Przed każdą falą pochylam głowę
Sebastian Chosiński

Epilog

23.

Po raz pierwszy od maja 1945 roku Strickfeldt znalazł się w Berlinie. Choć zdawało mu się, że zna to miasto doskonale, niemal na każdym kroku spotykało go zaskoczenie. Czegóż jednak mógł się spodziewać? Gdy wyjeżdżał stąd - chociaż może trafniejsze byłoby stwierdzenie: uciekał - przed dziewięcioma laty, miasta jako takiego nie było. Były jedynie ruiny - ruiny, które niczym się różniły się od ruin Leningradu, Stalingradu, Warszawy czy Drezna.
Pomysł wyjazdu do Berlina nie był jego pomysłem. Długo opierał się tej koncepcji, ale wreszcie uległ.
- Nie chcę być wplątany w żadną szpiegowską aferę - tłumaczył Arturowi Gottbergowi, który od razu po zakończeniu wojny postanowił współpracować z wywiadem amerykańskim, by nieco później rozpocząć karierę w wywiadzie Republiki Federalnej Niemiec.
Artur roześmiał się.
- Sądzisz, że nie informując cię o niczym narażałbym twoje życie? - Pytanie, zaiste, było retoryczne.
- Wybacz - mruknął Franz.
Siedzieli w biurze Gottberga mieszczącym się na czwartym piętrze dziewiętnastowiecznej kamienicy, skąd rozciągał się przeuroczy widok na starą część Bonn.
- Chciałbym jedynie, żebyś spotkał się z pewnym człowiekiem - wyjaśnił Artur. - Spotkał i porozmawiał. A potem oczywiście zdał mi dokładną relację z tej rozmowy.
- Kto to?
Na odpowiedź na to pytanie Strickfeldt czekał tak długo, że aż zaczął się irytować. Gdy jednak usłyszał to, co ma mu do powiedzenia Gottberg, przestał się dziwić.
- Po prawdzie, to - nie wiem.
- Nie wiesz?
- Skontaktował się z naszymi ludźmi i poprosił o spotkanie ze mną. Rozumiesz? - podniósł głos, jakby to, co właśnie wyartykułował, było nadzwyczaj ważne - Ze mną, Arturem Gottbergiem! - Wziął głęboki oddech. - On mnie zna.
- A ty boisz się, że to jest prowokacja? - wszedł mu w słowo Franz.
- Ty byś tak nie pomyślał?
Zapadła cisza. Artur długo zastanawiał się, jakich argumentów należy użyć, by przekonać przyjaciela. Ułożył już sobie nawet całe przemówienie w myśli, ale gdy przyszło co do czego, okazało się, że głowę ma całkiem pustą.
- Jeżeli ciebie zatrzymają, wypuszczą po dniu albo dwóch - kontynuował Gottberg - Nie masz żadnych powiązań z wywiadem. Tak naprawdę nic ci nie grozi.
Tak naprawdę to Strickfeldt nie miał pojęcia, czym Artur ostatecznie go przekonał. A może wcale nie musiał go przekonywać. Możliwość odwiedzenia Berlina była przecież dla Franza wystarczającym magnesem. Warto było podjąć każde ryzyko, by móc choć raz jeszcze w życiu zobaczyć to miasto.
I właśnie oglądał je przez szyby taksówki.
Kazał zawieźć się pod Bramę Brandenburską. Udawał turystę ze Szwajcarii i musiał zachowywać się jak turysta. Dla jego bezpieczeństwa zresztą spotkanie z tajemniczym mężczyzną - Artur nie wiedział wiele więcej ponad to, że osoba, która chce się z nim spotkać, jest mężczyzną - zostało wyznaczone właśnie w tym miejscu. Znakiem rozpoznawczym miał być bukiet róż w ręku nieznajomego.
Franz dostrzegł go już z oddali. Jeden jedyny człowiek na kilkuset turystów kręcących się pod łukiem Bramy trzymał w ręku potężny bukiet czerwonych róż. To musiał być on.
