|
Diament Jan Paweł Krasnodębski Moje miasto . Nie przypuszczałem,, że jest tak duże. Szedłem chodnikiem, a potem poboczem szosy i to nadal było moje miasto. Nigdy w tę północna stronę się nie zapuszczałem. Torów tramwajowych już nie było, nieliczne małe domki, tablica nad szosą obwieszczająca ilość kilometrów do innych miast, ale to nadal było moje miasto. Bolały mnie nogi i miałem odczucie, ze znowu urosły mi stopy, bo obcierały mnie moje super wojskowe buty. Lampy jarzeniowe znikły już dawno, panowała ciemność, tylko pędzące samochody oślepiały mnie. Niekiedy w ich światłach widziałem swój długi cień, mogłem się go przestraszyć, byłem jednym wielkim samotnym duchem. Głodnym Duchem. Wreszcie ujrzałem tabliczkę z zakreśloną nazwą swojego miasta. Minąłem ją z triumfem. Byłem daleko. Byłem poza miastem. Przed jakimś wiaduktem zszedłem w dróżkę wiodącą przez pola i żadnych samochodów już nie widziałem. Świeciły gwiazdy ale jakoś niemrawo. Księżyca nie było. Gdzieś przede mną widziałem świetlne punkciki, to były oświetlone okna nielicznych wiejskich domów. Droga kończyła się za jakimś zakrętem i szedłem przez pola. Czułem jak błoto przylepia mi się do butów. Ale to musiał być jakiś niezły skrót, bo nagle znalazłem się w lesie. Trochę się balem, ale byłem zbyt zmęczony, by zastanawiać się nad dziwnymi pohukiwaniami, które słyszałem. Usiadłem pod wielkim drzewem. Przypomniałem sobie, że przecież nie jestem sam... zagwizdałem przeciągle i pojawiły się moje psy, Tatiana i Worba, przytuliły się do mnie, lizały, grzały mnie...zasnąłem. .... Obudziłem się skostniały z zimna. Padał lekki deszcz. Było całkiem ciemno, ale niesamowicie śpiewały ptaki. Dawno nie słyszałem tak wspaniałych śpiewów! Podskakiwałem w miejscu, by choć trochę się ogrzać, potem zacząłem grabić liście rękami, uzbierało się sporo, były niemiłe w dotyku i śliskie, ale narzucałem je na siebie... psy przytulały się do mnie...było ciepło, zasnąłem ponownie. A dzień był piękną słoneczną niespodzianką. Było bardzo ciepło. Zdjąłem buty i zawiązane niosłem przewieszone przez ramię. Las był mieszany lecz z przewaga sosnowych drzew. Szedłem boso wąską ścieżką, przede mną Worba, za mną wierna Tatiana. Zauważyłem też sekretarkę Joddy, powiedziałem jej, żeby pilnowała interesów w biurze. Miałem takie odczucie, ze chodzę alejami w swoim Schronisko Parku. Ładnie to wszystko pobudowałem! Zastanawiałem się nad poszczególnymi elementami kwater. Pomyślałem też o Dziadku Jerry,m, jak on zaklimatyzował się u siebie, miałem ochotę go odwiedzić. Ale na to miałem czas. Dużo czasu. Na razie robiłem południowy obchód swojego Królestwa. Przystanąłem przed kwaterą 111 i pogawędziłem z moim tatą. Wszystko wskazywało na to, że czuje się dobrze i jest mu wygodnie. Pamiętałem też o mieszkającym obok dziadku. Nadepnąłem na jakieś szkło lub ostry kamień i z prawej stopy lala mi się krew. Usiadłem i liśćmi usiłowałem zakleić sobie ranę. Worba ocierała się o mnie. Wystawiałem twarz do marcowego słoneczka i obserwowałem drzewa. Ptaki szybowały gdzieś wysoko. Myślałem o tym, że wszystkim moim gościom jest wygodnie, że zrobiłem kawał dobrej roboty. Byłem z siebie zadowolony. Byłem właścicielem olbrzymiego Schroniska i musiałem pełnić swoje obowiązki dokładnie i z czułością dla mieszkańców. A miałem wrażenie, że tych mieszkańców było już bardzo dużo, jakby wszyscy zaproszeni przeze mnie