|
Dupa (opowiadanie powiatowe) Tomasz Majzel Młody, delikatnej budowy mężczyzna skierował się w stronę ulicy Odrzańskiej. Wracał do domu. Był ubrany w płaszcz, dżinsowe spodnie i czarne - lekko podniszczone - półbuty. Gdy tylko Grucha go zauważył, od razu wypalił: - Cześć, Dupa, dałbyś parę groszy na piwo. Mężczyzna przystanął, wyjął portfel i wyszperał monetę - Proszę - powiedział i uśmiechając się wcisnął ją w dłoń Gruchy. - Dzięki - odpowiedział Grucha, odwrócił się i odszedł rzucając jeszcze przez ramię. - Dzięki i do jutra. xxx Wszyscy nazywali go tutaj Dupa. Nawet jeżeli nie mówili to właśnie tak o nim myśleli. Wiedział o tym i właściwie było mu to już od jakiegoś czasu obojętne. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Ktoś kiedyś powiedział o nim: dziewczyny nie ma, nie pije, nie pali - dupa nie chłop. I tak zostało. Mieszkał sam, ale kiedy Sąsiadka spod jedynki kiedyś go o to zapytała, stanowczo stwierdził, że owszem jest sam, ale nie samotny. Sąsiadka natomiast samotna była. Była i pewnie zawsze będzie, bo - jak powiedział kiedyś wysiadujący całe dnie w oknie sąsiad z parteru spod dwójki "wielka jest i kwadratowa jak tankowiec, a takiej baby nikt nie chce." Kiedy Dupa się tu wprowadził, ta jej samotność powodowała, że przy każdej okazji próbowała się czegoś o nim dowiedzieć. Ale on z tych milczących. Na samym początku przedstawił się jako Aleks i to jest wszystko co mogła o nim powiedzieć. Baba jak to baba, jak się jej o kimś chce naopowiadać, a nie ma co, to to boli kłuje i uciska strasznie. Wychodził rano, wracał wieczorem. Nigdy nikt do niego nie przychodził. Jeżeli słuchał radia albo oglądał telewizję to bardzo cicho, bo nigdy nic nie było słychać, więc raczej nie słuchał i nie oglądał. "Milczek milczkiem sam nic nie powie to ludzi popytać trzeba" - kombinowała Sąsiadka. Pod starym kościołem co niedziela siedział miejscowy Dziad. Siedział i żebrał, a że Dziad miejscowy to każdy go znał, a i on znał każdego. Choćby z widzenia. Ten Dziad pieniądze zbierał najczęściej do jakiegoś kapelusza czy beretu i nic poza tym ze sobą nie miał. Kartkę może jakąś jeszcze z napisem "PROSZĘ" lub "NA JEDZENIE", ale nie zawsze. Po świętach wielkanocnych sytuacja uległa zmianie. Oprócz nakrycia głowy kładł obok siebie gitarę. Całkiem nową jasnobrązową gitarę klasyczną. Ani na niej grał, ani więcej pieniędzy dzięki niej uzbierał. Po prostu ciekawostka taka - Dziad z gitarą. Kiedy rozeszła się wieść, że gitarę dostał od Aleksa (wtedy jeszcze Aleksa) Sąsiadka postanowiła wypytać Dziada, co i jak. Stary mówić nie chciał, ale wiadomo jak to z chłopem - flaszeczka nalewki i... - O muzyce trochę rozmawialiśmy, właściwie nic takiego, pytał czy lubię, ja że tak, że muzyka dobra jest jak wesoła i jak smutna też jest dobra, no i on mi na drugi dzień to dał. - mówił Dziad pokazując na gitarę. - I wziął Pan? - Wziąłem, bo co miałem nie brać, jak widzę, że człowiek z serca daje. I polubiłem nawet. Ciągle mam ją przy sobie. Nieustannie. Gdy trzymam ją w dłoniach, czuję się pewny. Powiem nawet, że czuję się jak olimpijczyk po wygranym biegu, który stojąc przed podium, wie na pewno, że medal będzie. Złoty. I hymn, i cała reszta. Moja gitara jest moim wygranym biegiem, a medal to możliwość muśnięcia palcami strun. - Dziwne to jakieś. - powiedziała Sąsiadka. A Dziad po chwili z dumą dodał: - Kiedyś zagram. Nie raz jeszcze słyszała, że komuś coś dawał. No chociażby temu sąsiadowi z parteru. Kiedyś Aleks spytał go czy nie ma jakiejś książki do pożyczenia. Sąsiad ten spod dwójki co to go Okniarz nazywają, odpowiedział mu, że to co on tu w tym oknie widzi, to ciekawsze