|
Justyna Michał Prochownik Przyłożyła list do piersi, z uśmiechem, który był tak bezgranicznie szczęśliwy, że aż katapultowany w tępotę. Podobny uśmiech można było zauważyć tylko w reklamach proszku PERSIL, jak głupia kura domowa przyciskała sobie do piersi dwa familijne opakowania tego proszku. Miałem wtedy pewność, że nawet jednoczesny totalny tryumf wszystkich pokrzywdzonych niesłusznie bohaterek wenezuelskich seriali, dziewczyn o gołębim sercu i sarnich oczach, unoszących się w chwale i glorii ku najwyższemu romansowemu szczęściu, nie podciągnąłby jej kącików tak wysoko, w sposób zsynchronizowany ze źrenicami, niknącymi pod powiekami w błogości, jakby oprócz ściskania toreb z PERSILEM lizała loda MAGNUM. Oto spełniała się w niej gospodyni domowa i kochanka. Ja miałem za sobą zimną lamperię, a ona już ciepłe włoskie kafelki niemieckiego domu, co trzecia z czajniczkiem, pękatym, wesołym. Dała mi czekoladę, choć wtedy już wolałbym niemieckie piwo. Czekolada była tylko w sreberku, nie było wierzchniego opakowania, więc nie wiedziałem, czy też była niemiecka. Wszystko przez list, który przetłumaczyłem z łamanej angielszczyzny niemieckiego pana, że ją kocha i chce, żeby ona do niego pojechała. Będą razem żyli w Munster, gdzie on ma dom i na domu taką przybudówkę, taki "penthaus" jak wynikało z dołączonego zdjęcia. Uśmiechnięty Niemiec i jego polska żona w Audi, gdzie wkrótce zainstalują fotelik dla dziecka. Odbiło mi się fotelikiem dla dziecka, przeprosiłem, nie zauważyła. Przyciskała list do piersi. Przyciskała nim, przez różowy sweter, medalik z Matką Boską. Roztoczyła zapach tanich perfum i pofrunęła schodami w dół, tak kiczowato jak Zosia z Pana Tadeusza, w scenie przyprawiającej mnie o ból zębów. W wyobraźni widziałem ją jak biegnie, leci, włosy nie mogą za nią nadążyć, list łopoce, po drodze upał, następnie deszcz, oberwanie chmury, grad i śnieg. A ona leci, jakby była słońcem przesuwającym się za chmurami, wpada do domu, jak kulisty piorun, przez gniazdko w ścianie i hamuje w pokoiku, na tanim tapczanie, pod plakatem chłopca z boysbandu, którego teraz zedrze albo pomaże flamastrem, do czego przydałby jej się angielski, którego postanawia się nauczyć. Albo nie... Lepiej niemieckiego. Martwymi oczami patrzą na nią różowe pieski i sfatygowane misie, wypełnione dziesięcioletnim zapachem jednogarnkowych obiadów wielodzietnej rodziny. Eintopfów znaczy się. |