18.
Artur Gottberg


Po kilku tygodniach spędzonych w areszcie smoleńskiego SS Gottbergowi otrzymał od von Herzoga rozkaz wyjazdu do Berlina. Artur długo i ze zdziwieniem przyglądał się niewielkiemu skrawkowi papieru, na którym zapisane zostało polecenie, które chwilę wcześniej usłyszał z ust pułkownika.
- Kiedy mam wyjechać? - spytał, prężąc się na baczność przed von Herzogiem.
- Jak najszybciej.
- Czy wie pan już może, pułkowniku, jakie zadanie zostanie mi tam przydzielone? - Gottberg nie wierzył wprawdzie w to, że otrzyma odpowiedź, ale ciekawość była w nim tak wielka, że nie był w stanie opanować się przed zadaniem pytania.
Von Herzog zgromił go spojrzeniem i odparł jedynie:
- Dowie się pan na miejscu. - Zapewne nie chciał przyznać się do faktu, że nie został wtajemniczony przez Lindemanna w tę sprawę.
W ciągu kilku godzin, które pozostały mu jeszcze do odjazdu pociągu, postanowił odwiedzić Jelizawietę. O ile wciąż jeszcze mieszkała w willi, która początkowo stanowiła siedzibę sztabu grupy "Geist".
Staruszka przez kilka sekund przyglądała mu się ze zdziwieniem, ale w końcu rozpoznała w nim tego "młodego oficera, który spędził tu nieco czasu parę miesięcy temu". Rozmawiali siedząc w kuchni. Rosjanka gotowała obiad dla swego nowego gospodarza, którym okazał się jakiś wysoki oficer SD.
- Coś pan niezdrowo wygląda - stwierdziła, przypatrując się uważnie Gottbergowi. - Taki blady.
- Nie miałem ostatnio, niestety, zbyt wielu okazji do opalania się - przyznał z uśmiechem na twarzy. - Ale teraz już powinno się to zmienić.
Spytał ją jeszcze przed odejściem o innych członków grupy. Okazało się jednak, że staruszka niewiele była mu w stanie powiedzieć. Raz tylko spotkała komandira Karla, ale był w towarzystwie dwóch oficerów SS, więc nie miała nawet okazji z nim porozmawiać. Zauważywszy ją, przechodząc przez korytarz do salonu, posłał jedynie w jej kierunku nic nie znaczący uśmiech.
- I tylem go widziała.
Wzruszyła ramionami, co przy jej posturze wyglądało nad wyraz komicznie. Nagle jednak zamyśliła się i bąknęła coś pod nosem po rosyjsku.
Artur spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- Był tu ktoś jeszcze. Parę tygodni temu. Pytał o pana Fro… Fre… - nie potrafiła wymówić nazwiska Karla, więc zrezygnowała. Zresztą Gottberg i tak przecież wiedział doskonale, kogo ma na myśli.
- Kto to był?
- Mówił, że pop - odparła obojętnie Jelizawieta. - Ale kto go tam wie. Wcale nie był jak pop ubrany.
Artur przytomniał sobie mężczyznę, który towarzyszył im podczas ucieczki z Baranowa. Dotarł wraz z nimi do Łokotu, a potem zniknął, jako jedyny wypuszczony na wolność przez Kamińskiego.
Może był jego człowiekiem?
- Pytał o coś? - wycedził przez zęby Gottberg.
- Tylko czy ktoś z panów nie szukał kontaktu.
- I co mu pani powiedziała, Jelizawieto?
- Nic.
Głupie pytanie. Skoro nic nie wiedziała, co mogła odpowiedzieć?
- Wrócił jeszcze?
Staruszka zaprzeczyła ruchem głowy, śmiesznie przechylając ją na lewą stronę. Zamaszystym ruchem zamieszała zupę w garnku i momentalnie całą kuchnię wypełnił aromatyczny zapach.
- Głodny pan?
- Może i głodny. - Artur spojrzał na stojący na kuchence garnek, na Rosjankę, w końcu na zegarek na ręce. - Ale dziękuję. Spieszę się na pociąg.
- Wraca pan?
- W pewnym sensie - odparł, żegnając się ze staruszką.
W Berlinie od razu po wyjściu z pociągu Gottberg został odtransportowany na Margaretenstrasse do gabinetu Alfreda Rosenberga w Ostministerium. Czekał tam jednak na niego nie sam Minister dla Okupowanych Terenów Wschodnich, ale kierownik Wydziału Polityki Ogólnej doktor Otto Bräutigam.
Jakaż zmiana - skonstatował Gottberg. - Z esesmańskiego aresztu na ministerialne salony.
Głośno zaś powiedział:
- Do tej pory nie wiem, panie doktorze, czemu zawdzięczam takie wyróżnienie. - Wzrokiem powiódł po skromnie wprawdzie urządzonym gabinecie, ale za to mieszczącym się w budynku, który wzbudzał respekt i poważanie.
