|
Miki i święty Mikołaj Sebastian Chosiński - Miki, co ty robisz? - spytała sennym głosem mama. Na moment nawet otworzyła oczy, po chwili jednak na powrót zamknęła powieki i przewróciła się na drugi bok, by spać smacznie dalej. - Nic, mamo - odparł chłopiec. - Muszę do łazienki. Na chwilę. - Przekulnął się przez śpiącą kobietę, zeskoczył z łóżka i ciągnąc za sobą wielką poduchę podreptał do pokoju obok. Zabawki leżały porozrzucane na podłodze tak, jak je zostawił dzień wcześniej wieczorem. Potknął się o duży czerwony strażacki wóz, aż stary strażak Sam jęknął z niezadowoleniem. - Przepraszam - mruknął Miki, głaszcząc go z czułością po uzbrojonej w kask głowie. - Tu sobie odpocznij - dodał, kładąc wysłużoną zabawkę na bujanym foteliku. Poduchę położył na podłodze i wskoczył na stojącą przy oknie pufę. Wyciągnął rączkę i podciągnął okienne rolety. Za oknem panowała niemal idealna ciemność. Tylko oddalone o miliony lat świetlnych gwiazdy swym zimnym światłem rozświetlały noc. Miki oparł głowę o szybę i wpatrywał się w malutkie jasne punkciki na czarnym jak smoła niebie. - Gdzie jesteś teraz? - szeptał. - Dlaczego nie ma cię z nami? Za szybą, tuż przed twarzą chłopca, figlarnie zatańczyło kilka płatków śniegu o fantastycznych kształtach. Niestety, opadły na parapet i stopniały. W tej samej chwili chłopiec odniósł dziwne wrażenie, że w pokoju poza nim jest ktoś jeszcze. - O mnie pytasz? - usłyszał za swoimi plecami przyjemny niski głos zdecydowanie należący do starszego mężczyzny. Drgnął, przestraszony. To nie był przecież głos dziadka, który znał doskonale. Dziadek był zresztą teraz bardzo daleko; dopiero po świętach Miki miał pojechać z mamą na wieś, by go odwiedzić. Chłopiec wytężył wzrok i dostrzegł wreszcie w drugim kącie pokoju, siedzącego na tapczanie, staruszka w zabawnej czerwonej czapce z białym pomponem. Mężczyzna miał na sobie również czerwony kożuch, a w ręku trzymał lniany worek. W worku szamotało się i popiskiwało jakieś zwierzątko. Chłopiec omal nie krzyknął z wrażenia. Powstrzymał go przed tym staruszek, który gestem nakazał mu milczenie. - Nie budź mamy. Jutro czeka ja ciężki dzień. Miki zeskoczył z pufy i niepewnie drepcząc podszedł do mężczyzny. - Ty jesteś…? - chciał spytać, ale głos ugrzązł mu w gardle. - Taaak, jestem twoim imiennikiem. Imiennikiem? - pomyślał chłopiec. Widział już innych Mikołajów. Chociażby wczoraj w markecie, gdy wybrał się z mamą na zakupy. Ale tamten Mikołaj miał poplamiony kożuch i wionęło od niego zapachem przetrawionego alkoholu. Gdy pogłaskał Mikiego po głowie, chłopiec zobaczył brudne paznokcie, palce śmierdziały tytoniem. - Ale ty nie jesteś zwykłym Mikołajem… - stwierdził malec. - Masz rację - odparł staruszek, biorąc go na rękę. - Przyszedłem do ciebie, bo mnie o to poprosiłeś. - Poprosiłem? Zdziwienie chłopca udzieliło się gościowi. - Przecież patrzyłeś w niebo, pytając gdzie jestem… - głos mężczyzny stał się bardziej szorstki, może nawet odrobinę nieprzyjemny. - Patrzyłem, ale… - Miki zamilkł. Bał się powiedzieć prawdę. Nie chciał urazić samego świętego Mikołaja. - Więc nie o mnie ci chodziło? - zapytał starzec, z powrotem stawiając chłopca na podłodze. - Nieee. - Malec spuścił głowę. - Myślałem o tacie. Od dawna już nie ma go z nami… - A gdzie jest? - zainteresował się niecodzienny gość. - W pracy. - O tej porze? - spytał z niedowierzaniem święty, podejrzewając, że chłopiec sobie z niego żartuje. Miki energicznie zaprzeczył ruchem głowy. - Mama mówi, że o tej porze śpi. Ale poza tym to ciężko pracuje. Na budowie. - Ale gdzie? - nie ustępował święty. - Mama mówi, że gdybyśmy chcieli go odwiedzić, to byśmy