|
Przed każdą falą pochylam głowę Sebastian Chosiński Część III 15. Karl Frölich Zima dawała się ostro we znaki. Nieprzyzwyczajonym do niskich temperatur Niemcom odechciewało się walczyć, Rosjanie tymczasem czuli się jak ryby w wodzie. Tak przynajmniej ich zachowanie odbierali bezskutecznie nacierający na miasto od kilku już tygodni hitlerowcy. Karl, zdegradowany do stopnia kaprala, trafił pod Stalingrad w styczniu 1943 roku. - Będzie pan robił za mięso armatnie - wyjaśnił mu obrazowo pułkownik von Herzog, kiedy ściągnął byłego kapitana Frölicha do swego gabinetu wprost z aresztu smoleńskiego SS. - Dziękuję, panie pułkowniku - odparł na to Karl, czym wprawił starego arystokratę w zdumienie. - Za co pan mi dziękuje, Frölich? - Za szansę rehabilitacji. Niewiele brakowało, aby pułkownik parsknął śmiechem. - Pan tam nie rehabilitować się wybiera, ale polec za Führera. - Sięgnął po leżący na biurku dokument i podał go Karlowi. - Oto pański przydział. Frölich spojrzał w rozkaz. Musiał przeczytać go dwa razy, aby uwierzyć w to, co zawierał. Zgodnie z pismem, skierowano go do oddziału rumuńskiego. Z niedowierzaniem podniósł wzrok i pełnym wyrzutu spojrzeniem obrzucił pułkownika. - To już nie był mój pomysł. - Domyślam się, że to… Standartenführer Lindemann? Ale von Herzog nie odpowiedział. Karl przez moment miał nawet wrażenie, że w kącikach oczu pułkownika pojawiły się łzy. Lubił Karla - na tyle, by dość często odwiedzać go w areszcie i podjąć się pośrednictwa w kontaktach z Gerdą. Nie dziw się niczemu - Frölich przypomniał sobie dobrą radę udzieloną mu dawno, bardzo dawno temu, przez swego lizbońskiego zwierzchnika. Nie dziwię się - odpowiedział sam sobie w myśli. - Dawno już przestałem się dziwić. - Życzę panu powodzenia - powiedział łamiącym się ze wzruszenia głosem pułkownik. - Mam nadzieję, że mimo wszystko jeszcze się kiedyś spotkamy - dodał, podając już nie kapitanowi, ale kapralowi, dłoń na pożegnanie. - Ja też mam taką nadzieję - odparł Karl, po czym stuknął obcasami, zrobił energiczny obrót o sto osiemdziesiąt stopni i wyszedł z gabinetu von Herzoga. Dwa dni później zameldował się przed ponurym obliczem majora Iona Nicolescu, któremu miał teraz formalnie podlegać. Major był niemłodym już, znudzonym życiem i walką w imię nie swoich ideałów, mężczyzną o aparycji bandziora. Gdyby ktoś powiedział Karlowi, że wcześniej zarabiał na życie parając się "mokrą robotą", Frölich uwierzyłby bez wahania. Nicolescu znał język Goethego, choć używał go rzadko. Od spotkań z dowódcami niemieckimi, nasyłanymi mu co jakiś czas przez von Paulusa, wymigiwał się, przekonując, że i tak nie byłby w stanie się z nimi dogadać. Irytowało to ich straszliwie, ale nie byli w stanie temu przeciwdziałać. Miast rozmawiać z dowódcą Rumunów, musieli więc wyłuszczać swoje żądania przed delegowanymi przez niego kapitanami, a nawet - i to się zdarzało, gdy Nicolescu był wyjątkowo poirytowany - żołnierzami jeszcze niższej rangi. Karla przyjął jednak osobiście. - Musiał pan im nieźle podpaść, skoro zesłali pana do nas. Frölich nie skomentował tego domysłu. Był przecież Niemcem. I nic, nawet degradacja, nie zwalniała go z wojskowej przysięgi. Nie zrażony jego milczeniem, major Nicolescu kontynuował: - Pan się orientuje, co my tu robimy? - Szturmujemy Stalingrad. - Taaak - odparł, a zaraz potem spytał: - Tak właśnie powiedziano panu w sztabie… kapralu Frölich? Karl przytaknął, na co Rumun zareagował ironicznym uśmiechem. - Dwa, trzy miesiące temu, owszem, ja też tak jeszcze uważałem, ale dzisiaj… - machnął