. Uciekli chyba… Niemców się bali, to uciekli…
- Niemców? - zdziwił się Fras. - Dlaczego?
- Wojsko zapowiedziało, że żadnych rabunków ma nie być i żeby Żydów w spokoju zostawić. Oni wrócą, to sami z nimi porządek zrobią.
- I co?
- I nie wracali, tydzień, dwa… Więc chłopi sami zabrali się za ten porządek z Żydami. Zagonili wszystkich do synagogi, zamknęli i… - głos ugrzązł mu w gardle, a może po prostu bał się powiedzieć, co stało się potem. Dopiero zachęcony przez Strickfeldta kopniakiem w plecy dokończył: - I podpalili. A gdy się już synagoga dopaliła, to się na cmentarz rzucili i trumny zaczęli wykopywać. Złota szukali.
- Co było potem? - tłumiąc wściekłość, Katz kazał mówić mu dalej.
- I wtedy Sysłow, kiedyś kierownik kołchozu, powiedział, że teraz to już tu nic po nich, że jak Niemcy wrócą i zobaczą, co się stało, to wszystkich wezmą pod karabiny. Że uciekać trzeba, przekonywał, bo dnia ani godziny nie znamy.
- I dokąd poszli?
- Nie wiem - jęknął chłop. - Naprawdę nie wiem. Może do Łokotu, a może jeszcze dalej, na południe.
- A ty - odezwał się Karl - dlaczego zostałeś?
- Nie zabrali, przepędzili kijami… bałem się, że i mnie zabiją…
- Za co?
- Mówili, że się Żydom wysługuję, a ja tylko… ja tylko żonę miałem Żydówkę. Ją też w synagodze spalili. - Zupełnie wyczerpany, padł na ziemię. Gdy pomogli mu się podnieść, twarz miał umorusaną błotem. - Trzy dni nie jadłem. Bałem się, że Niemcy wrócą.
Strickfeldt sięgnął do plecaka i wyciągnął stamtąd bochenek razowego chleba. Odłamał kromkę i podał chłopu. Ten zaczął wolno przeżuwać, by dłużej sycić się smakiem.
- Co z nim zrobimy? - spytał cicho Gottberg.
- Nic - odpowiedział, wzruszając ramionami, Frölich. - Z sobą zabrać go nie możemy. Niech tu poczeka - na swoich albo na… - Nie dokończył, co bowiem mógłby dodać?
Na twarzy Rosjanina odmalowało się zadowolenie. Stojąc z boku, z ufnością spoglądał na Niemców - byli zapewne pierwszymi przedstawicielami tego narodu, którzy odnieśli się do niego ze zrozumieniem. Gdy skończył jeść, ukłonił się nisko i podziękował po rosyjsku. Franz odłamał i podał mu jeszcze jeden kawałek chleba. Chłop szybko schował go za pazuchę, by chleb nie namókł deszczem. Chciał już odejść, kiedy nagle odezwał się, milczący prawie przez cały czas, Fras.
Wszyscy, zaintrygowani, spojrzeli w jego kierunku. Ten zaś krzyknął do Rosjanina nie znoszącym sprzeciwu tonem:
- Poczekaj!
Jego twarz stężała, przybierając marsowe oblicze. Przez umysł psychologa przesuwały się teraz, jak w kalejdoskopie, w szalonym tempie nieskładne obrazy.
- Co widzisz? - spytał Karl.
Ale Damian nie odpowiedział. Kiwnął głową, zdezorientowany, co zapewne miało oznaczać "nie wiem". Chwilę później przymknął powieki i zaczął przekazywać swoje wizje pozostałym. Trwało to zaledwie kilka sekund, lecz to, co zobaczyli, na długo wryło im się w pamięć.
Kilkudziesięciu Żydów, przerażonych, wynędzniałych, przez uzbrojonych w widły, szpadle i pałki chłopów pędzonych było ulicami miasteczka. Dzieci tuliły się do matek, które zakrywały im oczy, aby chociaż w tych ostatnich minutach uchronić je przed makabrycznym widokiem tego, co - jak słusznie przewidywały - nieuchronnie ich czeka. Jeden z mężczyzn, młody, silny, z długimi pejsami i w jarmułce, wydarł się z pochodu i rzucił z gołymi rękami na stojącego najbliżej oprawcę. Nie zdążył jednak zrobić mu krzywdy, ponieważ inny chłop energicznym ruchem bez chwili wahania wbił mu w plecy widły. Twarz mordercy, zrazu zamazana, powoli zaczęła się wyostrzać - po chwili żaden z nich nie miał już wątpliwości - była ta twarz tego samego Rosjanina, którego przed momentem poczęstowali chlebem.