Bräutigam nie odpowiedział od razu. Najpierw spojrzał w rozłożone na biurku papiery, część z nich przestudiował dość uważnie, po czym podjął:
- Wiemy o panu wszystko, a raczej - niemal wszystko. Wiemy, co robił pan w Rosji i że siedząc w areszcie zdołał pan poduczyć się języka naszych wrogów.
Zwykłe ple-ple, za którym musiała jednak kryć się jakaś znacznie poważniejsza i na pewno zasługująca na uwagę propozycja.
Inaczej nie ściągaliby mnie tutaj aż ze Smoleńska, darowując sporą część kary i przywracając stopień wojskowy - tłumaczył sobie w myśli Gottberg. - Mimo wszystko warto więc wysłuchać tego urzędniczyny, nawet jeśli będzie wyrzucał z siebie same slogany.
Gdy jednak potok nic nie znaczących słów Bräutigama zaczął zamieniać się w rzekę, Artur nie wytrzymał i siląc się na uprzejmość, aby nie urazić swego gospodarza, spytał:
- Czy mógłby pan przejść do rzeczy?
Doktor Bräutigam, nawet jeżeli poczuł się pytaniem tym urażony, nie dał tego po sobie poznać. Pracując w ministerstwie, sztukę skrywania swych prawdziwych odczuć i emocji musiał chyba opanować do perfekcji. Słowa Gottberga jednak poskutkowały, albowiem kolejne wypowiedziane przez urzędnika zdanie urzędnika zdradzało, że postanowił on w końcu przejść do sedna sprawy:
- Mamy dla pana konkretną propozycję.
- Propozycję? - powtórzył z niedowierzaniem Artur.
- Raczej - rozkaz.
Gottberg, usłyszawszy to, odetchnął z ulgą. Przynajmniej nie wystawią go na pokusę odmowy, która mogłaby zostać zinterpretowana zdecydowanie na jego niekorzyść. A tak problem rozwiązuje się sam. Rozkaz to w końcu - rozkaz. Trzeba go wykonać - i już!
- Otrzymaliśmy wreszcie zielone światło w sprawie tworzenia w ramach Wehrmachtu i SS wojsk składających się z obywateli byłego Związku Radzieckiego - poinformował Gottberga Bräutigam takim tonem, jakby zdradzał mu najpilniej strzeżoną tajemnicę państwową III Rzeszy. Ze zdziwieniem jednak musiał stwierdzić, że informacja ta nie wywarła na Arturze większego wrażenia.
- Jeśli się nie mylę - odparł Gottberg - takie formacje są już tworzone. I to od kilku dobrych miesięcy.
- Taaak - potwierdził przeciągle urzędnik. - Ale do tej pory powstawały one nielegalnie, a od teraz…
Artur nie dał mu dokończyć.
- Nie uważa pan, że to już trochę za późno?
- Za późno?
- Że wojna na wschodzie jest już przegrana?
Słowa wypowiadane przez Gottberga z brutalną szczerością dosłownie wbiły Bräutigama w fotel.
- Przegrana? - były kapitan artylerii nie wierzył w to, co słyszał. - Teraz gdy zyskaliśmy niepodważalny argument, powiem więcej - broń, która może nam pomóc w całkowitym rozmontowaniu resztek państwa sowieckiego…
Artur słuchał go z niedowierzaniem, ale i rosnącym zainteresowaniem. Bräutigam mówił z taką pasją, że coś musiało się za tym kryć - coś, o czym wiedzieli jeszcze nieliczni.
- Co to za broń?
- "Kto", a nie "co"? - odpowiedział z wyrazem triumfu na twarzy urzędnik Ostministerium. - Oddał się w nasze ręce generał Andriej Andriejewicz Własow - stwierdził to z takim namaszczeniem, jakby przekazywał Gottbergowi co najmniej wieść o błogosławieństwie udzielonym przez samego Piusa XII Führerowi i wszystkim walczącym z bolszewikami i Żydami Niemcom.
- Przepraszam, ale to nazwisko nic mi nie mówi - Artur natychmiast sprowadził Bräutigama na ziemię.
- To sowiecki generał - wyjaśnił mu gospodarz. - Jeden z najznamienitszych. I, co najważniejsze, chce z nami współpracować przeciwko Stalinowi.
- To rzeczywiście wielki sukces - odparł enigmatycznie Gottberg. - Nie rozumiem tylko, jaki ma to związek ze mną.
Bräutigam spojrzał nań jak na niezbyt rozgarnięte dziecko, które właśnie otrzymało do ręki zabawkę, ale nie ma jeszcze pojęcia, jak się nią bawić.
- Pan zdążył poznać Rosję, język, ludzi, nawet tych, którzy kiedyś byli bolszewikami, a później przeszli na naszą stronę. - Artur nie odzywał się, słowa doktora potwierdzał jedynie ruchem głowy. - Zostanie pan przydzielony do komisji, która będzie zajmować się rekrutacją rosyjskich jeńców do przyszłej narodowowyzwoleńczej armii, na czele której stanie generał Własow.