od niechcenia ręką. - Dzisiaj to my już tu tylko zdychamy. Hitler wydał rozkaz, zgodnie z którym nie możemy cofnąć się ani o kilometr, bo zostanie to przez niego uznane za zdradę. - Nicolescu znaczącą mrugnął jednym okiem, po czym cicho, niemal niedosłyszalnie stwierdził: - Wie pan, coraz częściej wątpię w jego zdrowie psychiczne. Ja też - chciał odpowiedzieć Frölich, ale w ostatniej chwili powstrzymał się od tej uwagi. Spytał za to głośno: - Czy zastanawiał się już pan, co ze mną zrobić? - A po co pan tu przyjechał? - odpowiedział mu major pytaniem. - Żeby walczyć. - W takim razie wyślę pana na pierwszą linię. W najlepszym wypadku zamarznie pan podczas snu, a w najgorszym… - zamilkł, jakby wystraszył się tego, co mógłby za chwilę powiedzieć. - W najgorszym? - ponaglił go Karl. - Wpadnie pan w łapy bolszewików. A oni się z nami, proszę uwierzyć, nie patyczkują. Jak już złapią któregoś z naszych, to jakby w nich sam diabeł wstąpił. - I znów popadł w zadumę. Widocznie chciał Karlowi oszczędzić nazbyt drastycznych opisów tego, co czerwonoarmiści robili z jeńcami. Nicolescu opadł na krzesło i zajął się wertowaniem porozrzucanych wszędzie dokoła niego papierów. Karl nie sądził, aby było w nich coś szczególnie ważnego, ale najprawdopodobniej w ten właśnie sposób Rumun dał mu do zrozumienia, że czas, jaki pragnął mu poświęcić, dobiegł końca. Odmeldował się więc i wyszedł z niewielkiej, klaustrofobicznej ziemianki, w której mieściło się dowództwo odcinka. Jeśli do tej pory Karl uważał, że w piekle powinno być gorąco, pod Stalingradem zmienił zdanie. W nocy temperatura spadała do minus trzydziestu stopni. W ciągu dnia bywało, że kiedy spluwał na ziemię ślina zamarzała w powietrzu. Z powodu mrozu stawały w drodze samochody, czołgi, działa pancerne, umierali ludzie. Mróz jednak zdawał się przeszkadzać jedynie Niemcom i ich sojusznikom. Rosjanie każdego dnia odpierali ataki, a ich kontruderzenia wyrządzały coraz większe szkody. Pewnego dnia na pierwszą linię, co nie zdarzało się zbyt często, pofatygował się sam Nicolescu. Przyjechał końskim wozem w towarzystwie równego mu stopniem oficera Wehrmachtu. Pierwszy przemawiał Niemiec. Nicolescu wolno, podkreślając w ten sposób swoje niezadowolenie, tłumaczył jego słowa na rumuński. - Feldmarszałek von Paulus - oznajmił beznamiętnym tonem niemiecki major - podjął decyzję o poddaniu się bolszewikom. Gdy usłyszeli to rumuńscy żołnierze, w oddziale zawrzało. Ktoś rzucił broń na ziemię, inny zaczął strzelać w powietrze, jakby na wiwat. Karl przyglądał się swoim rumuńskim towarzyszom z rosnącym zdziwieniem - mało kto wydawał mu się zmartwiony. Gdy Nicolescu i jego niemiecki towarzysz zbierali się do odjazdu, Frölich podszedł do swego rodaka i przedstawił mu się. Niemiec spojrzał na niego zaskoczony. Dopiero rumuński oficer wyjaśnił mu, skąd w jego oddziale wziął się Karl. - To prawda, panie majorze, że dostaliśmy się w okrążenie? - spytał, stając na baczność, kapral Frölich. Major rozejrzał się dokoła, po czym, nachylając się nad Karlem, powiedział mu wprost do ucha: - Leżymy, kapralu, i kwiczymy, jak zarzynane świnie. Mimo to, życzę powodzenia - dodał po chwili. - I, jeśli to możliwe, niech pan się Rosjanom nie przyznaje, że jest Niemcem. Może i dziwna wydała się Karlowi ta rada, ale przecież niczemu miał się tutaj nie dziwić. 