Pierwszy oprzytomniał Katz. Rozejrzał się dokoła i natychmiast dostrzegł przeskakującego właśnie niezdarnie przez murek chłopa. Rzucił się za nim w pogoń, ale chłop był szybszy, poza tym znał teren. Minął niedopalone jeszcze ruiny synagogi i przebiegł na drugą stronę ulicy, po czym wbiegł w bramę i zniknął z pola widzenia Natana.
- Ucieknie, skurwysyn - syknął wściekle Karl.
Przyjaciele dołączyli do Katza. Podzielili się na dwie grupy i zaczęli przeszukiwać kamienicę.
- Gdzie on jest? - spytał Natan. - Gdzie on jest? Wytęż umysł! - poprosił błagalnie Frasa.
- Nie widzę go.
- Próbuj.
Weszli na piętro. W zasłanym półmrokiem korytarzu czaił się strach. Ale to nie oni się bali. Musiał więc tu być, gdzieś blisko, ktoś trzeci.
- Może mieć broń - ostrzegł Damian.
- Nie boję się - odparł Katz, ściskając w ręku pistolet, którego do tej pory nie miał nawet okazji użyć. Może za chwilę będzie ten pierwszy raz?
Kilka metrów dalej korytarz rozgałęział się. Fras ponownie przymknął powieki. Myśli, chaotyczne, rozbiegane, powoli zaczęły skupiać się wokół osoby, której poszukiwał. Dostrzegł go wreszcie wyraźnie - wspinał się po drabinie przeciwpożarowej na dach budynku.
- Szukaj drabinki wmurowanej w ścianę - powiedział do Katza.
Natan skręcił w lewo, ale tam zobaczył jedynie rząd jednakowych drzwi. Cofnął się więc i pobiegł w prawo. Na końcu korytarza dostrzegł, zaczynające się na wysokości mniej więcej półtora metra, metalowe szczebelki wystające ze ściany. Przez otwarty właz padał deszcz.
Katz, nie zwlekając ani chwili, wdrapał się na dach, Damian podążył za nim. Na dachu nie było jednak nikogo.
- Jest tutaj - stwierdził Fras. Przeczucie nie mogło go mylić.
Zbliżyli się do krawędzi dachu. Z wysokości zauważyli przeszukujących dziedziniec kamienicy Karla, Franza i Artura. Gottberg, dostrzegłszy ich, dał znak ręką, że i oni nic nie znaleźli.
Natan zaklął głośno.
- Sprawdźmy z drugiej strony - zaproponował Damian.
Fronton budynku wychodził na ulicę. Po jej drugiej stronie mieściła się kiedyś synagoga - teraz znajdowała się w tym miejscu już jedynie kupa gruzu.
- On nie może nam uciec - warknął Katz. - Nie może!
Ze wściekłości kopnął nogą kamień, który poleciał w powietrze, a potem głuchym echem odbił się od bruku. Stojąc niemal na krawędzi, Natan spojrzał w dół - i dopiero teraz dostrzegł, przytwierdzonego do ściany, trzymającego się z ogromnym trudem gzymsu, Rosjanina. Drżał cały z przerażenia, bojąc się wykonać choćby najdrobniejszy ruch, który mógłby go zdradzić. Dopiero gdy, zaskoczony milczeniem ścigających go mężczyzn, uniósł do góry głowę, ujrzał nad sobą ściętą nienawiścią twarz Katza.
Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. W tej samej chwili Natan przypomniał sobie obraz przekazany mu przez Frasa - tego samego człowieka wbijającego widły w plecy młodego Żyda.
Zemsta jest słodka - pomyślał.
Rosjanin spodziewał się strzału, może silnego uderzenia bądź kopnięcia, skulił się więc, wciągając głowę w ramiona. Myślał zapewne, że w ten sposób uniknie śmiertelnego ciosu. Katz nie miał jednak zamiaru używać przemocy fizycznej.
Myśl jest dużo silniejszą bronią - nauczył go kiedyś Fras. - I czystszą. Nie pozostawia bowiem żadnych śladów.