Strickfeldt podszedł doń ostrożnie od tyłu. Stanął obok i zagapiony w wieńczącą Bramę Brandenburską rzeźbę konnego powozu chciał już podać pierwszy człon umówionego hasła, kiedy ich spojrzenia przecięły się. Pod Franzem ugięły się nogi, z kolei na twarzy nieznajomego zagościł uśmiech.
- Karl - niemal krzyknął z niedowierzaniem Strickfeldt.
- Spodziewałem się Artura - stwierdził Frölich takim tonem, jakby mówił do przyjaciela, z którym rozstał się zaledwie dzień wcześniej. - Ale i twój widok bardzo mnie cieszy.
Franz gapił się na przyjaciela, nie mogąc wydobyć z gardła nawet jednego słowa.

24.

Po latach spędzonych na Syberii Karl łaknął ciepła. Pomysł Artura, by wysłać go na rekonwalescencję do Izraela wydał mu się więc nad wyraz trafiony. Po dwóch tygodniach wylegiwania się na plaży w Hajfie, Frölich zaczął się jednak nudzić.
Gottberg czekał właśnie na ten moment.
- Nie chciałbyś przejechać się na jednodniową wycieczkę do Tel Awiwu? - spytał go wieczorem w hotelu, zadzwoniwszy do apartamentu, który mu wynajął.
- Z kim?
- Sam - odpowiedział Artur, siedząc wygodnie w swoim gabinecie w starej części Bonn.
- Dlaczego nie - odparł po chwili namysłu Karl. - Dość już mam wylegiwania się na plaży jak stary mors.
Gdy od razu po zakończeniu rozmowy Frölich zszedł na dół do recepcji, okazało się, że Artur już wcześniej telefonicznie zarezerwował samochód i kierowcę.
- Odpowiada panu godzina ósma rano? - zapytał portier.
Karl przytaknął, dodając jeszcze przed odejściem:
- Ale dla pewności proszę mnie obudzić godzinę wcześniej.
Nim wrócił do pokoju, zawitał do baru, gdzie zamówił gin z tonikiem. Czuł się tutaj niemal w raju. Gottberg wiedział, jak mu zrekompensować wszystkie niedogodności, jakie musiał znosić w ostatnich latach - obóz koncentracyjny w Republice Komi, a następnie przymusowe osiedlenie w odbudowywanym po dywanowych nalotach z lutego 1945 roku Dreźnie w Niemieckiej Republice Demokratycznej, na co dał się namówić von Paulusowi.
Jakiż jednak miał wybór? Mógł przecież do końca życia pozostać w nieznanym nikomu obozie gdzieś pod kołem podbiegunowym.
O karierze, jaką w wywiadzie niemieckim zaczął robić Gottberg, Karl dowiedział się przypadkiem od jednego z dawnych towarzyszy z czasów wojny. Od niego też pochodziły informacje, niestety, już dużo mniej optymistyczne, na temat Gerdy. Dwa lata po zakończeniu działań wojennych Gerda, otrzymawszy oficjalne zapewnienie rządu sowieckiego o śmierci swego męża w jednym z obozów jenieckich ponoć jeszcze w czasie wojny, pogrążona w rozpaczy opuściła Lizbonę i przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Tam po trzech kolejnych latach, uzyskawszy unieważnienie poprzedniego małżeństwa, wyszła za mąż po raz drugi.
Frölich po nielegalnym wyjeździe do zachodnich Niemiec otrzymał, oczywiście od Artura, jej dokładny adres w Los Angeles. Nie miał jednak śmiałości niepokoić ją swoim niespodziewanym zmartwychwstaniem.
- Wystarczy, że moje życie legło w gruzach, po co jeszcze zmieniać w ruiny szczęście innych - powiedział pewnego dnia Strickfeldtowi.
Ten jedynie klepnął przyjaciela w ramię i zapewnił:
- Jeśli jednak któregoś dnia zmienisz zdanie, Artur zafunduje ci nawet wycieczkę do Miasta Aniołów.