16. Natan Katz Kiedy getto obiegła wieść o samobójstwie Adama Czerniakowa, mieszkańców żydowskiej dzielnicy ogarnęło wielkie przygnębienie. Nie dlatego, że w jakiś szczególny sposób cenili go albo uważali za niepodważalny autorytet, ale mimo wszystko był on przedstawicielem władzy - żydowskiej, a więc ich władzy. Śmierć przewodniczącego Judenratu miała bezpośredni związek z rozpoczętymi dzień wcześniej wywózkami do Treblinki. Była manifestacją sprzeciwu, który jednak w niczym nie mógł zapobiec przypieczętowanemu już w niemieckich urzędach losowi warszawskich potomków Abrahama. Natan z trudem przyzwyczajał się do życia w getcie. Kilka miesięcy "wolności", które spędził w niemieckim mundurze, wędrując po rosyjskich drogach i bezdrożach, wspominał teraz z ogromnym rozrzewnieniem. Nie chciał jednak ani swoim krewnym, ani znajomym opowiadać o tym, co działo się z nim od grudnia do maja, kiedy to ponownie pojawił się - wychudzony, wymizerowany i wyraźnie podłamany psychicznie - w domu swojego bliskiego kuzyna ze strony ojca, zamieszkałego przy ulicy Zamenhofa. - Lepiej zapomnij raz na zawsze o mnie, o grupie "Geist" i swoim udziale w całej tej operacji - poradził mu jeszcze w Smoleńsku Karl Frölich. Było to dzień przed odtransportowaniem Natana do Warszawy. Radę przyjaciela uznał za dobrą i za wszelką cenę starał się wyrzucić z pamięci to, co dane było mu przeżyć w Rosji. Starał się, ale mu się to nie udawało. Po powrocie do getta nie raz zastanawiał się, dlaczego pozwolili mu żyć. Czemu go nie rozstrzelali, nie powiesili, nie zamęczyli w gestapowskiej katowni? Von Herzog zdawał sobie sprawę z tego, że Katz i Fras są Żydami, a jednak - może to na prośbę Frölicha? - darował im życie. Czym jednak ryzykował, skazując Natana na pobyt w dzielnicy żydowskiej w Warszawie? Pułkownik musiał mieć świadomość, że tym samym tak naprawdę skazuje go na śmierć, tyle że odwleczoną w czasie - o tydzień, miesiąc, w najlepszym wypadku rok. Katz niemal codziennie przychodził na Umschlagplatz i obserwował, jak tysiące jego rodaków upychanych jest do bydlęcych wagonów i wywożonych z getta. Niemcy przekonywali, że transporty jadą na wschód, gdzie Żydzi będą mogli, przez nikogo już nie niepokojeni i prześladowani, pracować dla dobra III Rzeszy i Adolfa Hitlera. Czy wierzył im? To nawet nie była kwestia wiary lub też jej braku. Natan wiedział! Gdy pewnego dnia wrócił późno wieczorem do domu - mimo że w getcie, podobnie jak i po aryjskiej stronie Warszawy, obowiązywała godzina policyjna - zastał swego kuzyna, bladego jak ściana, siedzącego przy stole w salonie. W świetle świecy Natan dostrzegł leżącą na stole kartkę. - Coś się stało, Icchak? - spytał. - Jutro wszyscy mamy zgłosić się na Umschlagplatzu - odpowiedział kuzyn. - Wszyscy? - upewnił się Katz, biorąc do ręki pisemne wezwanie. - O tobie nie ma tam ani słowa - poinformował go Icchak. - Ciekawe dlaczego? Natan zbył ów domysł milczeniem. - Sara zaczęła już pakowanie - dodał kuzyn po chwili. - Masz zamiar tam pójść? - zapytał Katz z niedowierzaniem w głosie. Przerażała go żydowska naiwność. Po tym wszystkim, co Niemcy im zrobili, Żydzi wciąż jeszcze łudzili się, że przeżyją wojnę. Jakby od trzech lat żyli w rajskim ogrodzie, nie zaś w okupowanej stolicy Polski. - Trudno będzie mi opuścić Warszawę - stwierdził Icchak po dłuższym zastanowieniu. - W przeciwieństwie do ciebie, spędziłem tu całe swoje życie. Kocham to miasto i, gdyby to tylko ode mnie zależało, nie wyjeżdżałbym stąd na żaden wschód. - Jaki wschód? - odparł Natan. - Nie wiem, może na Zamojszczyznę, a może jeszcze dalej, gdzieś na Ukrainę… Katz, opadłszy zupełnie z sił, usiadł na krześle. Przyglądał się Icchakowi, próbując zrozumieć, skąd w nim tyle wiary - głupiej wiary, która pcha go