Chwilę później Rosjanin z przerażeniem stwierdził, że palce, którymi kurczowo trzyma się ściany, zaczynają się, wbrew jego woli, rozprostowywać. Starał się temu przeciwdziałać, ale nie był w stanie wykonać żadnego ruchu. Jak w hipnozie musiał wykonywać czyjeś polecenia.
- Nie, proszę - powiedział błagalnie, machinalnie przechodząc na niemiecki. - Ja nieee…
Katz, bez najmniejszego wyrzutu sumienia, siłą woli zadał ostatni cios. Bezwładne ciało chłopa runęło w dół, na bruk.

12.

Rozkaz powrotu do Smoleńska, który nadszedł krótko po tym jak kapitan Frölich przesłał pułkownikowi von Herzogowi dokładną relację z wydarzeń w Baranowie, był dla wszystkich dużym zaskoczeniem. Uczucia mieli mieszane. Gottberg i Strickfeldt cieszyli się, że wreszcie czeka ich kilka spokojnych dni, jednakże Katz, wespół z Frasem, spodziewali się najgorszego. Karl, chociaż głośno nie mówił nic, bardziej skłonny byłby przyznać rację tym ostatnim.
W rozkazie podpisanym przez pułkownika przed trzema dniami nie było ani słowa wyjaśnienia, skąd to nagłe wezwanie do sztabu.
- Myślisz, że to ma coś wspólnego z tamtym Rosjaninem? - spytał wieczorem, gdy po kolacji siedli nad butelką wódki, Natan.
- Nic nie myślę - odparł wymijająco Karl. - Może tylko chcą z nami porozmawiać?
- Chcą? - Fras zwrócił uwagę na liczbę mnogą, jakiej użył kapitan. - Kto?
- SS? - dopowiedział Katz, a w jego głosie po raz pierwszy od czasu, gdy się spotkali kilka miesięcy temu w warszawskim getcie, Frölich usłyszał strach.
- Himmler może naciskać na pułkownika - wyraził swój domysł Karl. - Czas biegnie, a sytuacja na froncie w zasadzie nie ulega zmianie.
- Z naszej winy? - spytał z ironicznym uśmiechem na twarzy Damian.
Frölich spiorunował go wzrokiem.
Czyżby ich przyjaźń zaczęła pękać w szwach?
Nie ufają mi już - pomyślał. - Są zapewne przekonani, że wiem znacznie więcej, niż mówię.
Franz i Artur przysłuchiwali się tej dyskusji w milczeniu. Nie mieli własnego zdania, poza tym byli jedynymi, którzy naprawdę cieszyli się z wezwania do Smoleńska, nie upatrując w rozkazie von Herzoga żadnych dodatkowych podtekstów. Mieli oni jednak typową mentalność żołnierzy, których zadaniem było wykonywać polecenie przełożonych, a nie z nimi polemizować.
Karl sięgnął po wypełnioną aż po brzegi musztardówkę i jednym łykiem opróżnił naczynie do połowy. Skrzywił się przy tym, wódka była bowiem wyjątkowo mocna i paliła gardło. Innej jednak na tyłach frontu nie sposób było dostać.
Gdy kładł się spać, był już w takim stanie, że obojętnym mu było to, co czeka ich w Smoleńsku - nie chciał o tym myśleć, przynajmniej do rana.
Wstał jeszcze przed świtem, zbudzony pragnieniem. Poszedł do łazienki, gdzie wsunął twarz pod kran. Zimna woda przebudziła go na dobre. O dziwo, nie czuł się już śpiący, postanowił więc nie kłaść się z powrotem do łóżka. Doszedł do wniosku, że znacznie lepiej zrobi mu przechadzka po dworze. Wrócił do pokoju jedynie po to, by zabrać mundur. Ubrał spodnie, zarzucił na ramiona kurtkę i dopiero wtedy, stojąc już w drzwiach na korytarz, stwierdził, że łóżko Katza jest puste. Zdążył się już przyzwyczaić do tego, że najwcześniej z nich wszystkich budził się Fras. Ale żeby Natan również?
Pierwsza myśl, jaka zagościła mu w głowie to: "uciekli". Przez moment zastanawiał się, czy nie należałoby obudzić Gottberga bądź Strickfeldta, ale ostatecznie zrezygnował z tego.