Ale Karl wybrał Izrael. I nie żałował. Po paru latach spędzonych w klimacie podbiegunowym, ciepło akwenu Morza Śródziemnego wydawało mu się niezwykle trafnie dobranym balsamem - kojącym nie tylko ciało, ale przede wszystkim umysł.
Rano wstał rześki i podekscytowany czekającą go podróżą. Kierowca był Żydem, który - jak sam przyznał - urodził się w Polsce. Dzięki temu poza hebrajskim doskonale znał także języki polski, rosyjski i jidysz. Rozmawiali jednak po niemiecku.
- I ten język poznałem, siedząc w obozie - wytłumaczył Pesach.
- Jak udało się panu przeżyć?
- Sam nie wiem. Śmierć tyle razy zaglądała mi prosto w oczy, że po jakimś czasie przestałem już zwracać na nią uwagę. Może ona zrewanżowała mi się tym samym?
Około południa stało się tak upalnie, że Karl musiał wysuwać głowę przez otwarte okno samochodu i polewać włosy wodą.
- Przeziębi się pan - uprzedził go kierowca, na co Karl uśmiechnął się i odparł:
- Ja się już nie przeziębiam - odparł. A widząc zaskoczoną minę Pesacha dodał: - Pamiątka po czasie spędzonym w sowieckim łagrze.
- Wiele nas więc łączy - stwierdził kierowca.
- Pewnie nawet znacznie więcej, niż sami się spodziewamy.
Spacerującemu po centrum Tel Awiwu Frölichowi nie dawało spokoju nieznośne uczucie, że ktoś go śledzi. Ale kto? I po co? Pojęcia nie miał. Nie był przecież żadnym agentem wywiadu. Nie był poszukiwanym przez Centrum Szymona Wiesenthala zbrodniarzem wojennym. Był niemieckim turystą, który przyjechał do Izraela leczyć stare rany.
I może właśnie o to w tym wszystkim chodziło? Stare, niezagojone rany. Czy istnieje ktoś, kto mógłby chcieć wyrównać z nim rachunki?
Nieco poirytowany całą sytuacją wszedł do niewielkiego baru mieszczącego się w piwnicy. Barmana spytał o toaletę, a gdy tamten wskazał mu kierunek, ruszył na zaplecze.
- Jest tu jakieś inne wyjście? - zapytał po rosyjsku niemłodą i bardzo otyłą kobietę krzątającą się po kuchni.
- A pan kto?
- Kochanek uciekający przed zazdrosnym mężem - odpowiedział, przywołując na twarz swój najbardziej szarmancki uśmiech. Aż dziw, że przez tyle lat niewoli nie zapomniał, jak to się robi.
Kobieta odpowiedziała mu takim samym uśmiechem i wskazała drzwi prowadzące na zagracone podwórze. Z trudem przedarł się przez stosy śmieci i nikomu już niepotrzebnych sprzętów domowych, by wreszcie znaleźć się na ulicy. Rozejrzał się uważnie i z zadowoleniem stwierdził, że wokół nie ma nikogo wzbudzającego podejrzenia.
Jakież więc było jego zdziwienie, kiedy w pewnym momencie ktoś chwycił go od tyłu za łokieć.
Skąd się tu wziął? I jak zdołał podkraść się do niego niezauważony?
- Dokąd pan się wybiera, panie Frölich?
Nie znał tego człowieka. Bezsprzecznie był on Żydem, o czym przekonywał długi, zadarty, orli nos. Ale czy to dzisiaj było grzechem?
- Znamy się? - odparł Karl.
- My nie, ale jest w Tel Awiwie osoba, która chętnie by się z panem spotkała.
- Niech zgadnę. Pan nie powie mi teraz, kto to jest, ale mnie do niej zaprowadzi?
Mężczyzna przytaknął ruchem głowy.
- Z tą różnicą, że pana podwiozę, a nie zaprowadzę. Samochód już czeka. - Ręką wskazał róg ulicy, zza którego po chwili wyjechał stary przedwojenny ford.