prosto w ramiona śmierci, czego ten w ogóle nie dostrzega, a może raczej - czego nie chce dostrzec. Icchak ponownie wziął do ręki dokument i przestudiował go dokładnie zapewne już któryś raz z rzędu. - Nie napisali - stwierdził obojętnie. - Czego? - zapytał wyrwany z zadumy Natan. - Dokąd. - Co dokąd? - Dokąd nas wywiozą - odparł poirytowany niedomyślnością krewnego Icchak. - Przekonasz się na miejscu - odpowiedział mu Katz i bez słowa wstał i wyszedł do swego pokoju. Długo w nocy nie mógł zasnąć. Gdy w końcu udało mu się to tuż przed świtem, powróciły doń koszmary nawiedzające go niemal każdej nocy od czasu, kiedy wrócił na Zamenhofa. Była siódma rano, gdy zerwał się z łóżka, zbudzony hałasami dochodzącymi z salonu. Spał niespełna dwie godziny i czuł się potwornie zmęczony. W pokoju obok krzątała się Sara, młoda, choć niezbyt urodziwa żona Icchaka. Próbowała upchać w walizkach jakieś rodzinne pamiątki. Nie udawało jej się to, więc głośno na przemian wzywała pomocy, to znów przeklinała, że nikt nie chce jej udzielić. - Po co to zabierasz? - spytał Natan, stając w drzwiach salonu. Spojrzała na niego, wprawdzie bez wyrzutu, ale również bez jakiejkolwiek sympatii. Zapewne ona również nie mogła mu wybaczyć, że Niemcy pozwalają mu zostać w Warszawie. - Wprawdzie jedziemy na wschód - odparła nieco poirytowana - ale i tam musimy żyć jak normalni ludzie. - Przerwała na chwilę swoją syzyfową pracę i podeszła do Katza. - A ty… zostaniesz tutaj? - A gdzie indziej miałbym się podziać? Lekko zarumieniła się na twarzy, jakby dopiero teraz, usłyszawszy jego ostrą ripostę, dostrzegła niestosowność swego pytania. - Nie, źle mnie zrozumiałeś - wytłumaczyła. - Ja się nawet z tego cieszę - dodała po chwili. - Ktoś przecież musi tu zostać i dopilnować tego wszystkiego - powiodła wzrokiem po mieszkaniu. - Chyba będziemy mogli na ciebie liczyć? Długo spoglądał w jej duże ciemne oczy. I nie dostrzegł w nich ani cienia wątpliwości. Sara głęboko wierzyła w to, że jeszcze kiedyś cała i zdrowa wróci do Warszawy. - Tak, oczywiście - odpowiedział. Chciał jeszcze coś dodać, ale w tej samej chwili usłyszał czyjeś kroki w korytarzu. - Jesteś nareszcie - wykrzyknęła Sara na widok męża. - Pomożesz mi zapakować te fotografie. - Wskazała na stosik leżących na podłodze, obok wypchanej już po brzegi walizki, oprawionych w drewniane ramki rodzinnych zdjęć. Icchak mruknął jednak tylko coś pod nosem, przemaszerował z wyjątkowo markotną, nawet jak na niego, miną przez pokój i stanął przy oknie. - Setki ludzi idzie na Umschlagplatz - powiedział, stojąc tyłem do Sary i Natana. - Kobiety, dzieci, starcy. Słychać krzyki, śpiew, płacz. Nie podoba mi się to wszystko - wymamrotał. Skąd ta nagła zmiana nastawienia? - zainteresował się Katz, ale głośno nie spytał. - Co ci się znowu nie podoba? - zapytała za to swoim skrzekliwym głosem Sara. - Nie powinniśmy wyjeżdżać z Warszawy - odpowiedział, odwracając się do żony Icchak. - Tu się urodziłem i tutaj chciałbym umrzeć. - Ależ - zaprotestowała kobieta. - Nikt nie chce umierać. Kiedy wojna się skończy, wrócimy tutaj. - Szukając ratunku, zawiesiła wzrok na Katzu. - Natan przecież zostanie w Warszawie. Już mi obiecał, że pod naszą nieobecność wszystkiego będzie pilnował. Prawda? Katz milczał, ale potwierdził słowa Sary kiwnięciem głowy. Przerażała go myśl, że być może właśnie tym niewinnym gestem przypieczętuje tragiczny los swoich krewnych. Icchak długo wpatrywał się w niego, jakby z wyrzutem. - Co o tym wszystkim myślisz? - spytał wreszcie. - Że to jedna wielka niemiecka