Na to zawsze przyjdzie czas - stwierdził. - Najpierw powinienem się upewnić.
W holu trafił na pełniącego dyżur na nocnej zmianie kaprala. Żołnierz siedział na krześle przy drzwiach wejściowych i przysypiał. Gdy jednak tylko usłyszał odgłos kroków, poderwał się na równe nogi i zasalutował.
- Czy ktoś już dzisiaj rano wychodził? - spytał, siląc się na obojętny ton, kapitan.
- Tak, dwie osoby - odparł strażnik, ale nie spieszył się z informacją, kto to był. Dopiero przynaglony przez Karla, dodał: - Z grupy pana kapitana.
- Dawno wyszli?
Żołnierz spojrzał na zegarek, który miał schowany w zewnętrznej kieszeni munduru. Policzył coś szybko w myśli i odpowiedział, że mniej więcej dwa kwadranse temu.
- W którą poszli stronę? - kontynuował przesłuchanie Frölich.
- Pan wybaczy, kapitanie, ale nie wiem - odparł kapral, po czym, przepraszającym tonem, jakby przyznawał się do popełnienia wykroczenia, dopowiedział: - Nie wolno mi opuszczać budynku podczas warty. - Szybko jednak, nieco spokojniejszym już głosem, dodał: - Może coś panu powiedzą ci z obstawy budynku…
Sierżant dyżurujący na zewnątrz, przy wozach pancernych, rzeczywiście wiedział trochę więcej.
- W stronę miasteczka - odpowiedział po chwili zastanowienia.
- Rozmawiali o czymś?
- Nawet się do siebie nie odzywali. - Wartownik przyjrzał się zamyślonemu obliczu kapitana, po czym zapytał: - Czy coś się stało?
- Nie - odparł Karl, a w myślach dodał: - Jeszcze nie.
Choć nie była to najrozsądniejsza decyzja, postanowił ruszyć śladem Katza i Frasa. Miasteczko było niewielkie, miał więc nadzieję, że szybko trafi na ich ślad. Starał się także usilnie nawiązać z nimi kontakt psychiczny, obaj przyjaciele nie odpowiadali jednak na jego wezwania. Skoro nie mógł się z nimi skontaktować, Karl doszedł do wniosku, że musieli włączyć pole ochronne - w ten sposób każda jego myśl, wysłana do nich, na pewno nie zdoła się przedrzeć przez ustawioną przez nich blokadę.
Dlaczego to zrobili?
Dopiero zaczęło świtać. Bolała go głowa. Nie wytrzeźwiał jeszcze do końca, szedł więc nieco chwiejnym krokiem. By poczuć się bezpieczniej, wyjął broń z kabury - nie miał prawa zapominać o tym, że mimo wszystko maszeruje ulicami wrogiego, choć rzuconego na kolana, miasta. Z oddali dostrzegł górującą nad centrum kopułę cerkwi. Pozłacana, w promieniach wschodzącego słońca rzucała oślepiające refleksy.
Może to znak? - pomyślał Karl i ruszył w tamtym kierunku. Po chwili przyłapał się na absurdalności tej myśli. - Znak? Od kogo? - W Boga przecież nie wierzył. W przeciwieństwie do Frasa i Katza.
Cóż jednak dała im ta wiara? Czyż Jahwe uchronił ich od gniewu i prześladowań ze strony hitlerowców? Czyż to nie wyznawcy Führera właśnie kazali grawerować na metalowych spinkach pasków hasło "Gott mit uns"?
O, bogowie, jeśli jesteście, pokrętnymi drogami prowadzi wasza wiara!
Z wnętrza cerkwi mimo bardzo wczesnej pory dochodziło żałosne zawodzenie. Drzwi świątyni były lekko uchylone, Karl wszedł więc do środka. Nad ołtarzem wisiała ikona przedstawiająca jakiegoś świętego. Brodaty starzec o siwych włosach miał twarz wzbudzającą zaufanie; ale czy wiarę? Palące się świece i kadzidła nadawały wnętrzu cerkwi specyficzną, przyjemną woń. Kapitan przysiadł na ławce i zaczął wpatrywać się w oblicze świętego. Jego uwagę przykuła jednak postać skryta w jednej z bocznych naw świątyni. Stała tam, oparta o ścianę, w kolorowej, kraciastej chuście na głowie starsza kobieta. To ona zawodziła tak głośno, że jej głos słyszalny był aż na ulicy.