- Mam więc wrócić do Rosji?
- Jeżeli taka będzie konieczność - tak. Ale wcześniej zatrzyma się pan w Generalnym Gubernatorstwie. Wielu jeńców z frontu wschodniego zostało osadzonych w obozach na terenie byłej Polski i Ukrainy.
Gottbergowi wyraźnie wrócił dobry nastrój. Wszystkiego mógłby się spodziewać, ale nie tego, że los będzie mu aż tak bardzo sprzyjał. Nie trafi więc ponownie do aresztu, nie wyślą go też na pierwszą linię frontu, czego się najbardziej obawiał.
Czyż mógł wyobrazić sobie lepszy traf?
- Zgadza się pan, Gottberg? - Z zamyślenia wyrwało go pytanie Bräutigama.
- Oczywiście - odpowiedział, nie zwlekając. - Mam tylko jedną prośbę - dodał.
- Jeśli to rzeczywiście prośba, która nie będzie wykraczać poza moje kompetencje.
- Zapewne nie - stwierdził Artur.
- Niech więc pan mówi.
Gottberg wziął głęboki oddech i zaczął:
- Przeglądając papiery dotyczące grupy "Geist", musiał pan trafić na nazwisko Strickfeldt. - Bräutigam przytaknął. - Franz Strickfeldt dysponuje co najmniej taką samą wiedzą na temat Rosji i Rosjan co ja. Myślę, że on również mógłby przydać się przy rekrutacji jeńców do przyszłej armii rosyjskiej.
Doktor zamyślił się i odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.
- Niestety, nie mam pojęcia, gdzie on się znajduje.
- Wystarczyłoby chyba spytać pułkownika von Herzoga w Smoleńsku - podpowiedział Gottberg.
- Nie wydaje mi się ten pomysł aż tak zły, więc może…
Artur z zadowolenia zacisnął wargi. Całkiem możliwym wydał się fakt upieczenia dwóch potraw na jednym ogniu. Jeśli tak, Strickfeldt powinien być mu wdzięczny do końca życia.
Bräutigam, widząc zadowolenie na twarzy swego rozmówcy, wstał z fotela, obszedł biurko dokoła i zatrzymawszy się przed Gottbergiem podał mu dłoń.
- Najwyższy czas, aby poznał pan swego nowego przełożonego.
Przeszli do sąsiedniego gabinetu, gdzie czekał już na nich wysoki, barczysty oficer ze staromodnymi bokobrodami i zadbanym wąsikiem pod nosem.
- Major Krantz - przedstawił się Gottbergowi. - Cieszę się, że mogłem pana wydostać z łap SS.

19.
Natan Katz


W ciągu niespełna roku spędzonego w getcie Natan stracił wszystkich krewnych oraz bliskich i dalszych znajomych. Krótko po tym jak odprowadził na Umschlagplatz Icchaka z żoną i dziećmi, dowiedział się z pewnego źródła, co kryło się pod eufemistycznym stwierdzeniem Niemców, że wywożą oni Żydów "na wschód".
Ów wschód przybrał bardzo niepokojąco brzmiącą polską nazwę - Treblinka.
Dwaj inni kuzyni Icchaka, którzy byli także, choć w mniejszym stopniu, spokrewnieni z Katzem zginęli, zastrzeleni przez hitlerowców, ponieważ nie chcieli pozwolić wywieźć się do obozu zagłady. Natan, na powrót pracujący w firmie Pinkerta, zebrał ich trupy z ulicy. Choć coś ściskało go w tej chwili za gardło i dławiło oddech, nie uronił jednak nad ich zwłokami ani jednej łzy. Kto wie, może w ten sposób zaoszczędzono im dużo większych cierpień.
Zimą poznał Rywkę. Była odeń dużo młodsza, miała niespełna dziewiętnaście lat, ale fascynowała go jak żadna inna kobieta wcześniej. Rywka, jak niemal wszyscy w getcie, żyła na kredyt. Znaczyło to, że śmierć powinna wziąć ją w swoje objęcia już bardzo dawno. Była sierotą, która wychowała się w przytułku doktora Korczaka. Kiedy parę miesięcy wcześniej dzieci wraz z doktorem wywieziono z Umschlagplatzu, przypadek jedynie sprawił, że w grupie tej nie było Rywki. Opowiadała potem tę historię Natanowi niejeden raz, zawsze ze łzami w oczach.
- Cofnęłam się po walizkę, a kiedy przyszłam na bocznicę, Niemiec nie chciał mnie już wpuścić do wagonu, bo stwierdził, że jest pełen - mówiła to z wyrzutem, jakby chciała przeprosić za to, że jeszcze żyje.