mistyfikacja - odparł Natan. - Mistyfikacja? - niemal krzyknęła Sara. - Ty chyba zwariowałeś. - Jej oczy rzucały najprawdziwsze gromy. Odwróciła się w stronę męża i teraz zaatakowała jego. - A ty masz zamiar go we wszystkim słuchać? Mamy wreszcie szansę dorobić się czegoś tam, na wschodzie, a ty wolisz zostać w Warszawie. Dobrze, niech będzie, niech inni się tam osiedlą, zajmą najlepsze gospodarstwa, my… - Saro - przerwał jej Icchak, a jego głos zabrzmiał tak twardo, że kobieta rzeczywiście natychmiast zamilkła. - Ja tylko pytam Natana, co o tym wszystkim myśli. Jeśli ma złe przeczucia… - Tak, mam - wtrącił ostro Katz. Po chwili zaś dodał, znacznie już spokojniejszym tonem: - Jeśli wierzycie Niemcom, wasza sprawa - jedźcie. Ja jednak bym im nie wierzył. - A to? - Icchak zamachał mu przed nosem dokumentem wzywającym do stawienia się na Umschlagplatzu. - Możecie uciec. - Dokąd? Na aryjską stronę? - spytał Icchak z powątpiewaniem. - Nie przetrwamy tam nawet jednego dnia. Nie z naszym wyglądem. - Więc ukryjcie się w getcie - zaproponował Natan. - To też nie jest takie proste. Getto z dnia na dzień pustoszeje. Coraz łatwiej znaleźć poszukiwanych. Katzowi nie było żal Sary, żałował jednak Icchaka. Nie dlatego, że był jego kuzynem. Icchak był po prostu dobrym człowiekiem - człowiekiem, który, miał co do tego coraz mniej wątpliwości, za swoją dobroć graniczącą niekiedy z głupotą zapłaci najwyższą cenę. Jeżeli świadomie dąży on do samounicestwienia, co może go od tego odwieźć? - Pomogę wam - powiedział niemal szeptem Natan. - Wrócę za godzinę i wtedy pomogę wam zanieść bagaże na Stawki. To był wyjątkowo ciepły, nawet jak na kwiecień, dzień. W getcie panowało wielkie poruszenie. Icchak mówił prawdę - setki ludzi ciągnęły, dzierżąc w dłoniach torby, walizki, plecaki, cały swój dobytek, na plac, gdzie, zgodnie z zapewnieniem Niemców, miały już na nich czekać podstawione pociągi. Jak zapewniali Niemcy, gdy tylko zostaną załadowane Żydami, wyruszą w podróż do ich nowej ziemi obiecanej - na wschód. Jak daleko był ten wschód? - zastanawiał się Katz. Przyglądał się płaczącym z głodu, wychudzonym dzieciom i starcom przypominającym duchy, nie zaś żywych ludzi, którzy wciąż jeszcze czują i myślą. Wszystkich ich czeka ten sam los. Bo na kolejowej bocznicy Umschlagplatzu nie pojawi się żaden nowy Noe z barką, która ocali ich przed potopem, ale - bydlęce wagony, które powiodą ich w najgłębszą otchłań nieszczęścia. 17. Damian Fras Piękne było lato tego roku. Piękne i straszne. Informacje docierające z Warszawy zdecydowanie nie napawały optymizmem. Choć Żydzi to naród, jak się już Damian dawno zdążył zorientować, niepoprawnych optymistów, wieści z położonej kilkadziesiąt kilometrów od Otwocka stolicy wprawiały nawet ich w zasępienie. Pensjonariuszy "Zofiówki" mimo wszystko utrzymywano w stanie błogosławionej nieświadomości. Fras, który zatrudniony został w sanatorium jako psycholog, niejeden raz dyskutował na ten temat z dyrektorem ośrodka. - Niech pan mi wierzy, tak będzie lepiej - przekonywał starszy już wiekiem lekarz psychiatra. - W czasach pogardy, w jakich nam przyszło żyć, nieświadomość to najlepszy środek znieczulający. - Ale gdyby wiedzieli, co się dzieje dokoła, mieliby jakiś wybór - wtrącił Damian. Spacerowali właśnie po ogrodzie, mijając pacjentów siedzących na ławeczkach bądź leżących na łóżkach polowych, którzy zażywali być może ostatnich w swym życiu słonecznych kąpieli. Na ich twarzach malowała się dziecięca niemal radość. - Proszę na nich spojrzeć - powiedział doktor