Jak uciekaliśmy przed wojskiem?
Zbigniew wojciechowicz

Celowo użyłem liczby mnogiej, gdyż nie będzie to historia tylko mojej przed armią ucieczki, ale tych wszystkich ludzi, którzy byli wtedy blisko. Inaczej się wtedy uciekało, bo i czasy były nieco inne, choć może nie aż tak odległe. Nie była to może ta najgłębsza komuna, ale jeszcze wtedy studia wyższe nie wystarczały, aby mogła ominąć ta wątpliwa przyjemność.

Zaczęło się wszystko od brata, którego, z racji wieku, zaczęto poszukiwać pierwszego i nic nie dały rozmowy z panami w mundurach, nic nie dał, stworzony naprędce wegetarianizm, nic prawdopodobnie nie dałoby i zaświadczenie o ewentualnej chorobie psychicznej. Wszelka dyskusja traciła sens. A przecież wszyscy go do niej przygotowywaliśmy. Był w stanie przekonać pień w lesie czy wilka, że pacyfizm jest tą filozofią, którą powinni wyznawać, ale panowie w mundurach byli niewzruszeni. Powtarzali jakby za Kobranocką: "Twoją barwą ma być zieleń!".

Gdzie tkwi błąd? Co takiego robimy źle?

Pierwsza komisja - odrzuciła. Odwołanie. Druga - odrzuciła.

Ale tu nastąpił przełom. Uświadomiliśmy sobie, że nie należy przekonywać tych panów o słuszności swoich poglądów, bo przyniesie to skutki podobne do tych, gdyby oni chcieli przekonać nas, że wojsko jest tym, czego nam w życiu potrzeba. Czego więc od nas oczekiwali? Tego, żeby udowodnić im, że my rzeczywiście mamy takie poglądy. Słowa nie pomogły. Pech chciał, że brat nie miał żadnej legitymacji, w której w jednej z rubryk napisane byłoby: pacyfista. A panowie w mundurach kochają papiery...

Dajmy więc im papiery. Sprawa była prosta. Napisać oświadczenie, iż wyznaje poglądy pacyfistyczne, czego wielokrotnie dawał wyraz, zebrać odpowiednią ilość podpisów ludzi, którzy mogliby to potwierdzić; kilka zdjęć ze stworzonych gdzieś przez nas spektakli o takiejże tematyce, nagranie z koncertu Schronu, teksty naszych piosenek, jakieś wiersze. Zebrała się spora kupa papierów. Wedle życzenia!

Wszystko to powędrowało do Najwyższej Ostatecznej Instancji, a mianowicie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

"Wyrażono zgodę na odbycie zastępczej służby wojskowej w zakładzie pracy..." SUKCES!!!

A tak naprawdę chodziło chyba tylko o to, żeby iść do końca. Żeby odwoływać się coraz wyżej, mimo że niższe instancje twierdziły, iż sprawa jest już zamknięta. Gdyby odrzuciło również Ministerstwo, trzeba byłoby znów odwołać się do pierwszej instancji itd...

Potem wezwano i mnie. Nauczony doświadczeniem brata, wolałem już na pierwszym wpisie do ewidencji zaznaczyć, iż mam w odbycie odbycie. Pan kapitan straszył mnie najpierw kamieniołomami. Uświadomiłem mu więc, iż to nie on, ale biuro pracy, będzie mnie do niej kierować. Zagroził wówczas, że postara się, abym był... sprzątaczką. Zwróciłem panu grzecznie uwagę w związku z niezgodnością płci, a następnie spytałem, czy on - człowiek w mundurze - czuje się w jakiś sposób lepszy od pani sprzątaczki... Nie odpowiedział nic, tylko odesłał mnie do majora, który grzecznie przedstawił procedurę ubiegania się o służbę zastępczą.

Nie było to jednak potrzebne, bo zdałem do szkoły średniej. Pięć lat spokoju (nie licząc wyjazdów w celu uzupełnienia ewidencji).

Koniec szkoły - chyba oni najszybciej to zauważyli, bo jako pierwsi zaprosili mnie do siebie, nim zdążyłem jeszcze odebrać świadectwo maturalne. Był to bardzo z ich strony miły gest. Pamiętam, że był wraz ze mną pewien młody jak ja człowiek, który również szedł na studia. Nie miał jednak na to żadnych papierów (ja zresztą też). Tłumaczyłem, że wystarczy złożyć odręcznie napisane podanie z prośbą o odroczenie służby itd... Mają wówczas 30 dni na odpowiedź, a ty masz 30 dni na załatwienie dokumentów z uczelni. Mówił, że się boi, bo go wsadzą do więzienia. Pokazałem mu swoje podanie, które przed chwilą złożyłem (biorąc oczywiście dla siebie kopię - z nimi nigdy nic nie wiadomo) jako dowód, że nic z tego tytułu nie grozi, ale on był nieugięty i ze łzami w oczach wziął bilet. Nie wiem, czy kiedykolwiek poszedł na te studia. Mam nadzieję, że tak, ale obawiam się, że jednak nigdy to się nie stało.

Przez czas studiów znów miałem względny spokój. Najweselej zrobiło się potem. Najpierw studia podyplomowe. Jedne, potem drugie. Domyślam się, jak wkurzał się pan kapitan. Potem zacząłem przebąkiwać coś o doktoracie. Odpisano mi oczywiście, że doktorat (chyba, że otwarty jest już przewód doktorski) nie zwalnia z odbycia. Odpisywałem grzecznie, iż jestem tego świadom, ale doktorat marzeniem moim wielkim był (co nie odbiegało w zasadzie od prawdy) i pokładam nadzieję w wielkim sercu ludzi w mundurach i w ich wielkim umiłowaniu wiedzy, na to, że pozwolą mi ukończyć to wielkie życiowe dzieło. Poskutkowało, ale na krótko.

Posypały się więc wezwania. Oczywiście nie odebrałem żadnego. Odczekiwałem kilka dni i pisałem pisma, które do dziś uważam za wielkie dzieła sztuki epistolarnej, w których to dziełach przepraszałem za nieodebranie wezwania, co nie wynikało broń Boże ze złej woli czy też nieposzanowania Instytucji, ale z tej prostej przyczyny, iż większość czasu spędzam w czytelniach w Szczecinie (co nie do końca było prawdą), a rodzice - będący świadomi wagi nadsyłanych do mnie pism - nie śmieli przyjąć ich od listonosza, wiedząc, że nie będą mogli mi ich na czas dostarczyć. Trwało to ze dwa lata.

Wreszcie pojechałem. Trafiłem na "mojego" majora. "Tak, tak. - rzekł - Pamiętam te pańskie listy. Wszyscy tu je czytali. Tak pan mądrze napisał, że nie mogliśmy ich zrozumieć." Spytałem, czy w moim wieku biorą jeszcze do wojska. "A pan to widzę, nie chce iść." "A no, nie chcę" - odparłem. "Bierzemy, panie. Po studiach to nawet do emerytury bierzemy. Który pan jest rocznik?... Nie, no dziadków już nie chcemy." To była ostatnia moja tam wizyta, to był ostatni mój kontakt z Wyjątkowo Kretyńskim Urzędem (WKU). Skończyły się listy, mój rocznik za rok czy dwa rzeczywiście przestał pojawiać się na Obwieszczeniach i zrobiło się miło, choć brakuje trochę tej przesympatycznej korespondencji.

Pozdrawiam, panie majorze!

Pieprz się, panie kapitanie!!!