Po letnich wywózkach getto opustoszało. Zlikwidowano wprawdzie jego mniejszą część, położoną po drugiej stronie ulicy Chłodnej, ale mimo tego, że jej mieszkańcy przenieśli się do "dużego getta", coraz więcej mieszkań stało pustych. Już nikt się nie łudził, pewnym było, że Niemcy wyczekują jedynie wiosny, aby przystąpić do ostatecznej likwidacji "dzielnicy żydowskiej" w Warszawie.
Katz miał do dyspozycji mieszkanie po Icchaku. Zaproponował więc Rywce, aby przeprowadziła się do niego. Dziewczyna z rumieńcem zawstydzenia na twarzy wyraziła zgodę. Wtedy wszystko działo się szybciej. W pary łączyli się ludzie, którzy poznali się zaledwie parę dni wcześniej. Przez cały czas bowiem towarzyszyła im świadomość, że mogą mieć przed sobą ostatnie godziny życia. Po cóż więc odmawiać sobie tych niewielu przyjemności, które im jeszcze pozostały?
Rywka nikła w oczach i Natan nic nie był w stanie na to poradzić. Z ogromnym trudem, ale jednak, zdobywał jedzenie. Tyle że coraz częściej dane mu było usłyszeć z ust dziewczyny, że nie jest głodna. On tłumaczył to sobie inaczej. Jej się nie odechciało jeść, ale - żyć. Pocieszał się jednak myślą, że trzeba jedynie przeczekać do wiosny, bo przecież wiosną odrodzi się wszystko - świat, przyroda, a więc także Rywka. Ale ona czekać nie miała zamiaru. Gdy pewnego styczniowego wieczoru wrócił do domu z kupionym za olbrzymią kwotę bochenkiem chleba, zastał ją śpiącą w sypialni. Takie przynajmniej sprawiała wrażenie. Próbował ją dobudzić, ale jej zimne, sine ciało nie reagowało na jego pieszczoty. Zapewne zmarła już kilka, może kilkanaście godzin temu, nad ranem, tuż po jego wyjściu do pracy.
Znów został sam.
Który to już raz?
O świcie wziął ciało dziewczyny i na własnych rękach zaniósł do kostnicy, za którą służyły sale w przedwojennej szkole. Położył ją na podłodze i dopiero teraz rozpłakał się jak dziecko. Przestał, kiedy za plecami usłyszał czyjeś kroki. To był jego partner, młody, rwący się do walki Lew Burkin.
- Znałeś ją? - spytał.
- Była mi bliska jak siostra - odpowiedział łamiącym się głosem Natan.
- Ja też miałem siostrę - odpowiedział Lew. - I braciszka, takiego malutkiego, miał nie więcej niż półtora roku. - Nie musiał mówić, co się z nimi stało. W getcie mało kto umierał śmiercią naturalną, a już na pewno nie ludzie tak młodzi.
- Coraz nas mniej, niedługo wytłuką wszystkich.
- Może wytłuką, a może nie - odpowiedział tajemniczo Burkin. - Kto będzie się bronił, umrze przynajmniej z honorem, jak na mężczyznę przystało.
- Bronił się? My nie mamy sił wstać rano z łóżka, a co dopiero wziąć do ręki karabin, którego zresztą i tak nie mamy. - Natan spoglądał na młodego Żyda jak na wariata. Czuł jednak, że młodzieniec, wbrew pozorom, jest całkowicie przy zdrowych zmysłach i jedynie próbuje mu coś przekazać - informację, która może wydać się Katzowi nader ważna.
Wieczorem wybrał się z Burkinem na spotkanie. Jak się okazało, żydowscy bojownicy mieli jedną ze swoich siedzib bardzo blisko domu Icchaka przy Miłej. Twarz mężczyzny, przed którym składał przysięgę, wydawała mu się znajoma. Być może spotykał go niekiedy na ulicy, gdy ten przychodził do punktu kontaktowego.
Po złożeniu przysięgi Anielewicz wyciągnął zza paska spodni pistolet.
- Umie się pan tym posługiwać? - zapytał.
- Na pewno nie zapomniałem - odparł Katz, biorąc do ręki broń po raz pierwszy od czasu, kiedy rozbroili go ludzie Kamińskiego.
- Niewiele ich jest na stanie, niech więc go pan szanuje.
Trzy miesiące później decyzja zapadła.
- Nie mamy już żadnych wątpliwości - poinformował wszystkich zebranych w bunkrze przy Miłej komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej. - Informacje, jakie otrzymujemy ze strony aryjskiej, brzmią jednoznacznie - Niemcy przygotowują się do ostatecznej likwidacji getta.
- Kiedy to ma nastąpić? - spytał jeden z zastępców Anielewicza.
- Dziś, jutro, za tydzień… Są już niemal gotowi.
- Jak możemy temu przeciwdziałać? - padło pytanie rzucone z przeciwległej strony. Mężczyzna, który je zadał, skryty w półmroku, miał cienki, piskliwy, jakby przestraszony, głos.