Blumsztajn. - Chciałby pan ich pochować w lasach? Wywieźć do Warszawy? Przecież to by oznaczało pewną śmierć. - A co ich czeka, gdy pozostaną tutaj? - nie dawał za wygraną Fras. - Spokój - odparł dyrektor. - Spokój? - powtórzył z niedowierzaniem Damian. - Pewność, że do ostatniej sekundy życia będziemy stać u ich boku. Ale Fras nie miał ani spokoju, ani pewności. Gdy parę miesięcy temu trafił do Otwocka, zawdzięczając spełnienie swej prośby ludzkiemu odruchowi pułkownika von Herzoga, miał nadzieję, że będzie mu dane ratować życie innych. Teraz każdego dnia dowiadywał się tylko, że co najwyżej dane mu będzie odprowadzać ich na śmierć. Buntował się przeciwko temu, ale nie był w stanie nic na to poradzić. Z jednej strony rozumiał Blumsztajna, z drugiej - odrzucał całkowicie tok jego myślenia. - Należy zrobić wszystko, wszystko - podkreślił - panie doktorze, aby ich uratować - powtarzał w nieskończoność podczas cowieczornych partii szachów. Początkowo każda z nich kończyła się zwycięstwem Damiana, który bez większych problemów przewidywał ruchy przeciwnika. Potem Fras nauczył się popełniać błędy, mając nadzieję, że zwycięski Blumsztajn stanie się bardziej podatny na jego sugestie. Doktor jednak twardo stał na swoim stanowisku. - My robimy wszystko - odpowiadał w takich przypadkach dyrektor "Zofiówki" - aby odseparować ich od okrucieństw świata, których mogliby doświadczyć wyszedłszy poza mury ośrodka. - Po chwili, wyrwawszy się z odrętwienia, dodał jeszcze: - I, proszę mi wierzyć, nic więcej zrobić już nie możemy. - Tym samym skazuje ich pan na pewną śmierć - zaatakował go Fras. - Wszyscy jesteśmy na nią skazani - odparł szeptem Blumsztajn. - Chociaż, owszem, rozumując logicznie, należy stwierdzić, że nasze szanse na przetrwanie są minimalnie większe. My bowiem wiemy, czego się spodziewać. - To może i im należałoby o tym powiedzieć? - Naprawdę sądzi pan, że zrozumieją? - pytanie, które zawisło nad szachownicą, także Damianowi wydało się czysto teoretyczne. - A nawet jeśli któryś z nich zrozumie, co to zmieni? Fras zamilkł. Choć nie było w nim zgody na żelazną logikę wydarzeń przedstawioną przez Blumsztajna, nie był w stanie zaproponować żadnego innego rozsądnego wyjścia z sytuacji. Kiedy na dodatek dotarły do Otwocka sprawdzone już wieści o wywózkach Żydów z Warszawy, dyrektor "Zofiówki" zarządził zebranie personelu. Odbyło się ono późno wieczorem, kiedy pacjenci smacznie już spali w swoich łóżkach. - Wniosek nasuwa się jeden - oświadczył Blumsztajn. - Możemy spodziewać się najgorszego. I to niebawem. - Niebawem - powtórzył doktor Lichtenfeld. - To znaczy, kiedy? Dyrektor wzruszył jedynie ramionami, odpowiadając przy tym: - Proszę nie żądać ode mnie niemożliwego. Równie dobrze Niemcy mogą zjawić się u nas jutro, jak i za tydzień bądź miesiąc. - Co zrobimy w takim przypadku? - zapytał specjalnie zaproszony na to spotkanie kierownik jednego z otwockich zakładów dla dzieci upośledzonych. Mimo że nosił polskie nazwisko, także był Żydem. Blumsztajn spojrzał w jego kierunku i mina wyraźnie mu zrzedła. - Pan znajduje się w sytuacji jeszcze gorszej od nas - stwierdził. - Nie wiem więc, czy rozwiązanie, które za chwilę zaproponuję, wyda się panu właściwe. - Słucham - mruknął pod nosem Ossowiecki. - Proszę, pani Levi - Blumsztajn oddał głos jednej ze swoich zastępczyń. Była to niemłoda już kobieta, od której wciąż jednak biła jeszcze siła młodości. Kiedyś musiała być piękna - podsumował w myśli Fras. - Piękna i niezależna. - Nie ulega wątpliwości, że w przypadku ingerencji Niemców