Ona również dostrzegła Karla i natychmiast zamilkła. Niemiecki mundur zdecydowanie nie w każdym Rosjaninie wzbudzał zaufanie - do tego Frölich zdążył się już przyzwyczaić. Kobieta przeżegnała się zamaszyście i wolno, z racji wieku, ruszyła w kierunku drzwi wyjściowych. By tam dotrzeć, musiała jednak przejść obok kapitana. Gdy znalazła się na jego wysokości, Karl zatrzymał ją, kładąc dłoń na jej ramieniu.
- Odpowie mi pani na jedno pytanie? - spytał, starając się mówić jak najbardziej poprawnie po rosyjsku. Nie sądził bowiem, by kobieta zrozumiała język niemiecki.
Staruszka nie odpowiedziała, ale też nie zaprzeczyła.
- Szukam dwóch mężczyzn - kontynuował Karl. - Niemców, w takich samych mundurach jak mój. - Nadal miał poważne wątpliwości, czy kobieta w ogóle kojarzy, o co mu chodzi. - Widziała ich pani? - spytał jednak na koniec, zrezygnowany.
Zaskoczyła go, gdy przytaknęła ruchem głowy.
- Dwóch? - upewnił się. Gdy ponownie kiwnęła, że tak, zadał kolejne pytanie: - Dokąd poszli?
- K popu - odparła po rosyjsku.
- Do popa? - powtórzył Karl, żeby mieć pewność, że się nie przesłyszał. - A gdzie on mieszka?
Tej odpowiedzi już nie zrozumiał, ale gesty, jakie wykonywała staruszka, pozwoliły mu zrozumieć, że pop musi mieszkać gdzieś w pobliżu. Podziękował jej, uśmiechając się serdecznie, i wybiegł na zewnątrz. Obszedł cerkiew i trafił na niewielki parterowy domek, do drzwi wejściowych którego przytwierdzony był drewniany prawosławny krzyż.
Zapukał. Drzwi otwarły się niemal natychmiast, jakby ktoś czekał na niego po drugiej stronie. To była kobieta - już nie młoda, ale na pewno jeszcze nie stara. Trudno byłoby mu określić, nawet w przybliżeniu, jej wiek. Zauważywszy go, przez jej twarz przebiegł grymas niezadowolenia, a może nawet strachu.
Karl przywitał się i spytał po niemiecku, czy zastał popa. Gospodyni przez chwilę wahała się z udzieleniem odpowiedzi, po czym, nadal milcząc, odsunęła się na bok. Kapitan wszedł do środka. Na końcu pogrążonego w mroku korytarza znajdował się oświetlony świecami pokój. Tam przy okrągłym dębowym stole siedziały trzy osoby: pop, Fras oraz Katz. Pojawienie się Karla nikogo nie zdziwiło, z czego z kolei najbardziej zdziwił się on sam.
Stał w drzwiach, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. Wreszcie, przerywając nieznośną ciszę, zwrócił się do swoich towarzyszy:
- Niepokoiłem się o was.
Słowa, które wypowiedział, choć były prawdziwe, nie miały żadnego znaczenia. Cóż jednak innego miał powiedzieć? Sytuacja była dlań nad wyraz niezręczna, a może nawet - ta myśl zagościła w jego głowie dopiero po dłuższej chwili - niebezpieczna. Nie miał przecież zielonego pojęcia o tym, co sprawiło, że Natan i Damian znaleźli się w tym miejscu w tak nietypowym, jak dla Żydów, towarzystwie.
Ale czy jego towarzystwo było dla nich bardziej naturalne?
Katz z Frasem mierzyli się nawzajem wzrokiem, jakby jeden chciał zrzucić na drugiego obowiązek udzielenia wyjaśnień dowódcy.
Przekonujących wyjaśnień - podkreślił w myśli Karl.
Gdy jednak ci nadal nie kwapili się do zabrania głosu, odezwał się kapitan. Stanąwszy przed srogim obliczem popa, ni to stwierdził, ni spytał:
- Nie posądzałbym pana o sprzyjanie bolszewikom, ale…
Pop machnął ręką, co mogło oznaczać "niech pan da wreszcie spokój". Podsunął Karlowi krzesło, na którym ten z wdzięcznością usiadł. Zaczęła irytować go ta cisza.
Jeszcze chwila, a wybuchnę - przyłapał się na zaskakującej dla siebie myśli.