- Mamy tylko jedną możliwość - odpowiedzieć zbrojnie i to najlepiej jeszcze przed wkroczeniem Niemców.
- Atak może ich tylko rozzłościć - zaoponował ktoś inny.
- Rozzłościć? - powtórzył ironicznie Anielewicz. - I co nam zrobią, jak się rozzłoszczą? Będą do nas strzelać, a może wywiozą nas do obozu koncentracyjnego? - Odpowiedziało mu kilka nieśmiałych chichów. - To nasza jedyna szansa - kontynuował dowódca. - Zginiemy, ale przynajmniej z honorem.
Burkin, który przez cały czas stał w milczeniu obok Natana, szturchnął go teraz w bok i spytał:
- Dobrze mówi, co?
Katz nie musiał odpowiadać. Zresztą jego młody towarzysz wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Stał wpatrzony w Anielewicza jak w obraz. Ten z kolei wciąż mówił:
- Broni i amunicji mamy akurat tyle, że starczy na odparcie pierwszego ataku.
- A co potem?
- Zdobędziemy ją na Niemcach. Nie będą spodziewać się naszej kontrofensywy, więc powinni być zaskoczeni, dzięki czemu poniosą duże straty.
- Czy będziemy wcześniej znać dokładną datę wejścia Niemców?
Anielewicz wzruszył ramionami, jakby chciał spytać: "Jakie to ma w ogóle znaczenie?"
- Od dzisiaj musimy być w pełnej gotowości bojowej - odparł. - Oficjalnie więc ogłaszam alarm.
Wyznaczono dyżury przy wszystkich bramach prowadzących do getta z aryjskiej strony. Bojowcy mieli być poinformowani o wejściu Niemców w tym samym momencie, kiedy zaczną przekraczać oni granicę dzielnicy.
System nie zawiódł. Kilka dni później, gdy Polacy obchodzili Wielkanoc, żołnierze niemieccy wtargnęli do getta. Ku ich wielkiemu zdziwieniu, posypał się nań grad pocisków i własnej produkcji bomb zapalających. Po kilkugodzinnym ataku musieli się wycofać, pozostawiając na polu bitwy niemało zabitych. Tak jak przewidział Mordechaj Anielewicz, żydowscy powstańcy zdobywali broń na swoich wrogach. Tym większa była ich radość, że dzięki karabinom, które odebrali zabitym żołnierzom, mogli pomścić swoich najbliższych.
Katz znajdował się w najbliższym otoczeniu dowódcy powstania. Niejeden raz, proszony o zabranie głosu w dyskusji, podrzucał pomysły, które bojownicy następnie wprowadzali w czyn. Anielewicz cenił go nie tylko za trafne diagnozy, ale przede wszystkim za zdolność przewidywania kroków podejmowanych przez wroga. Dziwne, że ani razu nie zastanowił się, skąd ta zaskakująca przenikliwość.
Powstanie, choć bohaterskie, musiało zakończyć się klęską Żydów. Kiedy Jürgen Stroop wprowadził do walki artylerię, kiedy Niemcy, okupując dużymi stratami własnymi, zdobywali i podpalali dom po domu, kamienicę po kamienicy, stało się jasne, że powstanie dogorywa. Nie zdziwił się więc Natan, gdy pewnego dnia wezwał go Anielewicz, prosząc o rozmowę w cztery oczy.
Podał Katzowi dopiero co otwartą butelkę wódki. Gdy ten wziął potężny łyk i oddał mu z powrotem, Anielewicz wypił prawie dwa razy tyle.
- Nie dziw mi się - powiedział, widząc zaskoczoną twarz Natana. - Też jestem człowiekiem. I nie wytrzymuję tego obciążenia.
- Nikt z nas nie wytrzymuje, ale chyba nie o tym chciałeś ze mną rozmawiać.
- Nie o tym - potwierdził Mordechaj.
Obaj siedzieli w bunkrze przy Miłej. Gdzieś nad ich głowami toczyła się zażarta walka, strzelano z broni maszynowej, rozlegały się wybuchy pocisków artyleryjskich, ludzkie krzyki. Anielewicz nasłuchiwał przez chwilę, po czym pełnym desperacji głosem powiedział krótko:
- To już koniec, kwestia godzin, nie dni.
Spoglądał w twarz Katza, jakby miał nadzieję, że ten jednak w ostatniej chwili zaprzeczy. Że wyjaśni, iż walka ta ma sens, że doprowadzi ich zwycięskiego końca. W Anielewiczu fascynowała Natana właśnie jego wiara. Nie był jak inni Żydzi przyjmujący pozycję z góry skazanych na porażkę, on chciał wygrać i, tego Katz był już pewien, wygrał - trwałe miejsce w historii nie tylko swego narodu, ale i całego świata.