los naszych pacjentów jest przesądzony. Nie wiemy jedynie, w jaki sposób Niemcy zechcą się ich pozbyć. Możemy się co najwyżej domyślać. - Zrobiła chwilę przerwy, jakby zabrakło jej tchu. A może po prostu to, co miała powiedzieć za chwilę, napawało ją takim strachem, że musiała zebrać w sobie niezbędną do wypowiedzenia głośno swych myśli odwagę. - Nie powinniśmy łudzić się także - podjęła wreszcie przerwany wątek - że dla nas hitlerowcy szykują lepszą przyszłość. Naradziliśmy się więc z dyrektorem Blumsztajnem i… - znów to, co miała powiedzieć, nie mogło przejść jej przez gardło. Z odsieczą przybył Blumsztajn. - Nie chcemy, aby Niemcy poprowadzili nas jak bydło na rzeź. Dlatego przygotowaliśmy dla każdego - wskazał na niewielkie pudełeczko, które w tej samej chwili doktor Levi położyła na jego biurku - cyjanek potasu. W gabinecie zaległa złowroga, śmiertelna cisza. Lekarze, pracownicy "Zofiówki", "Brijusa", "Centosu" spoglądali na siebie tyleż zaskoczeni, co przerażeni. Jeżeli do tej pory mieli jeszcze nadzieję, że uda im się ocalić życie, teraz już chyba utracili ją bezpowrotnie. Śmierć - i to wcale nie w mundurze esesmana czy gestapowca - zapukała właśnie do drzwi ich domów. - Oczywiście nikogo nie zmuszamy - dodał po długiej, ciągnącej się, zdawałoby się, w nieskończoność chwili milczenia Blumsztajn. - Ale to rozwiązanie wydaje nam się najwłaściwsze. Trucizna podzielona została już wcześniej na odpowiednie porcje. Starczyło jej dla wszystkich. Niektórzy brali nawet więcej, dla swoich rodzin. Kiedy do biurka podszedł Fras, doktor zapytał: - Pan też się zdecydował? - Na śmierć? - odpowiedział pytaniem Damian. - Nigdy! Potraktuję to raczej jako… jako zabezpieczenie. To, czego wszyscy w Otwocku oczekiwali, stało się w połowie sierpnia. Wiadomość o pojawieniu się w miasteczku oddziału specjalnego Niemców i wagonach kolejowych podstawionych na bocznicę otwockiego dworca kolejowego, rozniosła się lotem błyskawicy, chociaż oficjalnie obowiązywał zakaz przekazywania sobie takich informacji. W "Zofiówce" od południa zapanował niezwyczajny dla tego ośrodka harmider. Podenerwowanie personelu udzielało się pacjentom. Niektórzy - bądź to rozumiejący, co się wokół nich dzieje, bądź tylko przestraszeni panującym w sanatorium rozgardiaszem - próbowali nawet uciekać. Ich rozpaczliwe próby ratowania życia z góry jednak skazane były na niepowodzenie. Wyłapywani na terenie miasta przez żydowskich policjantów, odprowadzani byli z powrotem do "Zofiówki" albo już prosto na dworzec, gdzie natychmiast pakowano ich do bydlęcych wagonów. Ci, którzy wpadli w łapy Niemców, mieli znacznie mniej szczęścia - zabijani byli od razu na ulicy. Widząc co się dzieje, Blumsztajn kazał zebrać wszystkich pacjentów w sali jadalnej. Tam również spotkali się pracownicy ośrodka. Tuż przed zmierzchem w sanatorium pojawili się Niemcy. Dowódca oddziału, przedstawił się nazwiskiem Brand, nie podejmował żadnych rozmów z personelem. Wydał jedynie rozkaz wyprowadzenie wszystkich pensjonariuszy na plac przed budynkiem, po czym najnormalniej w świecie udał się do swego samochodu zaparkowanego przy ulicy. Może miał już dosyć widoku umierających Żydów? Fras przypadkiem znalazł się obok Michała Znicza. Staruszek trząsł się cały i nieprzytomnym wzrokiem wodził po najbliższym otoczeniu. - Zebrali nas tutaj, myślałem, że już czas na kolację, ale nie dali nic do jedzenia… Damian ujął go pod ramię i spojrzawszy mu głęboko w oczy chciał przekonać, że nic złego się nie dzieje, że na kolację przyjdzie czas nieco później. Pacjentów