- To rzeczywiście nie jest przypadek - odezwał się wreszcie Fras, co Frölich przyjął z ogromną ulgą. Nie dał tego jednak po sobie poznać. Trzymał fason.
Pop także usiadł - po drugiej stronie stołu, dokładnie naprzeciw kapitana. Cały czas nie odzywał się, Karl nabrał więc przekonania, że najprawdopodobniej ani nie mówi, ani nie rozumie po niemiecku. Przestał więc zwracać na niego uwagę, tym bardziej że jego surowe spojrzenie działało na kapitana wyjątkowo deprymująco.
- Proszę o wyjaśnienia - zwrócił się do swoich podkomendnych. Tak właśnie o nich pomyślał, lecz natychmiast zwątpił w prawdziwość tego twierdzenia.
- Nie mamy zamiaru wracać do Smoleńska - stwierdził spokojnie Katz. - Nie ufamy von Herzogowi, ani tym bardziej jego przełożonym.
- Narażacie w ten sposób wszystkich pozostałych - odparował Karl. - Jeżeli wrócimy bez was, rozpęta się prawdziwa burza. Wszyscy - na myśli miał nie tylko siebie, ale także pułkownika i kilka innych osób z jego najbliższego kręgu, którzy zaangażowani byli w operację prowadzoną przez grupę "Geist" - mogą ponieść konsekwencje waszego kroku.
- Daj spokój, Karl - przerwał mu Damian. - Czy naprawdę jesteś taki ślepy, że nie widzisz, co tu się dzieje?
- To nie ma znaczenia.
- Dla ciebie może nie ma - zaatakował go Natan.
- Dla mnie?
- Ty jesteś Niemcem.
- A wy, kim jesteście? W jakim języku mówicie?
W tym momencie, zupełnie niespodziewanie dla Karla, wtrącił się pop. Miał niski, szorstki głos, który dodawał mu majestatu.
- Nieważne jest, synu, w jakim języku mówią - powiedział po niemiecku, bez najmniejszego słowiańskiego akcentu - ale to, w jakim języku myślą. A oni… myślą po…
- Żydowsku, Karl!
Kapitan spojrzał na popa.
- Skąd pan tak dobrze zna niemiecki?
- Przyjechałem tu razem z wami. To znaczy… z waszą armią - poprawił się. - Po rewolucji wyemigrowałem z Rosji do Berlina. Teraz wróciłem w rodzinne strony i ze zdziwieniem stwierdziłem, że cerkiew ciągle jeszcze stoi. W ciągu ostatnich miesięcy odnowiłem ją. Bolszewicy po dziewięćset osiemnastym zamienili ją w spichlerz. - Mówił trochę nieskładnie, jakby i jemu udzielała się niepewność i obawa, co z tego wszystkiego wyniknie.
- Poznaliśmy się w trzydziestym szóstym w Berlinie - dopowiedział Fras i to była najistotniejsza informacja, jaką do tej pory usłyszał Karl.
- Wiedzieliście, że on tu jest?
Katz, nie patrząc na przyjaciela, przytaknął, a Damian wyjaśnił:
- Jest jednym z nas.
- I wszystkich nas może uratować - dodał Natan. - Jeśli tylko tego zechcemy.

13.

Godzinę przed zapadnięciem zmierzchu w miasteczku wybuchła panika. Jeden z mieszkańców rozniósł plotkę, że - wracając z sąsiedniej wsi - widział nadciągający od północy dość liczny radziecki oddział. Od razu też informacja ta dotarła do majora Grabera, wojskowego komendanta miasta.
- Może to tylko partyzanci? - spytał major kapitana Löhse, który chwilę wcześniej skończył przesłuchiwać Rosjanina, odpowiedzialnego za, jak w pierwszym odruchu podsumował Graber, szerzenie defetyzmu.
- Byli w mundurach, dysponowali dwoma czołgami. Nie mogli to więc być partyzanci, panie majorze - zawyrokował kapitan.
- A pan co o tym sądzi, Frölich? - Graber zwrócił się do Karla, siedzącego do tej pory w milczeniu w fotelu pod ścianą.
- On mówi prawdę - stwierdził Karl.
- Kto? Tamten Rosjanin czy Löhse, który tylko powtarza jego zeznania? - spytał przytomnie major.
