Koniobójca (fragment powieści)
Jan Paweł Krasnodębski

W apartamencie pięciogwiazdkowego hotelu „Strzelba”, Stefan Stilnoks miał dla siebie czas.
Miał czas tylko dla siebie.
Mógł wreszcie przyjrzeć się sobie.
Mógł przyglądać się sobie do woli, krzyczeć z zachwytu lub jęczeć z niechęci.
Zdjął swoje gęste srebrne włosy, położył na półkę z książkami obok wielkiej szarej księgi „Stąd do wieczności”. Pogłaskał swoją łysą czaszkę. Wyłysiał znienacka, dzień po swoim pogrzebie.
Był szczupły i dobrze umięśniony. Miał pięćdziesiąt pięć lat, lecz być może wcale na swoje lata nie wyglądał.
Ten czas, który miał dla siebie, postanowił przeznaczyć na próbę rozwiązania bardzo istotnego problemu.
Problemu, który dręczył go od dawna, był banalnym nośnikiem jego życia, a być może był groźnym – jak przestępca – potworem.
Potworem, który toczył z nim walkę.
Mógł być Nowotworem Jasnym lub Nowotworem Ciemnym. Mógł być cywilizacyjnie wyplutym płucem.
Chyba nie zmierzyłby się z tym problemem, gdyby nie wieczorna kolacja i rozmowa z Baronem-Bezmiar Sprawiedliwym. Oboje prawie równocześnie pogięli i rozdarli paczki z papierosami.
- Od jutra! – Krzyknął Baron-Bezmiar Sprawiedliwy.
- Od jutra! – wrzasnął Stefan Stilnoks.
- Przybij! Możemy wspólnie się wspierać!
- Właśnie! Piącha! Od jutra!
Od kilku godzin było już jutro.
Stefan Stilnoks nie mógł znaleźć sobie miejsca w przestronnym pomieszczeniu.
Mógłbym to przespać! – pomyślał. – Wziąć prochy, spać. Potem znowu prochy i spać. Aż wybije północ i będzie mógł przestać się dręczyć. Umówili się z Baronem-Bezmiar Sprawiedliwym na jednodniową próbę. Na razie – jednodniową. A to mogło być trudniejsze od zdecydowanego postanowienia.
Zdecydowanie trudniejsze.
Miał dwanaście lat, gdy w bramie secesyjnej kamienicy zaciągał się chesterfieldem.
Miał czternaście lat, gdy regularnie już palił peweksowskie camele. Te wielbłądy pokochał potem na długo.
Teraz był już nieco starszy. Bez prawdopodobieństwa był o wiele lat starszy. I palił trzy na raz, albo wstrętne cygara tez. – Obrzydliwości!! – pomyślał i spocił się. Był to zapewne początek zespołu abstynenckiego.
Więc zaczął pocić się coraz bardziej.
Miał dwie płyty relaksujące, Live aus Berlin i Lichtspielhaus – grupy Rammstein. Nastawił swoją relaksację na maksimum. Tak, żeby nic innego nie mógł usłyszeć. Żadnego swojego głosu kuszącego, żadnego szeptu Szatana.
Miał teraz czas na własną psychoanalizę.
Po co, k...,palę? Po co, k....człowiek pali? Co to jest, ten papieros? Czym on jest? Bibuła i jakieś wstrętne ziele. Po co?...Trzyma się w dłoni i wkłada się w usta... Zaciąga się, ssie... jak mleko z piersi matki...
- Samotność! Samotność!! – zawołał.
Ciepło...
Ciepło...lęk...
Tak! Lęk i samotność! Samotność i lęk!
Tak! Dymek oswaja, dym jest ciepły...
Zaciągam się i jest ciepło, i jest taki szumek w głowie...
Dobry szumek, wyrównujący...
Wracam do świata...
Boję się świata...
Energia...
Energia, budzi się energia...
Już nie jestem sam...nie muszę się bać...
Jest mi łatwiej...
Oswojony...
Tak, mniej się boję...
A czego ja się boję? Czego ja się boję?...
Czego się boję...
Papieros...
Papieros nie szkodzi, papieros nie szkodzi...
Papieros szkodzi, papieros nie szkodzi...
Papieros jest mój...
Papieros...
Kawa, o, kawa też mnie budzi, też jest moja...wracam do świata...
Kawa pomaga...
Papieros...
No tak, ja się, k..., truję? Ja się truję. Ale mogę się truć!
Papieros, proszki, alkohol...Ja się mogę truć!
Mogę się truć... Ale ten dym...dymek łagodny, kojący...
Ale jeśli ja truję innych?! Zatruwam innych, jeśli jest to palenie...
Bierne palenie...
Jeśli jest prawdą...?
O, k...! To ja nie jestem grzeczny chłopczyk!
O, nie!
Tyle dziewcząt, kobiet...