goście jak ksiądz Allan, pani Dorota dyrektorka, Lena i wielu innych, znajdowali się w swoich wygodnych pomieszczeniach, a jednocześnie nowe kwatery zajmowali następni, niekiedy zupełnie nieznani mi ludzie. Myślałem o tym, że może trzeba będzie jeszcze bardziej rozbudować Schronisko Park, zamiast piętnastu tysięcy miejsc dojść nawet do stu tysięcy... Każdy przybysz był dla mnie ważny i nikomu nie mogłem odmówić wygodnego i bezpiecznego miejsca. Miałem ochotę odwiedzić jeszcze mamę Gamusia i spytać się jak z tym odszkodowaniem dla syna, ale zostawiłem to na póżniej, gdyż zdałem sobie sprawę, że moje kochane zwierzęta muszą być głodne. O tej porze nie było w lesie grzybów, rozglądałem się za hubą na drzewach, ale też żadnej nie dostrzegłem. Zapadłem w miłą drzemkę, a gdy obudziłem się słońca już nie było i znowu trząsłem się z zimna. Jednocześnie sam poczułem okropny głód. Wszystkie kiszki grały mi marsza. Mogłem oczywiście udać się gdzieś na obiad, ale znajdowałem się na bardzo odległej alei i czułem, że jeszcze wiele przede mną do obejrzenia. Zasznurowałem buty i szedłem przed siebie. Lekko kulałem na prawa nogę, ale trudno. Zdałem sobie sprawę jak bardzo czytelny jest dla mnie ten świat dusz, wśród których się obracałem, jaki naprawdę czytelny...Na niebie pojawił się księżyc, a los mi sprzyjał. Ujrzałem przygotowany dla zwierząt stojak ze słomą i sianem, wczołgałem się tam, przywołałem psy i zasnąłem zmęczony pracowitym dniem. ...... Dziki spacerowały wokół mnie, ale nie byliśmy do siebie wrogo nastawieni. Dzień zapowiadał się mgliście, bez słońca. Szedłem przed siebie. Znalazłem się na jakiejś polanie... Jaki piękny widok wokoło! I sadzawka, piłem łapczywie wodę. Zdarłem z drzewa odrywający się płat konaru i gryzłem go. Rozgryzałem też szyszki. Liście też były niezłym pożywieniem.... Czułem się pewniej, byłem mocniejszy i ani razu nie przypomniał mi się Głodny Duch. Las kończył się. Na horyzoncie rysowały się jakieś wiejskie zabudowania.. Doszedłem do nich. Prosto na mnie gnały piękne brązowe konie. Patrzyłem urzeczony. - Co ty tutaj robisz?! – usłyszałem. - Dzień dobry! – powiedziałem. – Jestem Adam 2x74! - Konie mogły cię stratować! - Konie mnie lubią, proszę pana. - Zgubiłeś się? – mężczyzna wyjął z bluzy pomiętego papierosa i powoli zapałał. - Obóz – powiedziałem. – Zawody na dochodzenie! – dodałem. - A gdzie chcesz dojść?! – mężczyzna patrzył na mnie z niedowierzaniem. - Muszę zdobyć stempel, pieczątkę pierwszej napotkanej gospody i wtedy prawdopodobnie wygram – powiedziałem. - Dziwne zabawy! – zauważył. - Teraz w harcerstwie to nie przelewki! Szkoła przetrwania! – powiedziałem. - Jeszcze z pięć kilometrów i jest wieś - rzucił peta na ziemię i dokładnie zdeptał gumiakami. Konie galopem wracały w naszym kierunku. - Jest pan świetnym leśnikiem! Nie zapomnę o panu! – powiedziałem. - Lepiej uważaj! – splunął. – Są wnyki, różnie bywa. - Jestem bardzo ostrożny! - I naprawdę niczego nie potrzebujesz? Miałem ochotę poprosić go o suchą bułkę, na szczęście ugryzłem się w język. - Dojdę! – powiedziałem. – Drużynowy będzie ze mnie dumny, a nasz hufiec zwycięży! I niech się pan nie martwi, będę wracał inną drogą – dodałem. Bez słowa odszedł w kierunku wielkiej stodoły, a ja ruszyłem przed siebie. Jednak nie dotarłem do wioski i do gospody. Za domkami było kartoflisko, ułożyłem się między zagonami, zagwizdałem na psy i