- Może pan tu zostać tak długo, żeby przekonać się o tym naocznie, albo… - Nie było mu dane dokończyć. Na poczerwieniałej z gniewu twarzy Grabera zagościła wściekłość.
- Pan sobie za dużo pozwala, kapitanie.
Karl nie musiał tego słuchać. Podniósł się z fotela i ukłoniwszy skierował w stronę drzwi.
- Zrobi pan, co uzna za stosowne, ja z moimi ludźmi i tak jeszcze dzisiaj wyruszamy do Smoleńska.
- Mogę panu wydać rozkaz pozostania na miejscu - stwierdził major. - Do obrony przyda się każda para rąk.
- Pan zapomina, majorze Graber, że mam specjalne pełnomocnictwa…
Ale Graber nie dał się zbić z tropu. Być to może to złość dodawała mu odwagi, a może tylko odbierała rozum.
- Te pańskie… pełnomocnictwa - to jedynie skrawek papieru, który może spłonąć, który można podrzeć… I co wtedy będzie pana chroniło? - Pytanie, zaiste, miało retoryczny charakter. Przynajmniej tak uważał Graber. Karl miał odmienne zdanie, ale nie leżało w jego interesie uświadamianie majora.
Otworzywszy drzwi, odwrócił się jeszcze i posłał Graberowi ironiczne spojrzenie.
- Dokąd pan teraz idzie? - spytał major.
- Muszę naradzić się ze swoimi ludźmi.
- W każdym razie proszę nie opuszczać miasta bez mojego pozwolenia - wydał rozkaz, po czym zwrócił się do Löhsego: - A pan… - Tego, co Graber powiedział kapitanowi, Karl już nie słyszał.
Pozostała czwórka czekała na Frölicha w kantynie, na potrzeby której zaadaptowano stołówkę przedwojennego hoteliku. Najspokojniej w świecie, jakby się nic nie wydarzyło, jedli kolację. Gottberg rzucił jedno spojrzenie na Karla i od razu domyślił się, jaki przebieg miała rozmowa z majorem.
- Z tymi Rosjanami to prawda? - spytał kapitan, a pytanie, choć nie podkreślił tego w żaden sposób, skierowane było do Katza.
- A Graber uwierzył? - odpowiedział pytaniem Natan.
- Zabronił nam wyjeżdżać.
- Zamierza bronić się do ostatniego naboju?
- Zamierza bohatersko zginąć za Trzecią Rzeszę. A może liczy na to, że szczęśliwym trafem uda mu się przeżyć i sam Führer przypnie mu do piersi Żelazny Krzyż…
Roześmieli się wszyscy. Byli już pewni, że major Graber podwoi straże na północnym przedmieściu miasteczka, a może nawet wyśle w tamten rejon wszystkich żołnierzy, których ma do dyspozycji, dzięki czemu będzie musiał zdjąć obserwację z ich piątki.
Gdy kończyli kolację, przy ich stole zameldował się Löhse. Odszukał wzrokiem Karla i oznajmił:
- Major pana prosi, kapitanie.
- Czyżby przemyślał parę spraw? - Karl nie liczył na to, że doczeka się odpowiedzi. Bardziej zależało mu na zirytowaniu Löhsego.
Frölich odsunął pusty już talerz i wstał od stołu. Kiwnął ręką na Strickfeldta. Podczas rozmowy, która go czekała, wolał mieć świadka.
Graber z niezadowoleniem przyjął fakt, że kapitan pojawił się w towarzystwie jednego ze swoich ludzi.
- Sierżancie, niech pan poczeka na zewnątrz - zwrócił się do Strickfeldta. Ten chciał już odmaszerować, ale powstrzymał go Frölich:
- Zostań, Franz.
- Co to ma znaczyć? - spytał Graber, piorunując wzrokiem Karla. - Nieposłuszeństwo?
- Jeżeli ktoś z nas je wykazuje, to właśnie pan - odparł twardo kapitan. - Pismo Reichsführera nie pozostawia żadnych wątpliwości. Grupą "Geist" ja dowodzę.
- Ale w wyjątkowych przypadkach… - próbował bronić się Graber, na którym powołanie się niższego stopniem oficera na samego Heinricha Himmlera zrobiło spore wrażenie.
