Autoportret z siostrą
Michał Prochownik

Kiedy tak rozmawiamy, rozprawiamy o ostrych narzędziach. O wszystkim co tnie na pół, ale tak precyzyjnie na pół, że potem nawet początkujący chirurg może złożyć bezszwowo, o tak, jakby nagle pończocha ze szwem była bez szwu, jakby tam był zaszyty błyskawiczny zamek, który znika jakby był czołówką telewizji THAMES puszczoną od tyłu, a potem ciemnością, w której rozpuszczamy po kropelce nasze wspólne małe światło. Pęcherzyki ciszy, z ust do ust, na kształt baniek mydlanych widzianych pod słońce. Wszystko nam się w nich roi i odradza na nowo i nigdy nie wiemy, która jest.

Przy dużych pieniądzach nabędziemy wannę winylową, na piedestale z wielkiego adaptera Bambino. By wokół siebie krążyć w tempie 69 i w rytm tych wszystkich muzyk kołysać biodrami. Obserwować sobie ten srebrny falliczny kształt – cypelek, który wystaje ponad muzykę, lśniącą między naszymi ustami – jakież ciepłe są włosy mojej siostry (jak któraś z nas to ujęła). Portrecistę sobie najmiemy - jowialnego pana, powieszonego za szelki na wentylatorze, dżentelmena z wąsikiem. Spod niego nas będzie słodko komplementował, całował rączki na płótnie.

To wszystko dzieje się ciepłe, jak dotyki, jak palce i oddechy – to nas wokół siebie zawija, wokół siebie rozwiewa i musimy pokonywać siłę odśrodkową, żeby się nie rozdzielić, bo rozłąka zabije w nas siostry, więc jeśli musi nadejść, niech będzie ostra jak nóż i niech nas przepołowi i przyłoży do siebie, tak jak się przykłada dłoń do policzka, a potem usta do ust. Przylgniemy wtedy całymi wnętrzami i staniemy się sobą, bezszwowo, bezgłośnie i nad naszym snem ulgi zaśnie portrecista i melonik, spadając, odsłoni mu małą niewinną łysinkę (chciałby żebyśmy go w nią pocałowały).

Melonik spada na cypelek i gasi światło.



Ilustracja - Sławek Gruca