Zatruwanych
Przeze mnie...
Bo ja się boję!
Ja się boję, bo ja nie jestem grzeczny chłopczyk...
Ja zatruwam...
Truję innych...jakbym strzelał im w plecy z ukrycia...
Niedobrze! Niedobrze...
Jak fabryka cynku albo siarki produkcja...takie trujące dymy...
Raki...
Porażenia...
Dzieci ułomne...
Młodzież garbata...
Zęby sczerniałe...
Paluchy zżółknięte...
Cera ziemista, sucha...
Potencja, impotencja...
Zgony przedwczesne...
Zgony ponadwczesne...
Zagony upraw tytoniowych...
Dymek...
Ach, w głowie taki szumek, to ja decyduję,
Wyjmuję papierosa...
Zapalam...
Ogień z zapalniczki też daje ciepło...
Tak miło...
Zaciągam się...
Tak miło...olbrzymie swoje płuca czuję...
Jak miechy...
Nie jestem sam...
Nie jestem sam ...
Nie jestem samotny...nie boję się...
Jest mi dobrze...
Nie boję się...
Chuj mu w dupę!
Papieros...
Papieros...
Papieros...
Takie coś...
Potrzebne...
Do życia?...
Czego się boję?
Życia?...
Tak. Życia...
Boję się życia...
A papieros...
Moje płuca...
Odpadają...
Trzymam w rękach...
Swoje płuca...
Ciemne jakieś, sparszywiałe...
Gniją...!
Serce opada...
Na kolana...
Nierówne jakieś...
Inne...
Pozatykane...
Brudne ręce, brudne kolana...
Szumek w głowie...
Żyłka pęka...
Nie!
Tak!
K...jebana pier...Ja boję się życia!!!
Życia!!!
Pot
Krew
Męki
Moce piekielne
Strach
Brak ciepła
Mamusia
Samotność
Strach
Przed życiem.
Słabeusz...
Warty gówna...
Bez wartości, bez miłości...
Bezużyteczny?...
Paradoks.
Stefan Stilnoks wstał. Otarł spocone czoło. Ciosem dłoni roztrzaskał odtwarzacz. Kręcił się w kółko. Pił wodę. Ocierał czoło...Nastawił radio.
Świat wokół ciebie się zmienia
Zmieniają się pory roku...
Stefan Stilnoks płakał. Płakał jak małe dziecko.
Jak ooobłok...
Jak obłoook...
Odnalazł telefon.
- Jak u ciebie? – zapytał szlochając.
- W porządeczku – odparł Baron-Bezmiar Sprawiedliwy. – Sprawdzam się. Zacząłem drugą paczkę.
Rzucił aparatem przed siebie, podbiegł do kanapy i zaczął wściekle ją kopać, podbiegł do okien i zerwał zasłony, owijał nimi swoją głupią, pustą, łysą głowę...
Nagle usłyszał pukanie do drzwi. Porwał ze stołu wielki nóż i gwałtownie otworzył.
Cześć, Stefan! Tak zajrzałem. Janusz jestem. Sojowy.
Listonosz...Dobry człowiek – powiedział Stefan Stilnoks.
Taką mam jedną sprawę, czy nie mógłbyś, do jutra...
Masz fajki?!!- krzyknął Stefan Stilnoks.
Skręta.
Dawaj!!!
Zaciągał się chciwie...Dym...Łagodne mrowienie w głowie...w nogach...
Dobrze się czujesz, Stefan? – spytał listonosz.
Bardzo dobrze! Wspaniale!
Wyjął kilka banknotów, wręczył mężczyźnie z pocztową torbą.
Jedyna radością na tym świecie jest zaczynać – powiedział Janusz Sojowy niedbale chowając pieniądze. – Pavese tak powiedział. Czytałeś?
Jutro przeczytam – odparł Stefan Stilnoks.
Trzymaj się! – usłyszał.
...zmieniają się pory roku...
Stefan Stilnoks trzymał słuchawkę hotelowego telefonu.
Papierosy wszelkich gatunków do apartamentu proszę! Połączyć ze Zdrojem Tadeusz!
Co, przyjacielu! Drzemałem sobie!
Do roboty! Zmiana! W koncernach tytoniowych! Od jutra wszystkie paczki z fajkami mają mieć inne napisy.
Oczywiście! A jakie?
Zmagając się z głodem nikotynowym nie zapominaj o mnie.
Rozumiem! – odparł Tadeusz Zdrój.
Stefan Stilnoks śmiał się szyderczo. Śmiech powoli przechodził w rzężenie, rzężenie w skowyt, skowyt wilgotniał od łez.
- Pustka! Nuda!, Wielka Nu-da! Człowiek żyje i umiera! Potrzebuje przyjaciela! Zajęcie! Zajęcie! Zaję...cza warga...operowana w dzieciństwie...