- Nie pan będzie decydował, co dla nas jest wyjątkowym przypadkiem - Karl podniósł głos. Wcześniej tego nie robił, nie był więc pewien, jak major zareaguje. Przeczucie go jednak nie myliło. Graber zmiękł. Niczym nie różnił się od innych oficerów, mocnych jedynie w gębie. Jeszcze większą satysfakcję mieli spokojnie stojący z boku Strickfeldt i Löhse.
Frölich nie chciał jednak przesadzać. Spuścił więc nieco z tonu, oznajmiając:
- Doceniam pański upór, majorze, i nie wątpię, że Führer także doceni pańskie oddanie Rzeszy, ale proszę zrozumieć, że my również mamy do spełnienia nie mniej ważne zadanie. Pan potrzebny jest tutaj, a my w Smoleńsku, dlatego też, obojętnie czy to się panu podoba, Graber, czy nie, wyjedziemy stąd jeszcze dzisiaj wieczorem.
Tak nagła zmiana tonu Karla miała także wpływ na postawę majora. A może wystarczyło jedynie to, że poczuł się usatysfakcjonowany podkreśleniem ważności roli, jaką ma tutaj do wykonania.
- Jestem zobowiązany przydzielić panom ochronę - stwierdził, godząc się już z postanowieniem Frölicha, Graber. Starał się jednak w tonie głosu przemycić z tego powodu nutkę niezadowolenia.
- To nie będzie konieczne, majorze - odparował Karl, który czekał właśnie na podjęcie tego tematu. - Zdaję sobie doskonale sprawę, że będzie pan potrzebował ludzi do obrony miasta.
- Rzeczywiście - przyznał major, któremu w tej samej chwili kamień spadł z serca.
Nie dość, że dał nam spokój, to na dodatek będzie nam jeszcze wdzięczny - śmiał się w duchu Karl, a sekundował mu Strickfeldt. Kiedy znaleźli się na korytarzu, Frölich szepnął mu do ucha:
- Idź teraz do popa i czekajcie na nas w umówionym miejscu.
Spotkali się godzinę później na południowych rogatkach miasta. Ostatni dołączył Karl. Spóźnił się i pozostali zaczęli się już niecierpliwić, przeczuwając najgorsze. Nie przewidzieli tego, że zatrzyma go zwykły przypadek - żołnierz, do którego nie dotarło jeszcze polecenie Grabera, by dać "ludziom Frölicha" wolną rękę. Kapitan poradził sobie jednak bez większych problemów - zwymyślał kaprala, odsyłając go jednocześnie do majora. Był pewien, że żołnierz nie znajdzie w sobie tyle odwagi, aby tuż przed spodziewanym w każdej chwili atakiem wroga zawracać dowódcy głowę tak nieistotnymi sprawami.
Na pojawienie się Karla Katz zareagował pełnym otuchy stwierdzeniem:
- Nareszcie.
Frölich nie odpowiedział, zerknął jedynie na popa, podał mu dłoń na przywitanie i powiedział:
- W mundurze wygląda pan jak prawdziwy żołnierz.
- Szkoda jedynie, że to… taki mundur - odparł pop, wygładzając poły zimowego jeszcze płaszcza noszonego przez żołnierzy Wehrmachtu.
- On myśli, że w krasnoarmiejskim szynelu byłoby mu bardziej do twarzy - roześmiał się Fras.
Dłużej już nie zwlekali. Siedli na wóz i ruszyli w gęstniejący mrok. Obok woźnicy usadowił się pop.
- Co to będzie? Co jeszcze nas czeka? - spytał go woźnica.
- A co ma być? - odpowiedział duchowny. - Bolszewicy wrócą.
- To Hitler ich nie przepędzi? - zdziwił się chłop.
- Nie. Mógłby, ale nie przepędzi. - I znowu żyć nam przyjdzie pod czerwonym?
Pop nie odpowiedział; odwrócił się i przeszedłszy swobodnie na niemiecki zawołał do zamyślonego Karla:
- Zdecydował pan już, kapitanie, dokąd jedziemy?
- Bóg raczy wiedzieć - odpowiedział, sam zaskoczony słowami, które wypłynęły z jego ust. - Najlepiej… do Lizbony - dodał i ponownie popadł w zamyślenie, starając się wyobrazić sobie, co może porabiać teraz Gerda. Tak długo nie miała od niego żadnej wiadomości. Być może zwątpiła już nawet w to, czy w ogóle jeszcze żyje.


 « poprzednia strona | następna strona »