|
Zjawia się leszcz Michał Prochownik W pewnym momencie zjawia się leszcz... Załóżmy, że moment ten jest w jednym z wielu miejsc, gdzie dyskutuje się o jedzeniu w sposób szczególny. Tam gdzie jedzenie nie jest po prostu zaspokajaniem głodu, czy zwykłą przyjemnością podniebień. Miejsce bowiem jest szczególne, choć coraz częstsze, zwłaszcza w internecie. I w tym miejscu zjawia się leszcz, z nieśmiałym pytaniem o bolące kolana ciężarnej żony. Otwiera prosto: "hej ludzie, mam taki problem, moja żona jest w trzecim miesiącu ciąży i bardzo bolą ją kolana. Lekarz przepisał jakieś tabletki, ale my nie przepadamy za chemią, wierzę, że da się ten problem jakoś zlikwidować dietą. Co jeść, żeby ją nie bolały? Pomóżcie". Podpis. Pytanie jest napisane i wysłane na listę dyskusyjną o diecie. Tam bowiem zjawił się on (leszcz) i tam szukał pomocy koleżeńskiej. Cisza na ekranie, nieobecność literek trwa tylko chwilę, jakby już od dawna na tej liście ktoś czekał na leszcza, sprężony i gotowy jak czarnoskóry biegacz z białkami oczu w pistolecie startowym. Pada strzał: "Stary, sprawa jest jasna, odrzuć mięso, zawiera tyle toksyn, że nic dziwnego, że twoją żonę kolana bolą. Zobaczysz, że jak zmienisz dietę na bezmięsną, problemy ze zdrowiem znikną. Żony i dziecka też". Sprawa wydaje się prosta, ale tylko przez chwilę. Pada strzał, który z tamtego strzału, jeszcze w trakcie jego pogłosu chce zrobić falstart, jakby tamten się wyrwał, jak to się małomiasteczkowo mawia "zupełnie-nieapropo". "Tak, tak, słuchaj tych wegetariańskich gadek to daleko zajdziesz (razem z żoną i dzieckiem) na marchewce i gównie z soi. Doktor Kwaśniewski już dawno odkrył sekret zdrowia. Odrzuć bezwartościowe pożywienie dla bydła. Wątróbka, golonka, smalec - żona pozbędzie się bólu kolan, a dziecko będzie zdrowe i inteligentne, bo wychowane na tłuszczu" W tym momencie mamy wrażenie, że bieg zamienił się w walkę dwóch spoconych bokserów. Tylko na moment, bo oto z każdej strony palce dostają spazmów na klawiaturach, wciskając po kolei klawisze z literami składającymi się na słowa: "marchewka, wątróbka, bydło, smalec, trawożercy, zawsze!, tłuszcza, nigdy!, idiotami!, wcale, zawał, toksyny, zdrowie, raka, szczęśliwi, głupi, koniec, mać!" W tumulcie wszyscy zapominają o leszczu, jego ciężarnej żonie i jej bolących kolanach. Leszcz wycofuje się cicho z chmurki, z której jak na filmie rysunkowym, co jakiś czas wystają końce kończyn walczących. Po wyczołganiu się i otrzepaniu palta, poleci żonie jeść tabletki na kolana. Załóżmy, że leszcz jest producentem telewizyjnym i oto właśnie wpadł na pomysł nowego reality show. Zaprasza z owej listy po jednym zapalczywym wege i opty. Każdemu z osobna mówi, że to będzie świetny program, gdzie będzie mógł wszystkim powiedzieć, co już od dawna sam wie, a mianowicie to, że bycie wege (lub opty) to bycie nadczłowiekiem, lepszym niż inni, inteligentniejszym, wrażliwszym, stanowiącym elitę na tle reszty społeczeństwa, nieuświadomionej żywieniowo ciemnej masy, jedzącej gówno. I jeszcze to że bycie opty (lub wege) już pierwszego dnia po zmianie diety (a nawet już przy samym zamiarze) gwarantuje mu lepszość wszelaką i podniebną. Kamera rusza, przed publicznością pojawiają się napisy, że klaskać, bohaterowie wchodzą i zaczyna się show. Każdy mężnie broni swojej wyższości nad innym, aż do momentu całkowitego zbłaźnienia się i obnażenia wszystkich swoich żenujących małostek i kompleksów na które jedzenie kiełbasy lub marchewki miało okazać się cudownym lekarstwem, przepustką w kolorowe jarmarki nadczłowieczeństwa, ale zdradziło. Bo nie ukryło, nie ukryło, lecz uwydatniło, dało się przez nie przenicować i wzmocnić. Boks trwa ale sędzia nie ogłasza zwycięzcy. Publiczność rzuca pomidorami w boksera opty i jajkami w boksera wege. Obaj stoją spoceni i obtłuczeni, obaj się słaniają, a sprytny prezenter w stroju sędziego podżega jeszcze bardziej. W końcu obaj sami się nokautują i padają nieestetycznie rozlewając na nieprzytomnych twarzach brzydkie grymasy. Jak przed śmiercią, przeżywają kalejdoskop ostatnich wrażeń i uśmiechają się tępo, majacząc jak siebie widzieli, kroczących dumnie w łagodnym słońcu, w idealnym emlpoi superherosa, który pozjadał wszystkie rozumy w puszcze mielonki lub szpinaku, jak Popeye The Sailor Man. A niżej pod stopami, wszyscy inni, z ułomnymi umysłami, prostacką duchowością, z ciałami zniszczonymi od wielu groźnych chorób zaczajonych w batonikach i coli czezną elegancko, robiąc fajne tło. I wszystko jest "takie nowe i takie piękne" I wtedy zjawia się leszcz.... |