Jechali na wschód, w kierunku granicy z Jordanią. Mimo iż sposób, w jaki "zaproszono" go na spotkanie, wskazywał raczej na porwanie, Karl nie odczuwał niepokoju. W ciągu ostatnich lat potrafił godzić się ze wszystkimi przeciwnościami losu - usunął ze swojego słownika pojęcie strachu.
Po półgodzinie jazdy skręcili w boczną drogę. Przez następny kwadrans znów nie było widać nic poza ciągnącą się aż po horyzont pustynią. Ale w końcu gdzieś u kresu tej pustyni pojawiły się kamienne parterowe domki.
- Kibuc - wytłumaczył mężczyzna, który zabrał Karla z ulicy i przez cały czas siedział obok niego na tylnym siedzeniu. - Żydzi budowali je już w latach dwudziestych, kiedy nie było jeszcze Izraela, a Palestyną zarządzali Brytyjczycy.
Ale Frölich nie słuchał go zbyt uważnie, zastanawiając się, kto będzie tutaj na niego czekać.
Wróg czy przyjaciel?
Gdy wysiedli z wozu, żar lejący się z nieba zaatakował ze zdwojoną siłą. O ile w mieście nie był on tak dojmujący, na pustyni sprawiał wrażenie, jakby znaleźli się w samym centrum piekła. Szli wolno między domkami, nie napotykając ani jednego żywego ducha - osada sprawiała wrażenie wymarłej.
Mężczyzna zauważył zaskoczone spojrzenie Karla i wyjaśnił:
- Wszyscy są w polu, pracują.
- W takiej temperaturze? - odparł powątpiewająco Frölich.
- Innej tu nie ma.
Kiedy wreszcie znaleźli się w sieni jednego z domków, Karl odetchnął z ulgą. Duchota nie była mu tak straszna, jak bezlitosne promienie słońca. Wewnątrz nie było żadnych drzwi. Mężczyzna pchnął go ku pomieszczeniu, z którego dochodziła cicha żydowska muzyka. Ktoś śpiewał po hebrajsku.
Przez chwilę Karl przyzwyczajał swój wzrok do mroku panującego w pokoju. Ktoś rzeczywiście na niego czekał. Siwizna włosów kontrastowała z w miarę jeszcze młodymi rysami twarzy - twarzy, która nie była mu obca.
- Nie wierzyłem, że to się Arturowi uda, ale oto, proszę, cały i zdrowy Karl Frölich we własnej osobie - przywitał go gospodarz.
Nie tylko twarz, ale i ten głos przywoływał wspomnienia z dawnych lat.
Mężczyzna zrobił dwa kroki do przodu i dopiero teraz, w promieniach słońca z trudem przebijających się przez bambusowe rolety zawieszone w otworach okiennych Karl rozpoznał twarz Natana Katza.

25.

Zdjęcie, w które Frölich wpatrywał się od kilku dobrych minut, wykonane zostało niedawno, ale wspomnienia, które wywoływało, pochodziły z niezwykle odległych czasów.
- Masz jakieś wątpliwości? - zapytał Natan.
- W zasadzie nie.
- "W zasadzie"?
- Zawsze istnieje, choć minimalne, prawdopodobieństwo, że to jednak ktoś zupełnie inny.
- Nie pytam cię, co sądzisz - wtrącił, nieco poirytowany, Katz - ale co czujesz?
Karl ponownie popadł w zadumę.
Jeśli to był rzeczywiście ten człowiek?
Widział go jednak tylko raz, raz w życiu - i to bardzo dawno, ponad dziesięć lat temu. Poza tym wtedy był w mundurze, a tu jest w cywilnych łachach.
- Przestań patrzeć na jego twarz - poradził Natan. - Spójrz głębiej.
Czego on ode mnie żąda? - zastanawiał się Frölich. - Lata świetlne minęły od czasu, kiedy tworzyliśmy grupę "Geist". Ale z drugiej strony nie są to umiejętności, które się zapomina.