Natan wytrzymał jego spojrzenie, po czym bardzo cicho, tak cicho, że jego głos tonął w echach wystrzałów, przepowiedział:
- Zginiesz. Wraz z innymi. Tutaj.
Słowa wypowiedziane przez Katza nie zaskoczyły go wcale, jakby spodziewał się, że taki właśnie będzie jego koniec. Spytał jedynie:
- Niemcy?
Natan zaprzeczył ruchem głowy.
- Popełnicie samobójstwo.
- A ty?
Niezręcznie było mu w takiej chwili mówić o sobie, ale skoro Mordechaj spytał.
- Będę żył.
Anielewicz podszedł do niego i padli sobie w objęcia. Choć Mordechaj nie powiedział ani słowa, Katz wiedział, że chce mu podziękować za tę ostatnią przepowiednię.
- Czy wiesz, kiedy to się stanie?
- Nie opuścisz już tego bunkra - odparł Natan.
Ponownie zapadło między nimi milczenie przerywane hukiem granatów rozwalających w proch i pył kolejne domy.
- Idź więc już. - Mówiąc to, Anielewicz pchnął go w kierunku wyjścia. - I, jeśli mogę cię o to prosić, odmów kiedyś za mnie, już po wojnie, kadisz.
Trzy dni później, razem z kilkudziesięcioosobową grupą bojowników, Katz zszedł do kanału. Gdy zamykał za sobą właz, wysoko na niebie świecił majowy księżyc.
Czy jeszcze cię kiedyś zobaczę? - pomyślał.
Wszyscy wiedzieli już o śmierci Anielewicza. Nie mieli jednak ochoty o tym rozmawiać. Szli w milczeniu, jak na skazanie. Natan zamykał pochód, świecąc sobie latarką pod nogi. Co rusz deptał po szczurach, które - zaintrygowane nagłym poruszeniem - zaczęły opuszczać swoje nory. Nie miał pewności, dokąd idą. Miał jedynie przeczucie, że droga ta doprowadzi ich do wolności.
Po godzinie cichego marszu, podczas którego słychać było jedynie popiskiwanie przeganianych gryzoni, znaleźli się w ślepym zaułku. Ktoś z przodu zawołał go po imieniu, raz, potem drugi.
- Już idę - warknął, wściekły, że ktoś, nie zważając na względy bezpieczeństwa, podnosi głos. Niemcy mogą przecież stać na ulicy i nasłuchiwać przy włazach, czy powstańcy nie próbują uciec z getta tą właśnie drogą.
Przepychał się między stłoczonymi ludźmi, gdy nagle ktoś chwycił go za rękaw i mocno pociągnął. Chciał już powiedzieć nieznajomemu coś bardzo przykrego, gdy usłyszał znajomy głos:
- Natan? Natan Katz?
- Tak - odparł niemal szeptem. W ciemnościach nie mógł zobaczyć twarzy człowieka, który go zaczepił. Ale ten głos - ten głos był mu kiedyś tak bliski.
- Nigdy nie sądziłem, że spotkamy się w takim miejscu - stwierdził nieznajomy.
Katz podniósł do góry latarkę i poświecił mężczyźnie prosto w twarz. Ten, oślepiony, bezwiednie zmrużył oczy i odwrócił głowę w bok. Ale Natan już zdążył go poznać i zaniemówić na jego widok. Po chwili padli sobie w ramiona.
- Fras, ty diable, ze wszystkich kręgów piekieł musisz wyjść obronną ręką - powiedział Natan, szarpiąc przyjaciela za rękawy kurtki.
- Obronną nie znaczy jednak czystą - zauważył Damian.
I nie wiadomo, jak długo trwaliby w uścisku, gdyby nie podenerwowane głosy innych, domagające się od Katza wskazania dalszego kierunku marszu. Ten natomiast mógł poczuć się jak Mojżesz, gdyby tylko ów kanał, przez który się przedzierali, był Morzem Czerwonym.

20.
Franz Strickfeldt


Pojawienie się na poligonie w Münsingen pułkownika Bunjaczenki wprowadziło wiele zamieszania w życie brygady. Franz, rozdzielony z Gottbergiem, którego parę tygodni temu przydzielono do najbliższego grona Własowa, z początku trochę żałował, że to nie jego odesłano do Berlina. Szybko jednak zmienił zdanie, Bunjaczenko bowiem, mimo że Rosjanin, dał się lubić.
Wieczorem po kolacji pułkownik zaprosił Strickfeldta na partię szachów. Był wytrawnym graczem, o czym Franz przekonał się dobitnie, przegrywając trzy partie z rzędu.
- A teraz proszę wyłożyć mi wszystko jak na tacy - powiedział Bunjaczenko, zbierając z planszy wszystkie figury. - Po co tu jesteśmy?
Pytanie zaskoczyło nieprzygotowanego na to Strickfeldta, który, zgodnie zresztą z prawdą, odparł:
- Nie bardzo pana rozumiem, pułkowniku.