zasnąłem. .... - Nigdy się o mnie nie martw, mamo, poradzę sobie w życiu świetnie! - Od kiedy tatuś odszedł jesteś jakiś inny! - Nie myśl o tacie! Jest mu dobrze, mamo! Zadbaj o siebie! - Bez przerwy martwię się o ciebie i wszystko mnie przerasta! - Poradzimy sobie, wierz mi! - Już mi trochę łatwiej... - Pamiętasz, jak słuchaliśmy w Sylwestra muzyki, która tak ci się podobała? - Tak, piękna muzyka... - Obiecałem ci ten film... - Właśnie! - Obejrzymy go sobie, zobaczysz! Dobranoc, mamo! - Dobranoc, synu! - Spij dobrze! - Ty też się wyśpij, jutro masz dużo lekcji... Moja mama pochyliła się, pocałowała mnie w czoło i rozpłynęła się.... Spałem znakomicie. Zdziwiony podnosiłem się z kartofliska, przecież położyłem się na swoim dużym tapczanie... Wirowało mi w głowie i przeszywały mnie dreszcze. Znowu byłem bardzo głodny... Tak, ale to nie było takie proste, by podnieść się z ziemi. Nie mogłem sobie poradzić z prawą nogą. Stopa paliła mnie, piekła, wydawało mi się, że rozsadzi mi buta. Musiałem uporać się ze zdjęciem tego buta, a on z kolei nie mógł oderwać się od stopy. Na szczęście miałem niewielki ale ostry scyzoryk, zabrałem się za rozcinanie skóry. Żal było niszczyć tak znakomite i drogie buty, otrzymane jeszcze od taty, ale nie miałem innego wyjścia. Wreszcie z tym się uporałem. Nad kartofliskiem krążyły gawrony... Moja noga była potwornie spuchnięta, czerwona... Wyglądała paskudnie. Liście, które założyłem na ranę od szkła lub kamienia, nie dały się oderwać, jakby wessały się w to skaleczenie. Pierwszy raz w życiu widziałem tak paskudnie wyglądającą nogę, w dodatku była to moja własna noga. Zauważyłem też jakąś czerwoną pręgę dochodzącą do podudzia... Udało mi się zwlec z kartofliska, pocięty but zostawiłem i kuśtykając, cały rozpalony, szedłem drogą w stronę wioski. Wierzyłem, że miska zupy wyleczy mnie, doda mi sił... Usłyszałem glos Joddy, mojej sekretarki, delegacja wysłana przez tajwańskiego króla gościła w moim Schronisku Park. Adam2x74 uparcie szedł przed siebie. Dzień zapowiadał się słoneczny. Głodny Duch także mozolnie posuwał się przed siebie. Ujrzałem dziadka Jerry, ego, był taki bardzo maleńki, a białe włosy spływały mu już do bioder. - Krzycz! – mówił. - Om! Hum!! - Ziemia, woda, ogień, powietrze... - Dziadku Jerry! Tylko nie rób tych sztuczek z wyskokami w górę, tutaj nie ma sufitu, wylądujesz w niebie... – ostrzegłem go. - Jesteś bystrym uczniem! Działanie! Wolne od dogmatów! – mówił. – Poprzez cierpliwą medytację uzyskasz wgląd! - Wiem o tym! Dlatego cierpliwie idę przed siebie.... Nagle pojawiła się za nim Lena. Trzymała bambusowy patyczek i uderzała dziadka Jerry,go w plecy. Nie miała złotych oczu. - Jedż ze mną do Budapesztu! – mówiła. – Inaczej przegram walkę. Potem jeszcze Lubliana, Oslo... - Om!! Hum!!! – odpowiadałem. - Nie zostawiaj mnie z moim lękiem! - Zgłoś się do Joddy, twój domek nosi numer 2002! Hum! – machnąłem ręką i odpędziłem ją. Wlokłem się... Lewa noga do przodu i prawa sina za nią... Udało się! Następny krok! Dobrze! Jeszcze raz! Tak! - Om! Hum! - Nie zdążyliśmy sobie poopowiadać własnych historii – usłyszałem łagodny głos. - Pani Mirka!... Jak się cieszę! - Chodzi mi o to, że ja umierałam na własnych oczach... - Odwiedzę panią dzisiaj! Pani domek 204 błyszczy w całym Schronisku od pani wewnętrznego piękna, pani Mirko... - Będę oczekiwała... niecierpliwie... - Hum! Moje psy, Tatiana i Worba zaczęły warczeć. - Jestem Ami! Twoja Ima!