|
Czarownica z Radosnej (fragment powieści) Zofia Staniszewska Spora sowa nadleciała bezszelestnie i usiadła na płocie. Dopiero głośne: huh! oderwało Jagodę od pielenia skalniaka. Przecież jeszcze nie wieczór? – pomyślała. Długie „uszy” z piór zadrżały na wietrze, a pomarańczowe oczy spotkały się z oczami kobiety. Po sekundzie ptak przymknął powieki, oklapł, a jego ciało w kolorze ciemnobrązowej kory upodobniło się do kawałka starego pniaka. Wtedy przy furtce stanął wysoki, pochyły mężczyzna. - Dzień dobry! – zawołała Jagoda, ściągając gumowe rękawice i odkładając haczkę. - Ano, może być i dobry – odpowiedział swoim zwyczajem młynarz. - Ta sowa, jak ją pan nazywa? Była Mateczka-kukułka, to może teraz czas na Ojczulka? - Jaki z niej może być Ojczulek? To Babcia, stareńka już, stetrana życiem i te wszystkie myszy, które zjadła, nie dają jej spać po dniach, nie. Już drugi rok idzie, jak biedaczce dolega bezsen. - A pan, panie Mirosławie, tak daleko się zapuścił od Dziwożny, od swoich wierzb? - Ee... – stęknął i wsparł się mocniej na kosturze – ja uciekam ze wsi. - Przed kim pan ucieka? - Przed ludźmi, pani Jagodo, przed wiaruchną kochaną. Przychodzą do mnie i rozpytują się o takie rzeczy, ee... - O jakie rzeczy? - Wczoraj przyszła do mnie Ryśkowa, miałem się wypytać świętej Panienki, ile lat w czyśćcu będzie cierpiała dusza jej starego i czy ogień czyśćcowy mocno piecze? A Ćwieluchowa, nie dalej jak we środę, męczyła mnie, żebym dowiedział się, dlaczego jej bratanica nie może począć dzieci. Chciała się o pokutę, modlitwę, czy ofiarę odpowiednią wywiedzieć. Albo Jasioczka przyniosła mi kurę z wdzięczności. Gadała, co jej kurzajki na rękach poschodziły, odkąd modli się przy cudownej wierzbie. Słuchać nawet nie chciała, że pewno poschodziły od jaskółczego ziela, którego na mokradłach pełno rośnie, a ona przecie rękami gołymi ołtarzyk rychtowała i chwasty wyrywała. A to nawet dądle wiedzą, że mleczny sok jaskółczego ziela najlepszejszy na brodawki. Nawet sołtysowa przyszła, ech... A już najgorszejszy ten radny z sołectwa. Chodzi, ciągiem szpycuje, przygaduje, taki niedowiarek, ale na ostatek to i on chciał wiedzieć, jakiego burmistrza w przyszłym roku wybiorą i jeszcze, co o nim wie policja. A co to? Matka Boska wróżka jaka? Jasnowidzka? Ona nie o takich rzeczach by mówiła, nie. - To Matka Boska coś mówiła? - Nie. Nie... chocia raz odezwała się, ale nikomu o tym nie gadałem. Mówiła mnie, żebym jej bożamynkę postawił. Jak jej postawię, to...hm... - To co, panie Mirosławie? - To swój skarb odzyskam. |