Franciszka
Michał Prochownik

Oczywiście nie pracuje. Kto pracowałby? Tak w każdym razie myśli, z akcentem na ostatnią sylabę, płaczliwie. To jej styl żebrania na dworcu PKP, gdzie wychodzi spod ziemi po martwych schodach ruchomych i mówi.

Wypracowała własny styl mówienia, płaczliwy alt, podbity basami gestykulacji i giętkiego języka ciała. Powinna znaleźć się w jednej z tych książek. Mocne marcowe zdjęcie zamiast ryciny. Brudna wełniana czapa, wodorosty włosów i dbałość o szczegóły. Rozpięty kozak na mrozie, odsłaniający. Plama na kurtce, ale przede wszystkim głos.

Płaczliwy alt osoby desperacko walczącej o życie, czołgającej się przed ludźmi, gotowej zlizać z ich brudnych butów każdy wdowi grosz, gdy jest do uwierzenia, że nawet byłaby w stanie zlizać resztki protein z wypuszczonej z ich rąk skórki od banana.

Nikt tak wiele razy nie opowiadał swojego nieszczęśliwego życia, w nieskończonej ilości wariantów, za każdym razem dodając lub odejmując szczegóły. Nikt pewnie tyle razy nie dziękował, nawet jeśli wariantów podziękowań, z oczywistych względów było mniej niż próśb. Franciszka, przed każdym umiała inaczej się czołgać, reżyserowała, dobierała siłę głosu, programowała doświadczenia, tak aby elegant stojący rano na peronie, w zimnie i garniturze zbyt cienkim bo przeznaczonym do klimatyzowanych wnętrz, między pachnące tyłki audytorów a ekologiczną skórę foteli…

Elegant stojący rano na peronie usłyszał najpierw sam jej płaczliwy zaśpiew, jej sinus biadania i żeby w jego ostrzyżonej głowie pojawił się współczujący sprzeciw wielkiej krzywdzie, której ktoś doznaje, jakaś niewinna duszyczka, zupełnie niesprawiedliwie. Wtedy przemkną mu pomiędzy czystymi uszami wielkie koszmary, wizje matek, na których oczach morduje się ich dzieci, szloch niewinnie osądzonych, torturowanych i cierpiących i wtedy zobaczy ją…

Wtedy się wsłucha i zrozumie, usłyszy komunikat o braku jedzenia, braku domu i braku wszystkiego, wypłakany jak przez megafon, przez spierzchnięte usta, głosem kobiety, która straciła wszystko. Zakłopotany zacznie manewrować w garderobie w poszukiwaniu monety, która jak tabletka da mu spokój, nawet nie wiedząc, że już uczestniczy w procesie, że już nagrywa gmeranie następnemu, który teraz jest dwa akapity wstecz.

I wtedy to się dzieje. Wpada drużyna ludzi. Nie wiem kto na kim się wzorował, czy oni na wszystkich animowanych bajkach o drużynach ludzi, czy animowane bajki na nich. Gruba zakonnica o smutnej twarzy, policjant w moro, prokurator z teczką i fotograf. Policjant i zakonnica łapią Franciszkę pod pachy i ciągną ją za peronowy kiosk, zawodzącą jakby czekało ją tam łamanie kołem pociągu. Fotograf wyciąga zza pleców szczekaczkę i mówi. Uwaga!

Uwaga! Ta kobieta to zwykła pijaczka, może prowadzić wygodne życie w ośrodku dla bezdomnych, otrzymywać codziennie 2000 kalorii w posiłkach i spać na łóżku z czerwonym kraciastym kocykiem, ale jest jeden warunek, nie chlać wódy, i tego małego warunku nie potrafi spełnić. Rozdrapuje sobie ranę na nodze i płacze po peronach, opowiada historię o niewidomych córkach, o przymieraniu głodem. Już nawet zapomniała mówić inaczej. Już inaczej nie potrafi. Proszę jej nie obsługiwać, proszę nie dawać pieniędzy. Siłą zmuśmy ją do powrotu do normalnego życia, szanowni Państwo, szanowni podróżni.

W tym momencie przez mocniejsze megafony przerywa mu dworcowa pani zapowiadająca pociąg. Uszy podróżnych zajęte są komunikatem, a oczy oglądają toczące się po asfalcie monety. Wyjeżdżają zza kiosku, gdzie po obu stronach pochylają się miarowo plecy zakonnicy i policjanta, jakby kogoś kopali nogami. Fotograf chowa szczekaczkę i rzuca się pod pociąg.