- Czy mój niemiecki nie jest wystarczająco dobry? Może woli pan porozmawiać po rosyjsku?
- Pozostańmy raczej przy niemieckim - zaproponował Franz. - Wolałbym jednak, aby skonkretyzował pan swoje pytanie.
Bunjaczenko chwilę zastanawiał się nad tym, z której strony teraz zaatakować, po czym zaczął od okrążania przeciwnika.
- Zwożą tu naszych jeńców, by zrobić z nich żołnierzy. Zwożą oficerów, by mogli nimi dowodzić. Pytam się tylko, po co? Po co, skoro ani porządnie ich nie szkolicie, ani z żadnymi konkretnymi zadaniami nie wysyłacie na front?
- Pan wybaczy, pułkowniku, ale podejmowanie takich decyzji nie leży w mojej gestii - odparł Strickfeldt.
- Wiem, wiem, myślę tylko głośno, jaki to wszystko ma sens. - Po chwili milczenia Rosjanin z powrotem wysypał na stolik szachowe figury. - Może jeszcze jedną partyjkę?
- I znów mnie pan ogra?
- Proszę mnie zrozumieć - poprosił Bunjaczenko. - To moja jedyna radość, wszystkie zwycięstwa na szachownicy i tak przyjdzie mi zamienić na klęskę w tej wojnie.
- Wszyscy ją przegramy - odpowiedział Niemiec.
Pułkownik spojrzał nań, zaskoczony.
- Nie boi się pan mówić o tym tak otwarcie? U nas, w Rosji, za coś takiego pod mur stawiano.
- Pana też by postawiono?
- A jakie znaczenie ma ranga? Sześć lat temu rozstrzeliwano na równi marszałków, generałów i pułkowników. A potem - wściekły aż splunął na podłogę - nie było komu bić się jak należy.
- Żałuje pan, że trafił do niewoli?
- Kto wie - uśmiechnął się Rosjanin - może byłbym już teraz generałem i bohaterem Związku Radzieckiego? A kim jestem? Renegatem, który ma stanąć na czele innych renegatów, zdemoralizowanych do cna, którym każe się walczyć przeciwko rodakom. Nic dobrego z tego nie będzie. - Mruczał przez chwilę coś pod nosem po rosyjsku, czego Franz nie był w stanie zrozumieć. Potem niespodziewanie przeszedł na niemiecki i dodał ni stąd, ni zowąd: - I pewnie jeszcze poprzebieracie nas w niemieckie mundury…
Znów zaskoczony pytaniem Bunjaczenki, Strickfeldt nie wiedział, co odpowiedzieć. Pokornie porozstawiał figury na szachownicy i dał się pokonać po raz czwarty.
Kilka dni później pułkownik wezwał go, po czym kazał mu przyprowadzić samochód.
- Dokąd jedziemy? - spytał Franz, kiedy już siadł w wozie obok Rosjanina.
- Na stację w Münsingen - odpowiedział Bunjaczenko. - Ponoć jakiś transport wojska przyjechał. Rosjanie, Białorusini, może Ukraińcy. Kto ich tam rozpozna, tę całą sowiecką hołotę?
Pociąg stał na bocznicy. Choć drzwi były szeroko pootwierane, prawie nikt nie wyszedł na zewnątrz. Strickfeldt, idący wzdłuż składu tuż za plecami pułkownika, z coraz większym zdziwieniem konstatował, że w wagonach najwięcej jest cywili - całe rodziny, kobiety, dzieci, starcy. Mina Bunjaczenki zrzedła całkowicie, nim doszedł do czoła składu. Tam wyszedł mu na spotkanie oficer.
Zasalutował niezgrabnie, czym ściągnął na siebie gniew pułkownika, który zwymyślał go po rosyjsku niewybrednymi słowami.
- Gdzie twój dowódca? - ryknął na koniec.
- Pojechał do miasta - odparł żołnierz, prężąc się jak struna.
- Do miasta? - powtórzył Bunjaczenko z niedowierzaniem. - Jak się nazywa?
- Brigadeführer SS Mieczysław Kamiński - wyrecytował z nieskrywaną dumą rosyjski oficer.
Strickfeldt drgnął.
To nazwisko.
Zapamiętał je doskonale i pamiętać będzie do końca życia.
Czyżby to ten sam człowiek?
Niemożliwe, tamten nie był nikim więcej jak wiejskim watażką, a tu - wysoki rangą oficer SS.
- Dobrze - stwierdził, udobruchany, a może nawet nieco przestraszony Rosjanin. - Przekażcie dowódcy, że będę czekał na niego w koszarach.
W drodze powrotnej nie odezwali się do siebie ani słowem. Franz przywoływał wspomnienia: rosyjskie bezdroża, krasnoarmiejscy maruderzy, wymordowani Żydzi, wsie i miasteczko Łokot'. Wreszcie sam komandir Kamiński.