Karl zamknął powieki. Czekała go następna wycieczka - już nie tak niebezpieczna, ale na pewno wcale nie mniej wyczerpująca. Wycieczka w głąb własnego umysłu, w świat przeczuć i przeżyć. W świat zdarzeń przeszłych i tych, które dopiero mają nastąpić. W świat zamieszkały przez demony tkwiące w każdym człowieku.
Czy po to Artur wysłał mnie aż do Tel Awiwu? Czy nie mógł o wszystkim opowiedzieć mi na miejscu? Po co cała ta maskarada? I o co w ogóle w tej grze chodzi?
Dopiero kiedy zaszło słońce, na dworze zrobiło się znośniej. Światło Księżyca rozlało się nad pustynią.
- Nie masz wątpliwości? - spytał Katz, już chyba po raz piąty tego dnia.
Karl kiwnął, że nie.
- Ten człowiek przeszedł operację plastyczną. Może niezbyt udaną, ale jednak zmieniła ona nieco jego rysy twarzy.
- To on - twardo potwierdził Frölich. - Widziałem to.
- Więc jednak - odparł z ulgą Natan.
- Jednak?
Osadę pozostawili daleko za plecami. Na pustyni wiatr zaczął zrazu leniwie, później coraz intensywniej przepędzać ziarenka piasku. Karl wzdrygnął się z chłodu. Zarzucił na ramiona podaną mu przez Natana wojskową kurtkę.
- Jesteś ostatnim, który potwierdził jego tożsamość.
- Ostatnim? - powtórzył Frölich. - Rozumiem, że wcześniej byłeś to ty, Artur, Franz i… Damian? - spytał z niedowierzaniem. - Więc on także żyje?
- Żyje - potwierdził Katz. - Mieszka w Argentynie, pod przybranym nazwiskiem. To właśnie on wpadł na trop Standartenführera Otto Lindemanna. Spotkał go przypadkiem pewnego dnia na ulicy Buenos Aires. Pomyśl, jak się wtedy poczuł.
Karl ponownie cofnął się pamięcią do zimy 1942 roku, do willi na przedmieściach Smoleńska, do von Herzoga i Lindemanna.
- Dlaczego jednak ściągnęliście mnie tutaj?
- Fras wziął Lindemanna, który zresztą nazywa się teraz Hans Jäger, pod lupę. I cóż się okazało? Że to szanowany biznesmen, który prowadzi rozległe interesy z Arabami. Powiem więcej - podejrzane interesy. Gdy tylko to odkrył, natychmiast dał znać Arturowi, ten z kolei powiadomił Mossad. Pomyśl, co zrobiłem ja, gdy rutynowo przeglądając papiery trafiłem na nazwisko Lindemann?
Karl usiadł na ziemi. Piasek, nagrzany w ciągu dnia, wciąż parzył w pośladki.
- O co go podejrzewacie?
- O wszystko, co najgorsze. Wielu byłych nazistów uciekło po wojnie albo do Ameryki Południowej, albo już po powstaniu państwa Izrael na Bliski Wschód.
- To jeszcze nie zbrodnia - stwierdził Frölich, zdając sobie sprawę, że przecież w pewnym sensie on także jest "byłym nazistą".
- Tyle że ci, co uciekli, wcale nie mają zamiaru rezygnować z wprowadzania w czyn swoich chorych idei. Teraz znaleźli nowego sojusznika i nowego, choć wciąż tego samego, wroga. Z jednej strony państwa arabskie, z drugiej Izrael.
- Śni im się jakaś IV Rzesza? - spytał nie potrafiąc ukryć ironii Karl.
Natan nie zwrócił jednak uwagi na jego ton głosu i odpowiedział najzupełniej poważnie:
- Jäger, to znaczy Lindemann, dostarcza Arabom komponenty do budowy broni masowego rażenia. Komponenty i ludzi - to znaczy niemieckich naukowców, których "Odessa" przemyciła do Brazylii, Argentyny, Chile, Boliwii, Paragwaju.