czasem od niejednej książki, a i od telewizji pewnie też i że książek nie musi czytać, ale pewnie gdyby mu się chciało, to niejedną by napisał. I wtedy Aleks powiedział Sąsiadowi, że umiejętność pisania dana jest tylko na chwilę i że trzeba się spieszyć, nawet gdyby ta chwila miała trwać całe życie. A potem wcisnął mu do ręki przepiękne pióro i wyszeptał - Pisz Joe, pisz wszystko. - Zamilkł na chwilę, by ze śmiechem dodać. - O mnie samym mógłbyś napisać z tuzin kryminałów. Okniarz nie wiedział, co odpowiedzieć ani co o nim myśleć, ale pewien był, że nie nazywa się Joe i że w dłoniach ściska pustkę. Pustkę, która była jak zapach nigdy niewietrzonego pokoju . Oczywiście nigdy niczego nie napisał. To znaczy raz napisał o tym zapijaczonym Romku spod czwórki, tylko że to straszne jakieś takie wyszło i nie pisał już więcej. Bał się. W ogóle dziwne rzeczy o Aleksie się opowiadało. Ten wysoki z klatki obok, kiedy jako dziecko wyjeżdżał po raz pierwszy na obóz sportowy, tuż przed dostał od rodziców nowy, pierwszy w jego życiu dres. Zielony. Boski. Wszyscy nazywali go Piotr, ale zaraz potem Korniszon. I taki wrócił. Przy jakiejś okazji, a może bez okazji, wygadał się z tego Aleksowi, który niespodziewanie zapytał, skąd ma takie przezwisko. Aleks przez chwilę milczał, potem powiedział: - Jeżeli zielony dres z dzieciństwa czasem cię boli, to znaczy, że czujesz się jakbyś założył go raz jeszcze, to znaczy, że wciąż dostrzegasz go w oczach innych ludzi. - Nie, ja tam się przyzwyczaiłem. - powiedział machając ręką Korniszon. - Ja teraz nic złego w tym nie widzę. - Bo widzisz, z wiekiem pogarsza się ostrość widzenia. - mówił dalej Aleks właściwie nie zwracając uwagi na rozmówcę. - Brane w dłonie przedmioty oddalasz śmiesznie, by im się dokładnie przyjrzeć. To, co bliskie, staje się niewyraźne. Najostrzej widać to, co w oddali. Coraz dalej. Brany w dłonie przez wspomnienia, oddalasz się, by mogły ci się przyjrzeć. Milczenie i po chwili Dupa ciągnie dalej: - Tylko niektórzy wiedzą, że te dłonie ściskają. Czasem mniej, czasem bardziej. Milczenie i po chwili Dupa ciągnie dalej: - Czasem w gardle... Korniszon machnął jeszcze raz ręką i odszedł nie przejmując się żadnym ze słów, które usłyszał, a Dupa stał długą chwilą bez ruchu. Bez ruchu, bez słowa i jakby jakoś tak bez... sensu. Nigdy potem Aleks nie interesował się, czy Dziad gra na gitarze, Okniarz pisze cokolwiek albo czy Korniszon wciąż jest Korniszonem. Chyba w ogóle z nikim nie rozmawiał więcej niż raz. Łaził. Po prostu. xxx Dupa odprowadził wzrokiem Gruchę, a gdy ten zniknął za rogiem, skierował się w stronę swojego bloku. Obawiając się Sąsiadki, a właściwie jej kolejnych życzliwych pytań o to i tamto, otworzył cicho drzwi klatki schodowej, zadbał, by nie trzasnęły przy zamykaniu i równie cicho wspiął się na pierwsze piętro. Wszystko i tak w sumie niepotrzebnie, bo Sąsiadka już spała, a zachlany Romek, jeżeli cokolwiek słyszał, to nie były to głosy pochodzące z otaczającej go rzeczywistości. Wszedł do mieszkania, zdjął płaszcz, zaraz potem obmył twarz w łazience. Poczuł senność. Skierował się w stronę łóżka i rozebrał do naga. A potem przeciągnął się i rozprostował duże nadzwyczaj duże i delikatne niczym z koronek skrzydła. Lekko pomachał nimi dwukrotnie i złożył tak, by ściśle przylegały do pleców. Położył się na łóżku, by chwilę potem zasnąć. Dzisiaj bez modlitwy. Tomasz Majzel - Urodzony w 1965 roku, debiutował na łamach "Pograniczy" w 1997 r., laureat Ogólnopolskiego Konkursu na Opowiadanie "OKNO 2005" oraz Konkursu im. KK. Baczyńskiego w kategorii prozy w 2006 r., w 2007 wydał tom wierszy: "Fragmenty ciałości" |