wyprowadzano dziesiątkami. W ogólnym hałasie początkowo nie było słychać strzałów dochodzących z zewnątrz. Dopiero gdy ktoś krzyknął, że gdzieś niedaleko strzelają, w jadalni zapanowało milczenie. Kolejna salwa był już więc doskonale słyszalna. - Strzelają? - spytał z niedowierzaniem aktor. - Może to tylko salut na wiwat? - odparł Damian. - Proszę się nie bać. - Ale staruszek nie zwracał już na niego uwagi. Ponad głowami innych wbił swój wzrok gdzieś w dal - w miejsce, które tylko on dostrzegał oczyma swej wyobraźni. Gdy przyszła kolej na nich, Znicz ruszył wolno do wyjścia wraz z Frasem. Przed budynkiem czekał na nich pluton egzekucyjny złożony z kilku Niemców wyposażonych w karabiny maszynowe. Ciała wcześniej zabitych, jeszcze nie uprzątnięte - zresztą, kto by się tym zajmował w takiej chwili - leżały na placu, dodatkowo potęgując uczucie grozy. Większość pacjentów, nawet jeśli wcześniej nie rozumiała, co się dzieje, teraz pozbawiona zostawała wszystkich złudzeń. Więc tak wygląda śmierć - zdążył pomyśleć Damian, nim żołnierz niemiecki odepchnął go na bok. Starego aktora hitlerowiec ustawił w równym rzędzie z innymi pensjonariuszami. Fras wolał na to nie patrzeć, wrócił do jadalni, gdzie dobiegły go kolejne strzały. - Może chociaż po wojnie uda mi się zobaczyć przynajmniej jeden film, w którym zagrałeś - zwrócił się do nieżyjącego już aktora. W sali zaczepił go Lichtenfeld. - I co pan zamierza zrobić? - spytał. - Uciekam - odpowiedział Fras. - Szkoda, że zdecydował się pan tak późno. - Późno? - Doktorowi Blumsztajnowi i kilku innym udało się wyjechać godzinę temu. - Dokąd? - Do Warszawy. - A pan? - Damian spojrzał głęboko w oczy Lichtenfelda. - Ja? Mam uciekać z jednego getta do drugiego? I tym sposobem jedynie odwlec to, co i tak wydaje mi się nieodwołalne? Nie, wolę już pozostać tutaj, z tymi, których miałem leczyć, którymi miałem się opiekować. Fras chciał już odejść, szukając drogi ucieczki, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę i pociągnął lekarza za łokieć. - Przepraszam, jeszcze jedno. - Słucham. - Pan… pan mnie potępia? Na twarzy Lichtenfelda zagościł niejednoznaczny uśmiech. Damian nie miał więc pojęcia, co w rzeczywistości oznacza. Słowa lekarza szybko jednak rozwiały jego wątpliwości. - Pana? - stwierdził z ogromnym zdziwieniem w tonie głosu. - Pana mogę co najwyżej podziwiać - dopowiedział. - Za co? - Że pan tu przyjechał. I nie dodając już nic więcej, klepnął go poufale w ramię, co Fras mógł odczytać jako słowa otuchy i życzenie powodzenia. Kiedy wyprowadzano kolejną grupę pacjentów, Damian wbiegł po schodach na najwyższe piętro budynku. Korzystając z ciemności, wyszedł na balkon i po rynnie wspiął się na dach, gdzie miał już przygotowaną kryjówkę. Wiedział, że Niemcy go tu nie znajdą, że w ogóle nie będą szukać. Zadowolą się krwią niewinnych pacjentów ośrodka dla psychicznie chorych. Krwią bezbronnych, szalonych ludzi, idących na śmierć wcale nie w takiej znów błogosławionej nieświadomości, jak sobie tego życzył doktor Blumsztajn. Fras patrzył jeszcze z dachu na egzekucję kolejnej grupy pensjonariuszy, wśród których znajdowali się między innymi znany przed wojną dziennikarz Ajnhorn i przeurocza staruszka Adela Tuwim, o której mówiono mu, że wydała na świat jednego z najwybitniejszych polskich poetów. Jakiż wiersz napisałby teraz jej syn, widząc matkę oczekującą na śmierć z ręki hitlerowców? - pomyślał Damian, po czym tuż przed oddaniem salwy odwrócił się i podążył w stronę wcześniej przygotowanej kryjówki. następna strona » |