Karl podniósł się i stał teraz ramię w ramię z Natanem. Kibuc powoli pogrążał się we śnie. Jego mieszkańcy wstawali bardzo wcześnie, równo ze słońcem, i po wyczerpującym dniu pracy bardzo wcześnie kładli się spać.
Dobrze byłoby prowadzić takie życie - pomyślał Frölich. - Z dala od świata i wszystkich problemów, które on ze sobą niesie.
- Myślałem, że wojna się już skończyła, przynajmniej dla mnie - powiedział głośno Karl.
- Nie czuj się zobowiązany - odparł na to Katz. - I tak dużo już dla nas zrobiłeś. Teraz mamy stuprocentową pewność, że to Lindemann.
- I bez mojego potwierdzenia mogliście ją mieć.
Tę ostatnią uwagę Frölicha Natan przemilczał.
W milczeniu wracali do osady. Pożegnali się tylko zdawkowo i poszli spać. O świcie obudził Karla wzmożony ruch panujący w kibucu. To mieszkańcy szykowali się do wyjścia w pole. Patrzył na nich z podziwem - siali, orali, zbierali plony na tej wypalonej przez słońce ziemi. Ziemi, która jednak była ich ojczyzną. A jaką ojczyznę ma on? Gdziekolwiek się znajdzie, próżno szukać będzie szczęścia. Swoje szczęście pozostawił dawno temu w odległej Lizbonie. Pozostawił i odszedł, odleciał, umarł.
Jeśli więc nie ma przed nim przyszłości, cóż stoi na przeszkodzie, aby na zawsze pogrążyć się w otchłani przeszłości i wyrównać stare rachunki?
Za plecami usłyszał ciche chrząknięcie. W progu stał Katz.
- Jaką podjąłeś decyzję? - spytał.
- Zostaję z wami.
- Jeśli z nami, to nie zostajesz - odparł przyjaciel, na obliczu którego odmalowało się zadowolenie. - Lecimy do Stambułu. Tam już powinni na nas czekać Artur, Franz i…
- Fras?
Natan przytaknął.
- Dołączy tam do nas jeszcze jeden człowiek.
Karl natychmiast posłał mu pytające spojrzenie.
- Znam go?
Nie odpowiedział. Z kieszeni wojskowej kurtki, którą wcześniej podał przyjacielowi wyjął pożółkłe, zrobione zapewne jeszcze przed wojną, zdjęcie. Frölich długo przyglądał się obliczu mężczyzny na fotografii.
Nie poznał go od razu, ale po kilkunastu minutach strumień chaotycznych myśli zaczął powoli układać się w wyraźny obraz.
- On nas wtedy nie zdradził - wyjaśnił Katz, kiedy Karl rozpoznał już na zdjęciu prawosławnego księdza.
- Ale przecież… Nigdy nie był jednym z nas.
- Stał się nim już po wojnie. To on odnalazł w jednym z obozów dla dipisów Franza, a potem pomógł mu zlokalizować pozostałych.
Frölich ponownie zaczął przyglądać się fotografii popa. Starał się odgadnąć jego intencje, zamiary. Próbował odpowiedzieć sobie na pytanie: "dlaczego?".
Nie znalazłszy jednak odpowiedzi, zrezygnował.
- Kim on jest? - spytał Natana.
- Naszym - Katz zawiesił głos, a na jego smutnym obliczu rozkwitł teraz przejmujący uśmiech - aniołem stróżem.
Karl z powrotem schował zdjęcie do kurtki.
- Grupa specjalna "Geist" jest więc w komplecie - mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do Natana.
Grupa specjalna "Geist" - powtórzył w myśli Frölich, kiedy samolot wzniósł się ponad płytę lotniska w Tel Awiwie.
Oparł się wygodnie o siedzenie i powoli zamknął powieki. Jego myśli powędrowały jednak w zupełnie innym kierunku niż ten, który obrali piloci. Ku Miastu Aniołów - odległej bazie nieziemskiego szczęścia.


następna strona »