- ktoś obejmował mnie w pasie. Czułem ciepły język wwiercający mi się do ucha. - Będę musiał cię zapomnieć, Ami! – powiedziałem. - Nigdy ci się to nie uda! – dyszała. – Miałeś zabić mojego ojca... Takie to wszystko proste... - Tak, mera... Pomyślę o tym! Om!! - A my tak to wszystko komplikujemy... Dochodziłem do wioski. Mimo bólu szedłem szybciej. Głodny Duch wlókł swoją nieszczęśliwą nogę... Tak, to musiała być jakaś wioska, a może nawet całkiem duża metropolia, ujrzałem przejeżdżający samochód, mienił się w słońcu... Tak... ujrzałem jeszcze jeden samochód, a także traktor... Szedłem teraz asfaltem., a słońce robiło się coraz bardziej purpurowe i opadało w dół... Pchnąłem drzwi pomieszczenia, na którym wymalowany był kurczak, a pod nim napis: Schronisko Bar... Przy jednym stoliku siedziało paru mężczyzn, palili papierosy i popijali piwo. Za barem w brudnym białym fartuchu stał podobny do sierżanta Garciji tęgawy właściciel. - Muszę zjeść zupę! – powiedziałem. - Jest zupa. Pomidorowa i ryżowa! - O, pomidorowa! I psy moje są głodne! - Psy? - To jest Tatiana... - Rozumiem! Piękny piesek! - To Worba! Nie zrobią panu krzywdy. - Zobacz, Antek! – odezwał się jakiś mężczyzna siedzący przy stoliku. – Turystę mamy! Z choinki się urwał! - He, he, he, he!!! - Hum! – powiedziałem. – Om!! I wszyscy zamilkli. - Dwa czterdzieści! – usłyszałem.- A co ci się stało w nogę? Nie wygląda to ładnie! Przede mną stał dymiący talerz zupy. Podniosłem łyżkę do ust i połykałem pomidorową parząc się okropnie. - Mogę panu dać telefon – powiedziałem. - Dwa czterdzieści! - Rozładowany, ale aktywny. - Nie masz nawet dwóch złotych? – Garcija patrzył na mnie mrugając oczyma. - Może ktoś ma ładowarkę! – powiedziałem. - Ale ja nie chcę telefonu – odparł. - Jeszcze lepiej! Odwróciłem niewielka kartę z rachunkiem i podpisałem się. Dużymi literami wypisałem numer. - 3415! Proszę pamiętać! - A co to jest? – zaciekawił się. - Pana miejsce w Schronisku Park. Dobre wieczne miejsce... - Rozumiem! - To są moje karty płatnicze! – powiedziałem. Mężczyźni pijący piwa przysłuchiwali się. - I chcesz, żebym nakarmił twoje psy? – spytał Garcija. - O, właśnie! Są wyczerpane! - Zrobi się! Wczoraj była stypa, jest dużo resztek – pochylił się do mnie. – Słuchaj! Na rogu jest kantor! Wymienisz swoje karty na złotówki i wszystko będzie załatwione jak należy! - Tutaj, na rogu? - Tak, zaraz na rogu! W prawo! Nie pukaj, tylko wchodż tam! Ja zajmę się zwierzakami. - Jest pan dobrym człowiekiem! – powiedziałem, a kilku mężczyzn wybuchnęło śmiechem. - Hum! – krzyknąłem. Umilkli. Wyszedłem z baru i kuśtykając udałem się na róg... Traktor potwornie hałasował, spaliny waliły w górę jak oszalałe. Pchnąłem jakieś drzwi i wszedłem do środka. Ujrzałem dwóch barczystych mężczyzn w niebieskich mundurach. - Chcę rozmawiać z szefem kantoru! - powiedziałem. Jeden z tych mężczyzn podszedł bardzo blisko. Położył mi ciężką rękę na ramieniu. - A czy ty nie nazywasz się przypadkiem Diament? – usłyszałem.– Mamy go! Usiłowałem się uwolnić, ale drugi ruszył na pomoc. - Tak! To ten! Patrz na nogę! - Daj rączki, chłopcze! Dzwoń do jego matki! Usiłowałem odbić się w górę, tak jak dziadek Jerry, ale stanąłem na chorej prawej nodze i zamiast w górę spadałem w dół... w czarną wielką przepaść... ....Potem moja mama wiozła mnie samochodem... |