samochodem przez trzy dni jechali. I statkiem byśmy musieli popłynąć na drugi brzeg… Dopiero teraz starzec kiwnął ze zrozumieniem głową. - Dlaczego jednak wstałeś w nocy, żeby patrzeć w gwiazdy? Miki wyraźnie posmutniał. Po jego policzkach popłynęły dwie strużki łez. Mikołaj wyciągnął z kieszeni chusteczkę i wytarł mu twarz. - Kiedyś słyszałem, jak mama mówiła do taty przez telefon, że lubi patrzeć w gwiazdy, bo wie, że on też na nie patrzy. - Chłopiec na moment zaniemówił ze wzruszenia. - Myślałem, że jak ja patrzę, to on też… Staruszek kiwnął potakująco głową. - Możesz być tego pewien. Tata na pewno przez cały czas myśli o tobie i także chciałby teraz być tutaj z tobą. - To dlaczego go nie ma? - odparł gniewnie chłopiec. - Tata Adriana jest z nim przez cały czas. I Bartka, i Michała… Tylko mojego nie ma. Rozmowa przybierała niepożądany przez świętego obrót. Niewiele brakowało, aby chłopiec wybuchnął spazmatycznym płaczem, który mógłby postawić na nogi nie tylko jego matkę, ale również innych mieszkańców bloku. Szybko należało odwrócić uwagę Mikiego od przykrych wspomnień. W tym celu staruszek podniósł do góry trzymany w ręku worek i potrząsnął nim lekko. W worku coś zapiszczało. - Tam coś jest - stwierdził chłopiec, nieco weselszym już tonem. - Coś… żywego? - Uhum - mruknął Mikołaj. - I to jest coś dla ciebie. - Dla mnie? - Czyżbyś nie pamiętał już, o co prosiłeś mnie w liście? Miki przez moment spoglądał na staruszka z niedowierzaniem. Do tej pory myślał, że to może jakiś żart. On wprawdzie wierzył w świętego Mikołaja, ale koledzy - i Michał, i Adrian, i Bartek - śmiali się z tej jego wiary. - Jaki święty? To rodzice kładą prezenty pod choinką. Nie ma żadnego Mikołaja - tłumaczyli mu zaledwie kilka dni temu podczas przerwy między lekcjami. Ale Mikołaj jest, on istnieje naprawdę! - powtarzał sobie w myśli Miki, ciesząc się, że gdy tylko spotka się z kolegami po Nowym Roku będzie mógł wyprowadzić ich z błędu. Staruszek tymczasem rozwiązał sznurek i podsunął worek chłopcu. - Proszę, to dla ciebie - dodał z uśmiechem. - Jest twój. Miki wsunął rękę do worka i po chwili poczuł pod palcami delikatną sierść. W tym samym momencie świat wokół niego zakołysał się i nagle wszystko pociemniało. *** Miki! Miki! Miki! - Wołanie docierało z daleka, ale mimo upływu czasu nie ustępowało. - Miki, na co czekasz? Wstawaj szybko! Zobacz, kto przyjechał! - Dopiero gdy poczuł, że ktoś ciągnie go za ramię, otworzył oczy. Zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz mamy. - Dlaczego nie wróciłeś do łóżka? Całą noc przespałeś na podłodze? - spytała z troską - Nie na podłodze, ale na poduszce - odparł skrupulatnie chłopiec. Ale kobieta nie słuchała już jego wyjaśnień, podała mu rękę i powiedziała: - Chodź ze mną, mam niespodziankę. Kolejna niespodzianka? - pomyślał ucieszony Miki. Natychmiast podniósł się z podłogi i potulnie poszedł za nią. W pokoju ktoś był. Stał odwrócony plecami do drzwi i wypakowywał coś z wielkiej torby. Na dźwięk drobnych kroczków chłopca, mężczyzna odwrócił się z uśmiechem od ust do ust. - Tataaa?! - krzyknął Miki z niedowierzaniem. - Naprawdę przyjechałeś?! Ojciec szeroko otworzył ramiona i chwilę później ściskał już syna z całych sił. - Przecież nie mogłem pozwolić, żebyście w wigilię byli sami. Wymianę czułości między ojcem a synem zakłócił jednak krzyk matki: - A to cooo?! Obaj mężczyźni spojrzeli w jej kierunku. Kobieta stała ze wzrokiem wbitym w podłogę. U jej stóp siedział przestraszony krzykiem matki szczeniaczek. Spod włochatego kuperka płynęła strużka żółtego płynu. - Ma na imię Mikołaj - wyjaśnił chłopiec. - Od dzisiaj będzie mieszkał z nami. |