A jeśli to rzeczywiście on, co wtedy? - rozmyślał. - Może powinienem uprzedzić pułkownika, z jakim człowiekiem będzie miał do czynienia? - Gorączkowe myśli kłębiły mu się w głowie. Odczuwał strach, trudny do opisania, ale nieznośny, upokarzający.
Co ktoś taki jak Kamiński robi w SS?
Dziwne zachowanie Niemca nie uszło uwagi Bunjaczenki. Wjeżdżali właśnie przez bramę prowadzącą do koszar, kiedy Rosjanin stwierdził:
- Nazwisko dowódcy tej hałastry zrobiło na panu duże wrażenie, nieprawdaż?
- Kamińskiego? - upewnił się Strickfeldt.
- Zna go pan?
W pierwszej chwili Franz chciał skłamać. Jakiż jednak miałoby to sens, jeśli prędzej czy później będzie musiało dojść między nimi do konfrontacji.
- Tak - odparł, ale natychmiast też zaprzeczył: - Nie! W zasadzie to nie wiem, nie jestem pewien. - Dopiero po chwili, kiedy już poskładał myśli, wyjaśnił zdumionemu pułkownikowi: - Spotkałem półtora roku temu w Rosji człowieka o takim nazwisku, ale nie mam żadnej pewności, czy to ten sam.
- Sądząc po pańskiej reakcji, nie było to chyba najmilsze spotkanie - domyślił się Bunjaczenko.
Strickfeldt znów zwlekał z odpowiedzią. Bo co mógł powiedzieć? Pułkownik zapewne doskonale znał jego przeszłość, mógł się więc domyślić reszty.
- Pan się go boi? - spytał Bunjaczenko. - Niemiec, który boi się jakiegoś rosyjskiego oprycha? - powtórzył pułkownik z niedowierzaniem.
Wóz zatrzymał się przed budynkiem, w którym mieściła się kwatera dowódcy jednostki. Na tym samym piętrze miał swój pokój Strickfeldt. Gdy żegnali się na korytarzu, Rosjanin powiedział:
- Obaj chyba mamy nadzieję, że Kamiński długo tu nie zostanie.
Godzinę później przez okno pokoju Franz zauważył podjeżdżającego pod budynek mercedesa, z którego wysiadł wysoki mężczyzna w czarnym esesmańskim mundurze. Samym wyglądem budził strach. Wystarczył rzut oka na jego twarz, aby Strickfeldt pozbył się wszelkich wątpliwości - to był ten sam Kamiński, który aresztował ich w Rosji i wydał w ręce Standartenführera Lindemanna.
Ze złości zagryzł wargi aż do krwi. Zapiął mundur, pistolet włożył do kabury i czekał na wezwanie pułkownika.
Nie minął nawet kwadrans, kiedy do jego drzwi zapukał kapral Schmidt. Ruszył za nim do gabinetu Bunjaczenki. Gdy wszedł do pomieszczenia, pułkownik stał za biurkiem, na tle okna. Tyłem do Strickfeldta ustawiony był natomiast Brigadeführer Kamiński.
- Niech pan pozna mojego niemieckiego asystenta - przedstawił Franza po rosyjsku pułkownik. - Hauptmann Strickfeldt.
Kamiński odwrócił się zamaszyście na pięcie i po chwili stał oko w oko z Franzem. Twarz Niemca nawet nie drgnęła. Za to twarz niedawnego jeszcze komandira z Łokotu zaczęła przybierać różne odcienie - od sinej, przez bladą, aż do purpurowej.
Strickfeldt oddał honory dowódcy brygady SS i spokojnie czekał na jego słowną reakcję. Ten zaś, doszedłszy do siebie, spojrzał ponownie na Bunjaczenkę i jak gdyby nigdy nic oświadczył:
- Mieliśmy już okazję się poznać.
- Franz - Strickfeldt ze zdziwieniem stwierdził, że pułkownik po raz pierwszy mówił o nim po imieniu - zdążył mi już nawet opowiedzieć, w jakich okolicznościach.
- Chyba nie ma pan o to do mnie żalu? - zapytał Kamiński Franza, spoglądając nań z boku. - Taki otrzymałem rozkaz.
Strickfeldt nic nie odpowiedział. Rosjanin w mundurze esesmana wiercił go wzrokiem, jakby domagał się rozgrzeszenia. W sukurs ponownie przyszedł Franzowi pułkownik.
- Stare dzieje, nie wracajmy już do tego - stwierdził Bunjaczenko, czyniąc zapraszający gest ręką. Kiedy usiedli, podjął nowy temat, zwracając się do Kamińskiego: - Zastanawiam się tylko, dlaczego pana skierowano właśnie tutaj?
- Mam uzupełnić skład jednostki i ruszyć ponownie na wschód - odparł mówiący po rosyjsku, choć urodzony w Polsce, esesmański generał. - Tam jest miejsce nas wszystkich - dodał po chwili.


 « poprzednia strona | następna strona »